Inne · 16 min czytania
O kobiecie, która
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Maria szła powoli po brudnych schodach. Z każdą chwilą uchwyty siatek mocniej wpijały się w jej dłonie. Z każdym krokiem oddychała ciężej. Jeszcze tylko dwa piętra. Odruchowo czytała tabliczki na drzwiach sąsiadów. Sadowscy. Jabłońscy. Wojak. Czasem śniły jej się te tabliczki. Te nazwiska. Te drzwi. Weszła do mieszkania. Dzieci radośnie rzuciły się na wypchane siatki. Ziemniaki. Buraki. Mąka. Nie tego szukały. Małe rączki Moniki znalazły wreszcie czekoladowy deser. Oczy dzieci roześmiały się. Nie pytały dlaczego tylko jeden. Szybko rozsiadły się przy długim kuchennym blacie. Hubert, najstarszy, szybko otworzył smakołyk. Piotrek kręcił się niecierpliwie. Najpierw Monika, bo najmłodsza. Potem Piotrek. Maria obserwowała go, kiedy podawał deser Hubertowi. Widziała żal w małych oczach. Hubert nabrał na łyżeczkę tylko trochę i od razu podał pudełko Monice. Przez moment Maria poczuła ogromny ciężar. Hubert miał 12 lat i wszystko rozumiał. To rozumienie ją przerażało. Puste już pudełeczko wylądowało w końcu w rękach Moniki. Skrupulatnie wylizywała resztki radości. Marii często śniła się lodówka pełna czekoladowych deserów. Dzieci podchodzą, a ona beztrosko je im rozdaje. Proszę, proszę. Jedzcie, dzieci. Maria wstydziła się tych snów. Nigdy nikomu o nich nie mówiła.
Ma czterdzieści dwa lata. Pracuje w Dużej Przetwórni. Stoi przy taśmie. Sortuje. To jej pierwsza i jedyna praca. Kiedyś pracowała w gospodarstwie. Jej mąż, Józef, jest bezrobotny. Pracował jako spawacz w Wielkich Zakładach. Wtedy to było dobrze. Wielkie Zakłady wyrabiały Normy. Czasem przyjeżdżali Ważni Ludzie. Józek był nawet Przodownikiem. A potem, z wielu niezrozumiałych dla Marii powodów, Wielkie Zakłady przestały istnieć. Józek nadal wstawał o piątej, ale zamiast do pracy chodził po mieszkaniu. Teraz już mało chodzi. Przeważnie leży na tapczanie i ogląda telewizję. Albo śpi. Kiedyś pił piwo. Ale wtedy jeszcze miał zasiłek. Nigdy nie oddawał Marii wszystkich pieniędzy. Zawsze coś zostawił. Tylko dla siebie.
Dziś wieczorem Maria położyła dzieci wcześniej. W piątki ogląda zawsze Piękny Serial. Najpierw weźmie kąpiel, a potem usiądzie wygodnie przed telewizorem. To jej czas. Józek o tym wie. W łazience Maria odkręca wodę i staje naga przed lustrem. Lustro jest małe, więc widzi tylko kawałek siebie. Twarz, dekolt, piersi. Zawsze marzyła o dużym lustrze. Takim jakie ludzie mają w Eleganckich Domach. Od podłogi do sufitu. Mimo szumu wody słyszy chichoty dzieci. Wie, że lubią wieczory. Ten ich jeden wspólny pokój staje się wtedy wielką frajdą. Przeskakują z materaca na materac. Przerzucają poduszki, zamieniają kołdry. Maria podchodzi do lustra, by zobaczyć większy kawałek siebie. Jest szczupła. Dotyka płaskiego brzucha. Spogląda na biodra. Jej blade ciało zdaje się nie pamiętać, że wydało trójkę dzieci. Przez chwilę Maria jest zdziwiona. Mile zaskoczona. Jej ciało drwi ze wszystkich Drogich Balsamów i Odżywczych Kremów. Radzi sobie znakomicie bez ich pomocy. Maria wchodzi do wanny. Ciepła woda przyjemnie zalewa jej ciało. Tak. To jej wystarczy. Raz w tygodniu kąpiel. Na co dzień szybki prysznic. Maria wie, że musi tak myśleć. Musi wierzyć w kłamstwa, którymi się mami. To nie kłamstwa. Ona naprawdę nie lubi drogich kosmetyków. Nie lubi przesiadywać w wannie. Musi szybko pomyśleć o czymś innym, przyjemnym. Ale nic nie przychodzi jej do głowy. Nagle napływa fala niepokoju. Okres. Powinna dostać już okres. Zaczyna nerwowo liczyć. Siódmy, ósmy, dziewiąty. Nie, nie. Musi spojrzeć na kalendarz w kuchni. Wychodzi z wanny, ocieka wodą. Chwyta ręcznik i owija się nim niedbale. Idzie do kuchni, zostawiając ciemne ślady stóp na wykładzinie w przedpokoju. Zimna kuchenna posadzka. Który? Nie. Coś tu nie gra. Musiała się pomylić. Czuje, że drży. Maryśka, zaczyna się! To głos Józka. Zaraz! Odkrzykuje, a ręcznik zsuwa się na podłogę. Maria obejmuje się rękami i patrzy na kalendarz. Jeden, dwa, trzy... trzydzieści osiem. Liczy raz jeszcze. Powoli, uspokój się, mówi cicho. Dzieci. Zawsze chciała mieć dwójkę dzieci. Jako młoda dziewczyna była bardzo nieśmiała. Jej pierwszym chłopakiem była właśnie Józek. Poznali się gdy miała dwadzieścia trzy lata. Mieszkali w jednej wsi. Byli religijni. Po dwóch latach znajomości wzięli ślub. I wtedy Maria stała się kobietą. Była pewna, że zaraz urośnie jej brzuch i urodzi swe pierwsze dziecko. Ale brzuch nie rósł. Ani po pierwszym ani po dziesiątym razie. Poszła do lekarza. Wszystko w porządku, usłyszała tylko. Proszę próbować, a powinno się udać. Próbowali więc. Dostali mieszkanie w Dużym Mieście. Przeprowadzili się. Po pięciu latach Maria zaszła w ciążę. Szalała z radości. Józek też się cieszył. Mieli pracę i dwupokojowe mieszkanie. Brakowało tylko dziecka. Urodził się Hubert. Józek pracę stracił. Nie było najgorzej, bo dostawał zasiłek. Kiedy Hubert miał trzy latka Maria znowu zaszła w ciążę. Była zaskoczona. Myślała, że Hubert był darem od Boga. Owocem wysłuchanych modlitw. A tu nagle ciąża. Przecież już nie prosiła Boga o dziecko. Na szczęście w piwnicy stał wózek i worki wypchane dziecięcymi ciuszkami. Józek stracił zasiłek. Urodził się Piotrek. Kiedy Maria wróciła do pracy z urlopu macierzyńskiego, w Dużej Przetwórni zaczęły się dziać Bardzo Złe Rzeczy. Zakupiono Nowoczesna Maszynę. Szeptano o Redukcji Etatów. Cztery koleżanki Marii straciły pracę. Maria nie spała po nocach. A gdy wreszcie zasypiała śniła jej się Duża Przetwórnia i kolejne Nowoczesne Maszyny. Po każdej pensji Maria skrupulatnie dzieliła pieniądze na kupki. Tu czynsz. Tu gaz i prąd. Tu woda. Tu jedzenie. Była zupełnie sama. Józek żył w swoim świecie. Świecie Telewizora, Pilota i Tapczanu. Prawie nie wychodził z domu. Od dawna nie rozmawiali. Bo i o czym tu rozmawiać? Że Hubertowi znowu trzeba kupić buty? Że podrożało przedszkole? Że w tym miesiącu Maria później dostanie pensję? Czasami, kiedy leżała w łóżku obok Józka, on kładł rękę na jej biodrze i głaskał przez moment. To była jedyna porcja czułości, która jej przysługiwała. A potem Józek podnosił jej koszulę i wpychał się w nią. Wszystko działo się tak szybko, że Maria nie zdążyła nawet zaplanować jutrzejszego obiadu. Józek odwracał się i zasypiał, a ona myślała wtedy o tych wszystkich ślicznych kobietach. Z Pięknego Serialu. Z okładek magazynów. Z wielkich reklam w mieście. Znowu odkryła, że jest w ciąży. Płakała. Bóg podle z niej drwił. Już nie chcę dzieci! wrzeszczała w myślach. Dlaczego mi to zrobiłeś?! O pracę dla Józka się przecież modliłam! O Dużą Przetwórnię się modliłam! Może mi teraz powiesz, z czego będę żyła?! Może zrzucisz trochę pieniędzy z nieba?! I Maria obraziła się na Boga. Poszła do lekarza. Ósmy tydzień, usłyszała. Panie doktorze... czy... bo ja...chciałabym... to znaczy... nie chcę... Lekarz spojrzał na nią i wyszeptał Bardzo Dużą Kwotę. Marii nie było stać. Trudno, pomyślała. Jakoś to będzie. Miłości starczy dla trzeciego dziecka. Gorzej z pieniędzmi. I tak, sześć lat temu przyszła na świat Monika.
Maria siedziała naga na kuchennym krześle. Maryśka! Znowu Józek. Już już! Odkrzyknęła. Straciła całkowicie ochotę na Piękny Serial. Musiała coś wymyślić. Nie pójdzie do lekarza. Jutro kupi Lokalną Gazetę i podzwoni. Albo nie. Lepiej zapyta Teresę, koleżankę z pracy. To ona opowiadała ostatnio o swojej znajomej, która pozbyła się problemu skutecznie i tanio. Powoli wstała z krzesła i powlokła się do łazienki. Zarzuciła podomkę i siadła w fotelu przed telewizorem.
Wrzuciła monetę do aparatu. Wybrała numer. Halo? Niski głos starszej kobiety. Dzień dobry. Dostałam numer od Teresy. Mam problem... Zaradzimy słodziutka, usłyszała w odpowiedzi. A potem rozmowa potoczyła się już gładko. Kobieta podała Bardzo Przystępna Cenę. Umówiły się na następny dzień. (Oj słodziutka, jak najszybciej, jak najszybciej bo potem już nie pomogę) Adres. Godzina. Do widzenia. Teraz Maria musi wszystko szybko zorganizować. W pracy weźmie dwa dni opieki. W domu powie, że idzie…