Dla dzieci · 24 min czytania
" O króliczku Kajtku i jego przygodzie"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„O króliczku Kajtku i jego przygodzie”
Dawno temu, niedaleko chatki gajowego Zielonego Lasu mieszkała królicza rodzina. W jej skład wchodziły cztery króliki: mama Kornelia, tata Hiacynt, syn Kajetan i jego brat Zar. Tworzyli doskonałą rodzinę. Mama zajmowała się domem, rozpieszczaniem swoich dzieci, uczyła ich dobrych manier. Codziennie powtarzała im jak ważne jest grzeczne zachowanie, toteż często je nagradzała małą, ulubioną marchewką, w zamian za dobre sprawowanie. - Brawo! Cudownie! Mamusia jest z Was naprawdę dumna. Zachowujecie się jak na prawdziwe małe króliczki przystało - mówiła podekscytowana i całowała synków w ich drobne noski. (Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo nasi milusińscy byli zadowoleni z siebie, gdy odbierali swoją smakowitą nagrodę.) Mama królik była z natury łagodnego usposobienia. Nigdy nie podnosiła głosu, a sytuacje konfliktowe rozwiązywała sprawnie, szybko, bez zbędnych negatywnych emocji ( co jak na pewno wiecie jest szalenie trudne). Miała długie uszy, czarne futerko, które każdego dnia pielęgnowała z należytą starannością, używając przeróżnych mazideł oraz szczotek. Jej duże, ciemne, mądre oczy przepędzały wszelkie możliwe strachy. Zar i Kajtek czuli się przy niej bezpiecznie. Kornelia dbała o wykształcenie synów. Z tego też powodu oboje rodzice zgodnie wysłali ich do szkoły w Zielonym Lesie, gdzie rano odprowadzał dzieci Pan Hiacynt (tata królik). Z wyglądu różnił się od mamy tym, że był wyższy, większy, silniejszy. Był bardzo eleganckim jegomościem z czarnym cylindrem na głowie. Nosił na sobie stary, wypłowiały surdut, który mama Kornelia od niepamiętnych czasów chciała wyrzucić. Spotykało się to jednak ze
stanowczym sprzeciwem tłumaczonym nadmiernym przywiązaniem do akurat tejże części garderoby, ponieważ pamiętała ona czasy wzajemnych, pierwszych spotkań pod Wielką Lipą.(Jak więc widzicie, tata królik był wielce sentymentalny tj. lubił wracać myślami do przeszłości, kochał swoją żonę). Obydwoje tworzyli zgrany duet, wspierali się w problemach i pomagali sobie jak tylko umieli. Pan Hiacynt zajmował się pracą w urzędzie Zielonego Lasu (musicie bowiem wiedzieć, żę leśny świat również rządzi się swoimi prawami, a w szczególności ten opisywany prze mnie) Wracając z pracy, odbierał dzieci ze szkoły. Gdy wesoło zmierzali do domu opowiadał im wiele ciekawych historii, wypytywał jak minął dzień, czy wszystko jest w porządku itd. Interesował się sprawami synów, dbał o ich interesy. Był jednym z najbardziej kochających ojców, jakich znałam.(Z pewnością Wasi tatowie kochają Was równie mocno). Mimo że synkowie od zawsze byli traktowani tak samo, różnili się po trosze charakterami. Zar chętnie wykonywał polecone mu zadania. Odpowiedzialnie postępował, słuchał rodziców. Należał do miłych, spokojnych króliczków. Kajetan natomiast żył wiecznie w świecie marzeń, baśni, które co wieczór czytała im mama na dobranoc i historyjek opowiadanych przez tatę. Niechętnie słuchał próśb, starał się co prawda być grzeczny lecz nie zawsze mu to wychodziło. W przeciwieństwie do brata był odważniejszy, bardziej ciekawski, chciał przeżyć mnóstwo przygód. Stąd też niekiedy popadał w tarapaty. Lubił ryzykować. - Na dwa rzędy kapusty!!! Kajtek nie powinieneś był tego robić, to niebezpieczne. Wiesz, co mogło Ci się stać?! Jak tak można, jak tak można?! Nie wstyd Ci teraz?! Dlaczego nas nie słuchasz?!- sztorcował go Pan Hiacynt, a Kornelia załamywała łapki – Ileż razy można? Kochamy Cię i martwimy się poważnie z mamą twoim zachowaniem
- Przepraszam, nic mi się nie stało tatusiu- wybąkał malec - Dobrze już, marsz do swojego pokoju. Pomyśl tam na jakie przeżycia nas naraziłeś i co mogło Ci się przytrafić. Takie sceny zdarzały się raz na jakiś czas, jednak wszystko wracało do normy. Pewnego dnia, gdy nasi mali przyjaciele wrócili ze szkoły do domu Zar, który nigdy nie chorował zaczął niepokojąco kaszleć, pociągać nosem. Jego futerko straciło blask, uszy mu ochlapły. Miał rozpalony pyszczek i zimne, nieprzyjemne dreszcze. Mamusia od razu zauważyła te zmiany. Natychmiast włożyła termometr synowi pod pachę. W trakcie niecierpliwego czekania na wynik tej czynności tatuś królik stwierdził, że nawet jeśli nie wystąpi gorączka trzeba będzie udać się do Doktora Dzięcioła. Małżonka pochwaliła ten pomysł, po czym wyjęła zręcznie urządzenie. Przyjrzała się uważnie. Jej zatroskana mina mówiła wszystko, króliczek miał temperaturę. - Nie martw się kochanie. Pokicam razem z Zarem i nim się obejrzysz wrócimy z lekarstwami . Nasz mały na pewno szybko wyzdrowieje. Pyszczek do góry. - Chciałbym, żeby mama też ze mną była u Pana Doktora – pisnął cicho Zar - Mój kochany, ktoś musi zostać aby opiekować się Kajtkiem. Sam przecież nie może zostać. Poza tym pogoda nie dopisuje. – rzeczywiście za oknami króliczej norki strasznie padało, grzmiało, do tego dął silny wiatr - To nie jest odpowiednia pora. Sami załatwimy wszystko szybciej. - Ja mógłbym zostać sam tato. Odrobiłbym lekcje, troszeczkę się pobawił i położyłbym się spać. Byłbym grzeczny, jestem już na tyle duży, że mogę zostać i popilnować norki- piszczał podniecony myślą pozostania samemu w domu Kajtek. - Hmmm, no czy ja wiem? Eeeech! Nie uważam tego za rozsądny pomysł. - Tato, oj zgódź się, proszę – błagał zażarcie - Hiacyncie, może możemy zostawić go samego? W końcu obiecał, że będzie grzeczny i przypilnuje domu. A ja chciałabym Wam towarzyszyć, byłabym spokojniejsza. - Cóż.. Niech będzie jak chcesz moja miła. Nie traćmy więcej czasu, dobrze byłoby zdążyć przed zmrokiem. Kajetanie czekaj na nas zatem cierpliwie, postaramy się wrócić jak najszybciej i na wszelkie sałaty, nie wpuszczaj nikogo do domu. Pod żadnym pozorem z niego nie wychodź. Czy się rozumiemy?- zapytał tata patrząc w oczy małemu królikowi - Tak, tato – przytaknął szybko nasz rozradowany bohater. Udał się do pokoju , wyciągnął zza poduszki swój czekoladowy cukierek w kształcie kapusty, zeskoczył jednym susem ze schodków (był bowiem bardzo żywym króliczkiem) podszedł do chorego braciszka i umiejętnie wcisnął mu go w kieszonkę kurtki. - To dla Ciebie, na drogę. Lubisz je tak samo jak ja. - Dziękuję, ale to był Twój ostatni cukierek. Jesteś pewien, że chcesz mi go dać? - Już Ci go dałem. Tobie bardziej się teraz przyda niż mnie, może poprawi się Twoje samopoczucie. Wiem jak nie znosisz lekarzy. - Dzięki – uśmiechnął się Zar i objął swojego brata - Musimy już iść – oznajmił ojciec. Zarzucił sobie na grzbiet chorego synka i przytulił Kajtka. Mama zbliżyła się do nich. Uczyniła to samo, dodatkowo całując syna w nosek (albowiem była zapewne jak Wasze mamy nadzwyczaj czułą królicą) - Pamiętaj, co tata powiedział. - Dobrze, mamo. Trójka królików pospiesznie wyszła, pozostawiając naszego sympatycznego towarzysza samego. Kajtek patrzył jakieś 5 minut przez okno, jak jego rodzice i brat powoli nikli za horyzontem, w strugach deszczu, błyskach. Wrześniowe burze nie były dla niego straszne, gdyż jak już wcześniej nadmieniłam był odważnym króliczkiem. Podskoczył radośnie, zaczął przybierać tuzin rozmaitych póz, jakich nie powstydziłby się najlepszy clown. Założył na siebie za duży kapelusz taty i podszedł do lustra w saloniku. Przez chwilę uważnie wpatrywał się w swoje odbicie. Nagle odczuł pilną potrzebę wyjścia na zewnątrz. Przypomniał sobie, co mówił Pan Hiacynt o Zielonym Lesie, gdy kiedyś wracali ze szkoły. Pozwolicie, że przytoczę Wam tę opowieść. Otóż, jak zdążyliście się pewnie zorientować to miejsce nie było zwyczajnym lasem. W większości było terenem bezpiecznym, słonecznym a zwierzęta mieszkające tam darzyły się wielką sympatią, uprzejmością i szacunkiem. Istniała o dziwo, pewna jego ciemna część połączona z nim ciernistym ogrodzeniem. Była dzika, zarosła kłującymi krzakami, pokrzywami, z ziemi wystawały tam czarne, ostre jak brzytwa osty, leżało mnóstwo wnyków i pułapek, które zastawiali ich rdzenni mieszkańcy. Te zwierzęta żyły inaczej od naszych postaci. Posiadały odmienne charaktery. Podobno, na dobre zatracili umiejętność mowy, wskutek czego nie umieli ze sobą rozmawiać i po prostu zdziczeli, zatracając przy tym wszystkie swoje zasady, wartości, przestali już odróżniać co jest dobre, co złe. Interesowało ich przede wszystkim zaspokajanie własnego głodu( dlatego też było tam tyle pułapek i wnyków) Każdy polował na każdego i każdy zjadał każdego,(Możecie sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby to u nas na ulicy ludzie zjadaliby siebie nawzajem…KOSZMAR ) Kiedy powstawały spory nie rozwiązywano ich. Wszczynano burdy, podżegano do obustronnej walki. W tej części nie obowiązywało żadne prawo. Mówiono, że tam straszy, a każdy krzak owinąłby Cię w swoje gęste pnącza i zjadł na podwieczorek. Nawet rośliny nie były tam przyjazne. O wielu słuch zaginął zaraz po przekroczeniu lasu naszego króliczka i wejściu w głuchą, czarną puszczę. Wstęp do niej był surowo wzbroniony. Hiacynt ostrzegał synów przed tym groźnym miejscem . Zakazywał nawet patrzeć w tamtym kierunku. Często dało się słyszeć z jego czeluści przerażające jęki, krzyki, lament śmiałków którzy tam weszli. Kajtkowi marzyła się wyprawa w tę głuszę, oddzieloną ciemnym pasem światła i ciernistym ogrodzeniem. - Tato, dlaczego tam jest tak ciemno? - Nie wiadomo, synu. Drzewa rozrosły tak swoje konary, że nie dopuszczają światła dziennego. Zresztą od kiedy tylko pamiętam panował tam mrok. Żwawiej ruszajcie łapkami, bo spóźnimy się na obiad moje dzieci. Nie rozmawiajmy więcej na ten temat. Nie jest on odpowiedni dla małych króliczków. Prędzej, prędzej… Ta konwersacja utkwiła w głowie naszemu smykowi. Paliła go teraz przemożna chęć zobaczenia tej zakazanej puszczy. „A gdybym tylko na chwilę wyszedł, zobaczył ją i wrócił. Tatuś i mamusia o niczym by się nie dowiedzieli. Och!! Tak chciałbym tam pójść. Burza zaczyna powoli ustępować. Zdążyłbym wrócić przed nimi. Jestem tak ciekaw, co też mógłbym zobaczyć (myślał gorączkowo Kajetan) Idę! Spakuję sobie do plecaka tylko kilka rzeczy do jedzenia. Raz kozie śmierć! Na pewno niedługo będę z powrotem” Postanowił i włożył do torby duży kawałek ciasta marchewkowego. Chciał wziąć też swój cukierek, ale przypomniało mu się, że oddał go przed 15-stoma minutami bratu. Skończył więc pakowanie, wyszedł z ciepłej norki i zamknął drzwi. Kluczyk położył pod wycieraczką w kwiatki. Nasz ciekawski kompan ruszył raźnym krokiem naprzód. Szedł tak dobre pół godziny, zanim znalazł się na miejscu tuż przed ogromną głuszą. Z jego mokrego, brązowego futerka kapała woda. Deszcz nie ustał zupełnie. Królik stąpał ostrożnie, rozglądając się na boki. Jego wzrok przeniósł się teraz w głąb puszczy. Pierwsze co go zadziwiło gdy objęły go jej czeluści, była ogromna mnogość monumentalnych, starych, rozłożystych drzew, poskręcanych w różne kształty, Niektóre z nich były rozdarte wpół . Łączyło je to że wszystkie bez wyjątku miały niebywale czarną korę a szczytów ich nie dało się ujrzeć(przerastały nasze drzewa pod każdym względem)Możecie się zatem moi mili domyślić, co czuł nasz maleńki Kajtek stojąc pod tak strasznymi olbrzymami w niczym nie podobnymi do jego i naszych drzew. Na ziemi prawie nigdzie nie było trawy, jeśli gdzieś się pojawiała miała również czarną, spaloną barwę. Kwiaty tutaj nie rosły, jedynie ostre osty i kawałki cierni leżały gromadnie blisko siebie. Należało bacznie stawiać kroki w przeciwnym razie groziło to poważnym zranieniem. Co jeszcze zwróciło uwagę królika była cisza, jaka panowała w lesie „Jakby w ogóle nie było ptaków’ myślał. Zewsząd otaczała go ciemność. Kajtek kicając przed siebie, wyczuwał złowrogą atmosferę i zaczynał rozumieć, dlaczego nikt nigdy tu nie przychodził, czemu ojciec zabraniał mu je odwiedzać. Nagle zobaczył walące się, palące drzewo. Zapewne piorun musiał w nie uderzyć z dużą siłą. Runęło ono z takim hukiem, że malec przestraszył się. Ruszył pędem na oślep, ile tylko