Komedia · 3 min czytania
O księżniczkach, gumiakach, szalu i kolanie.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Kocham operetkę. Oni się tam tak cudnie drą, że przez dwie godziny ubaw mam lepszy niż na maratonie kabaretowym. No i wystroić się można, ba, nawet trzeba, czyli pretekst do kolejnych zakupów jest, same rozumiecie. Kupiłam więc bilety na „Koncert Wiedeński – Orkiestra Księżniczek”. Dla mnie i dla Własnego. Wiedziałam, że się ucieszy, hehe. Od razu zapowiedziałam, że żadne bóle brzucha, głowy (tak, tak, facetów też czasem głowa boli), podagry czy inne duperele nie wchodzą w grę. Idziemy i już! Skoro kupiłam bilety, nie pozostało mi nic innego jak kupić też buty, sukienkę, torebkę i szal, z czego szal był najdroższy. Przemilczałam złośliwe pytanie Własnego, czy w takim razie sam szal by nie wystarczył, bo długi przecież jest, owinąć się nim można przynajmniej kilka razy i wystroiłam się cudnie wręcz. Po co on polazł do tej cholernej piwnicy tuż przed samym wyjściem z domu, pojęcia do teraz nie mam. No przecież chyba tego z zimną krwią nie zaplanował? Z niego informacji żadnych nie wydobędzie, kolano go boli, więc podobno mówić nie może. Taka logika. W każdym razie było tak: huk, rumor i krzyk – takie odgłosy mnie doszły, gdy zakładałam obcasy. Zaraz później nastała z kolei złowieszcza cisza. Pognałam szpagatami na dół. Co by nie mówić, to jednak mąż. Leżał. Nie, nie w kałuży krwi, zwyczajnie, na plecach i tym czymś, co się znajduje poniżej linii grzbietu, blady jak ściana i wpatrzony we własne…