Inne · 4 min czytania
O kucharzach i szaleńcach, czyli o wizerunku motoc
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
O kucharzach i szaleńcach, czyli o wizerunku motocyklisty… Kiedy tylko temperatura za oknem osiągnie więcej niż kilka stopni powyżej zera, zamieniam komfortowy samochód na dwa koła. Zamiast podgrzewanych siedzeń i zestawu stereo wolę mój czerwony motocykl, który ma pewną zasadniczą wyższość nad samochodem. Potrafi dojechać do pracy dwa razy szybciej. Gniecie mi się biały kołnierzyk i krawat pod kombinezonem, marzną mi ręce, czasami zmoknę. Jednak przekładając to na czas i zdrowie – przede wszystkim psychiczne – i tak jestem do przodu. Jeżeli samochodem jadę godzinę, a motocyklem trzydzieści minut, to jestem bogatszy o godzinę zegarową dziennie. Przy dwudziestu pracujących dniach to jest dwadzieścia godzin. Czyli mam dodatkowy dzień na dowolny cel. To wszystko jest oczywiste i chyba wszyscy z nas doskonale znają zalety poruszania się jednośladem w zatłoczonych miastach. Jakby Włochów, Hiszpanów, czy Greków wsadzić do samochodów i zakazać im jazdy skuterami, motocyklami i innymi wynalazkami na dwóch kołach, to jestem pewien że za moment wybuchłyby zamieszki i krwawa rewolucja, która skończyłaby się spaleniem Koloseum, Camp Nou i Akropolu, zanim Unia Europejska zdążyłaby wydać kolejną „mądrą” regulację. Nie wspomniałem jeszcze, że moja jazda do pracy mogłaby trwać dwadzieścia minut zamiast trzydziestu. Mogłaby, jeżeli z premedytacją maniaka łamałbym podstawowe przepisy dotyczące prędkości, przeciskał się z impetem i z hukiem pustego tłumika przez rzędy samochodów, ogłuszając innych wkręcając się na obroty z jakimi Rossi rusza do wyścigu. Mogłaby, gdybym jechał poboczem, chodnikiem, nie zważałbym na czerwone i żółte światła. Mogłaby, jeżeli stałbym się egoistą, stawiającym sobie za cel patrzeć tylko na koniec własnego nosa, nie zważającym na innych uczestników…