Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Podróże · 55 min czytania

O następnych włóczęgach

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wszystko zaczęło się od puszki fasoli, którą otworzył umęczony włóczęga na plaży. Było to w odległym czasie, nieskończoną ilość westchnień i słów temu. Nieśmiertelność tamtej chwili tchnęła w nas ducha przygody. Pragnęliśmy tych marzeń na długo przed tym jak wiedzieliśmy o ich istnieniu. Oby dwaj o podobnych, aczkolwiek całkowicie różnych życiorysach spotkaliśmy się kiedyś, kolejnej pijanej nocy i zadecydowaliśmy, że również chcemy być nieśmiertelni. Pamiętam jakby to było wczoraj. Był to czas gdy nie liczyłem dni. Nie umiem powiedzieć kiedy zaczął się a kiedy skończył. Pamiętam jednak, że wtedy był najbardziej żywy. Ciągle coś się działo, to tu to tam. Ciągle w ruchu i duchu przyjaźni. Trzymaliśmy się wtedy mniej więcej w szóstkę. Nie wiem czy kiedyś spotkaliśmy się całą ekipą, ale na pewno byliśmy bardzo zżyci. W każdym bądź razie siedzieliśmy wtedy w jednym z bydgoskich lokali i piliśmy wódkę przelaną pod stołem do szklanek z sokiem pomarańczowym. Rozmawialiśmy o literaturze i snuliśmy różne marzenia, marudząc przy tym, że nie urodziliśmy się jakieś siedemdziesiąt lat wcześniej. - Daniel. Jesteś moim bratem – powiedziałem patrząc się w oczy przyjacielowi. On, z pozoru poukładany student uniwersytetu technicznego, w gruncie rzeczy był jedną z najbardziej niespokojnych duszy które poznałem. Jego szyderczy, acz pogodny uśmiech zawsze wzbudzał we mnie radość. Tak właśnie uśmiechnął się wtedy odpowiadając mi: - Jasne Maks, jesteśmy braćmi – odparł i podniósł szklankę do góry. Wypiliśmy kolejkę i ciągnąłem dalej. - Latem ruszamy na Gibraltar! Zobaczysz, dojedziemy tam! Daniel wybuchł serdecznym śmiechem. Reszta towarzystwa zawtórowała mu. Byli tam prawie wszyscy. Luba, Szymon, Ariel. Brakowało tylko Szali. A może on też tam był? Nie pamiętam dokładnie, byłem naprawdę pijany. Piliśmy wtedy długo i wspomnienia moje są bardzo zamazane. Plan wielkiej wycieczki przetrwał jednak pijackie majaki. Pomysł nie był szalony. Był wykonalny, ale przez dłuższy czas chyba tylko ja w to wierzyłem. Mijały kolejne miesiące. Studiowaliśmy, graliśmy w naszych zespołach, a lato zbliżało się. W końcu, by nie być gołosłownym zadzwoniłem do Daniela i wyznaczyłem konkretną datę naszego wyjazdu. Przystał na to. Znajomi śmiali się i komentowali nasz pomysł jako niewykonalny. Szymon, który był kuzynem Daniela, powiedział, że nie uda nam się nawet zobaczyć wieży Eiffla. Świadomie czy nieświadomie dał nam konkretny cel. Dzień przed wyjazdem, spotkałem się z Danielem koło południa na starym rynku w Bydgoszczy. Idąc na spotkanie spostrzegłem, że w jednym z ogródków piwnych siedzi stary przyjaciel mojej mamy, Michał W. Pogadaliśmy trochę o tym i o tamtym, po czym przyszedł Daniel i zaczęliśmy uzgadniać plan. Michał śmiał się z nas i dawał nam swoje rady. Lepsze czy gorszę nie wiem, ale dzięki niemu zadecydowaliśmy, że granice będziemy przekraczać w Kołbaskowie, a nie w Słubicach. Porozmawialiśmy jeszcze trochę i pożegnaliśmy się. Tego samego dnia spotkałem się z moim przyjacielem z czasów wioślarskich Romkiem. Powiedział mi wtedy, że podziwia nas i jest pewien że nam się uda. Wtedy już wiedziałem. Wyruszyliśmy w połowie lipca. Spotkaliśmy się na zachodnim krańcu naszego miasta. Wyposażeni w determinacje, cel i dwa ciężkie plecaki zaczęliśmy łapać stopa tuż za wylotówką. Podwiozła nas tam siostra Daniela. Wysiedliśmy gdzieś na jakiejś szosie. Tu zaczyna się początek wyprawy. Staliśmy dosyć pokracznie. Nie za bardzo wiedzieliśmy jak zacząć, gdyż nasze poprzednie wyprawy autostopowe były bardzo odległe. Po kilkunastu minutach zorientowaliśmy się, że nie stoimy w najlepszym miejscu by łapać coś w kierunku Szczecina. Postanowiliśmy przejść na północno-zachodnią wylotówkę. Wtedy zaczęliśmy rozmawiać. Próbowałem wyciągnąć coś z Daniela. Chciałem porozmawiać o ważnych rzeczach, poznać się bliżej. To był cały myk. Poznaliśmy się naprawdę dopiero pół roku wcześniej. Było wiele rzeczy które o sobie wiedzieliśmy, ale jeszcze więcej było tych, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia. Po kilku nieudanych próbach nawiązania rozmowy, powiedziałem w końcu do Daniela. - Nie chcesz za bardzo gadać co? - Wiesz Maks, w sumie to za bardzo się nie znamy. Ciężko mi się przed kimś otworzyć, gdy jest tak rano i jesteśmy trzeźwi – odparł. Rozumiałem go. Ja potrafiłem wyrzucać z siebie wszystko, często nie myśląc o konsekwencjach. Gdy poznawałem kogoś kto po kilku słowach sprawiał wrażenie bratniej duszy, już byłem gotowy rzucić się za nim w ogień. Nigdy w życiu nie dowiem się, czy to raczej wada czy zaleta. Mniej więcej po godzinie doszliśmy do stacji benzynowej, która rozpoczynała drogę z krańca Bydgoszczy do Szczecina. Kupiliśmy sobie po kawie i zapaliliśmy po papierosie. Siedzieliśmy tak może przez pięć minut, po czym Daniela ruszył pytać się ludzi czy jadą w stronę Szczecina. Nie minęło więcej niż dziesięć minut, a już powrócił z wiadomością, że mamy transport pod Szczecin. Kierowca ciężarówki był bardzo sympatyczny. Zapytał się nas gdzie jedziemy i zaśmiał się, jak powiedzieliśmy mu o celu naszej podróży. Nie mówił za dużo, więc zaczęliśmy rozmawiać między sobą. O tym co dalej i o tym co było. Dojechaliśmy pod Szczecin po około czterech godzinach. Pożegnaliśmy się z kierowcą i zaczęliśmy zastanawiać się co dalej. Wiedzieliśmy, że musimy dostać się do Kołbaskowa. Ta graniczna miejscowość, była odległa tylko o dwadzieścia kilometrów, jednak obwodnica zdawał się być tak bardzo zagmatwana, że byliśmy bardzo zdezorientowani. Poszukałem na telefonie czegoś, co mogło by dać nam jakieś wskazówki, jednak wszystko na marne. W końcu uznaliśmy, że ruszymy w stronę granicy pieszo i może po jakimś czasie coś złapiemy. Nie wiem czy byliśmy przekonani, że dwadzieścia kilometrów to nie dużo czy po prostu nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że ta droga zajmie nam minimum cztery godziny. Jak się okazało po krótkim czasie, łapanie czegokolwiek graniczyło z cudem gdyż była to droga szybkiego ruchu. Początkowo było przyjemnie. Naprawdę czuliśmy, że jesteśmy w drodze. Szliśmy przed siebie i rozmawialiśmy. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach. O ważnych i mniej ważnych. Rozmawialiśmy o naszej przeszłości. Moja była mniej więcej znana, więc starałem się wydobyć z Daniela jego historię. - Czemu ty w ogóle studiujesz transport, skoro jesteś po Humanie? – zapytałem gdy szliśmy wzdłuż drogi. Daniel uśmiechnął się do siebie, po czym zwrócił się w moją stronę i odparł - Ojciec mnie namawiał. Chciałem iść na historie, ale mówił mi, że tak będzie lepiej, bo później załatwi mi robotę i tak dalej. Rozumiesz. - Jasne – odpowiedziałem. Słońce grzało, a my szliśmy dalej z naszymi ciężkim plecakami. Powoli kończyła nam się woda. Nigdzie nie było nawet śladu stacji benzynowej czy sklepu. Po trzech godzinach ciężkiego marszu, byliśmy już całkowicie wymęczeni. Przystanęliśmy na chwilę i zapaliliśmy po papierosie. Według mojego telefonu, najbliższa stacja benzynowa była tylko kilka kilometrów dalej. Później dowiedzieliśmy się, że było to już w Kołbaskowie. Skończyliśmy palić i ruszyliśmy dalej. Szliśmy coraz wolniej. Po pewnym czasie przekraczaliśmy most na odrze, która w zachodzącym po mału słońcu wyglądała bajecznie. Z pewnością był to cudowny widok, jednak byliśmy zbyt umęczeni, żeby się nim cieszyć. Przed nami wyrosła stroma górka. Próbowałem łapać coś licząc na to, że kierowcy będą zwalniać przed podjazdem. Nic z tego. Ostatkiem się wdrapaliśmy się na górę i było warto. Oczom naszym ukazał się stacja benzynowa. To była kwesta może dwudziestu minut marszu. Od razu wróciły nam wszystkie siły. Uśmiechnięci szliśmy przed siebie żwawo i po krótkim czasie byliśmy już na pierwszej stacji benzynowej w Kołbaskowie. Obok stał niewielki parking dla ciężarówek. Usiedliśmy na ławce i zaczęliśmy zastanawiać się co dalej. Było koło dwudziestej. Daniel ruszył na obchód kierowców. Wrócił po chwili z informacją, że najlepiej będzie jak dostaniemy się na kolejną stację odległą jakieś dwa kilometry dalej. Zabraliśmy więcej swoje bagaże i udaliśmy się tam. Po dotarci kupiliśmy od razu dwie butelki czerwonego wina i kilka paczek żółtych cameli. Wymieniliśmy też złotówki na euro. Wyszło po sto na głowę. Nie za dużo, ale też nie za mało. Słońce zaszło jakiś czas wcześniej i trwała już przyjemna noc lipcowa. Położyliśmy się na trawie obok stacji. Chcieliśmy odpocząć. Zaczęliśmy pić wino. Po chwili Daniel wyciągnął gitarę a ja klarnet. - Słuchaj Maks, musimy w czasie tej podróży napisać dobrą piosenkę. Wiesz takie światła miasta w nocy – powiedział Daniel grając kilka akordów. - Dobra, ale najpierw musisz się nastroić – odparłem, po czym zacząłem grać odpowiednie dźwięki. Daniel poprzekręcał kluczę i po chwili byliśmy gotowi do grania. Grał jakaś piosenkę którą napisał przed wyjazdem. Nie za bardzo rozumiałem słowa, ale melodia bardzo mi się spodobała. Dograłem kilka dźwięków i wyszło całkiem fajnie. Zobaczyłem błysk w oku Daniela. Musiał z tego coś wyjść. Nie chcieliśmy się jednak z niczym spieszyć, więc odłożyliśmy instrumenty na bok i otworzyliśmy drugą butelkę wina Dochodziła północ. Trzeba w końcu zacząć pytać kierowców czy nie jadą w stronę Holandii. Przysiedliśmy nad mapą. Najlepszym rozwiązaniem było kierować się wpierw na Hamburg. Poczęliśmy krążyć pomiędzy ciężarówkami, jednak większość z kierowców już spała. Ktoś powiedział nam, że powinnyśmy wypatrywać kontenerów, gdyż wszyscy z kontenerami jadą do Hamburga. Chodziliśmy w kółko przez kilka godzin, aż w końcu Daniela znalazł kierowcę który jechał w tamtą stronę. Początkowo niechętny, dał się przekonać do zabrania nas dzięki ładnej historyjce Daniela. - Weźmie nas pan do Hamburga? – zapytał kierowcy. - Ja jadę do Bremerhaven to w sumie po drodze, ale… - Wie pan, bo my gramy koncert w Amsterdamie pojutrze i musimy się tam jak najszybciej dostać – powiedział Daniel. - No dobra, wsiadajcie. Załadowaliśmy się i ruszyliśmy w głąb Niemiec. Kierowca był starszym panem koło sześćdziesiątki. Był szczupły, trzymał się bardzo dobrze jak na swój wiek i profesję. Momentalnie usnąłem na tylnym siedzeniu, a Daniel słuchał jego historii o konwojach ze złotem i różnych podobnych. Około dziewiątej rano zatrzymaliśmy się, gdyż kierowca musiał dokładnie sprawdzić w umowie gdzie jedzie. Wyjął ją ze schowka i zaczął czytać uważnie. Jak byk było tam napisane „Gdańsk – Bremen”. On skonsternowany sięgnął po telefon. - Halo – powiedział do słuchawki – Kurwa, gdzie ja mam jechać do Bremen czy do Bremerhaven? Spojrzeliśmy się po sobie z Danielem. Z trudem hamowaliśmy śmiech. Kierowca rozmawiał jeszcze chwilę, po czym oznajmił nam, że jedzie jednak do Bremen i może nas zabrać aż tam. Przystaliśmy na to uszczęśliwieni. Dalsza droga minęła na narzekaniu na polskie drogi i w ogóle żaleniu się na poziom życia w naszym państwie. Około jedenastej trzydzieści wysiedliśmy w Bremen. Podziękowaliśmy zakręconemu panu i życzyliśmy sobie nawzajem powodzenia. Nie wiem komu było bardziej potrzebne, jemu czy nam. W momencie pożegnania, zdałem sobie sprawę, że teraz jesteśmy już w obcym państwie, ponad siedemset kilometrów od domu i nikogo tu nie znamy. Staliśmy chwilę nie wiedząc za bardzo co mamy dalej robić, po czym ruszyliśmy w stronę ulicy która wyglądała na jedną z głównych. Pamiętałem trochę niemieckiego z liceum, ale i tak nie było łatwo się odnaleźć. Patrząc po drogowskazach i billboardach reklamujących różne międzynarodowe imitację restauracji, doszliśmy po jakimś czasie do centrum miasta. Starówka była bardzo ładna, aczkolwiek nie powalająca. Jako że Bremen było miejscem do którego trafiliśmy przypadkiem, udaliśmy się wprost do świątyni konsumpcjonizmu pod wezwaniem klauna, by sprawdzić kilka rzeczy w Internecie. Postudiowaliśmy chwilę mapę i zapchaliśmy brzuchy imitacją jedzenia. Doszliśmy do wniosku, ze najlepiej będzie udać się na wylotówkę kierująca się do Osnanbrucku lub Oldenburga. Przez środek miasta przechodziła autostrada, więc musieliśmy tylko patrzeć na tablice w którą stronę mamy iść. Szliśmy wzdłuż głównej drogi, jednak w pewnym momencie chodnik po prostu się skończył. W Niemczech nie da się być pieszym na drodze dla samochodów. Nie wiedzieliśmy za bardzo co mamy dalej zrobić. Przeskoczyliśmy przez kilka płotów i znaleźliśmy się w jakieś cichej dzielnicy miasta. Naszą uwagę przykuł mały pub który znajdował się na rogu dwóch pustych ulic. Weszliśmy do środka. Wszyscy spojrzeli się na nas wielkimi oczyma. Barmanka i klienci byli ludźmi starszymi. Obserwowali nas uważnie, jednak przełamaliśmy barierę niepewności słowem „bier”. Kupiliśmy po dwa becksy i usiedliśmy przy stoliku by trochę odetchnąć. Wystrój lokalu przypominał lata sześćdziesiąte. Wszędzie pełno było zdjęć gwiazdek tamtego okresu, które wymieszane z proporcami Werderu Brema, dawały komiczny, acz urzekający klimat. Daniel podszedł do szafy grającej i powrzucał kilka monet, jednak ta ciągle milczała. Po kilkunastu minutach do lokalu przyszedł kolejny klient, stały bywalec jak wywnioskowałem po jego zachowaniu. Spojrzał się na nas. Zainteresowała go gitara. - Musikant? Ich bin Kieth Richards! – krzyknął i zaczął udawać, że gra na gitarze. Uśmiechnęliśmy się do niego. Nie mieliśmy za bardzo czasu, więc szybko dokończyliśmy piwo i pożegnaliśmy się z wesołym miejscem. Szliśmy przez zarośnięte chwastami pobocze. Oset, pokrzywy i inne irytujące rośliny skutecznie odbierały nam chęci do dalszej wędrówki. Zacząłem się zastanawiać, czy ktoś czasem nie posadził ich tutaj by odstraszać takich jak my włóczęgów. Nie mniej jednak, nie mieliśmy zamiaru się poddawać. Imitacja jedzenie która zjedliśmy kilka godzin wcześniej uleciała już z naszych brzuchów. Byliśmy głodni. Nigdzie nie mogliśmy jednak znaleźć sklepu. Przeszukałem swój plecak i znalazłem paczkę migdałów którą babcia dała mi tuż przed wyjazdem. Podałem ją Danielowi. - Masz migdały są dobre na mózg. Może wpadniemy na jakiś pomysł jak szybko się stąd wydostać – powiedziałem, a Daniel spojrzał się na mnie bez słowa. Zaczęliśmy jeść, lecz rozwiązanie nie przychodziło. W końcu zachwaszczone pobocze skończyło się. Znaleźliśmy miejsce gdzie dało się stać i łapać kogoś jadącego w stronę Oldenburga lub Osnanbrucku. Staliśmy około godziny. Byliśmy coraz bardziej zrezygnowani. Padał deszcz i było zimno. Poparzone od pokrzyw nogi piekły mnie coraz bardziej, a Daniel był milczący, przygaszony. Traciliśmy już wszelką nadzieje, lecz nagle zatrzymał się jakiś starszy pan. Mówił tylko po niemiecku. Jakimś cudem wybełkotałem pokracznie kilka zwrotów tłumacząc że jedziemy do Amsterdamu na koncert i jesteśmy bardzo wdzięczni. On widząc, że coś tam umiem zaczął opowiadać mi jakaś historię. Nie rozumiał jednak ani słowa i odpowiadałem tylko „ja, ja”. Dojechaliśmy do Oldenburga po mniej więcej półtorej godziny. Starszy pan wysadził nas przy rynku tego miasteczka i pojechał dalej. Trafiliśmy na jakiś festyn. Wszędzie pełno było odpustowych kramików, a na średniej wielkości scenie występował jakiś hiszpański zespół który w bardzo zły sposób łączył flamenco z disco. Usiedliśmy na murku. Zaczęliśmy studiować mapę by określić nasz następny przystanek. Zainteresowała się nami grupka studentów. Podeszli i zaczęli się pytać skąd jesteśmy, gdzie jedziemy i tak dalej. Porozmawialiśmy z nimi chwilę, po czym skierowaliśmy się wedle ich wskazówek na wylotówkę w stronę Holandii. Kupiliśmy po drodze wino. Mieliśmy zamiar wypić je tam, gdzie dzisiaj jeszcze uda nam się dojechać. Wieczór był ciepły. Idąc wzdłuż głównej drogi mijaliśmy wielu ludzi siedzących w ogródkach piwnych. Właśnie przy jednym z takich miejsc, zatrzymał nas pewien mężczyzna. Zapytał się, czy nie napilibyśmy się z nim piwa. Odparliśmy zgodnie, że jak najbardziej. Zaczął mówić po niemiecku, lecz widząc, że prawie nic nie rozumiemy przerzucił się na angielski. - Mam na imię Andrea. Mówcie mi Endriu – przedstawiliśmy się również. Rozmawialiśmy niby całkowicie normalnie, jednak coś było nie w porządku. Bardzo nie w porządku. Jego znajomi uśmiechali się w podejrzany sposób, a ich prezencja wzbudzała nie tyle strach, ile dziwną niepewność. Wymienili między sobą kilka zdań po niemiecku i zaczęli się głośno śmiać. Endriu pytał się nas co robimy, gdzie jedziemy i czy mamy gdzie spać. Na tym ostatnim skupiał się najbardziej. Wtedy zrozumiałem co jest grane. Kopnąłem pod stołem Daniela, ale on nie zareagował. Po chwili nasz nowy znajomy zapytał się czy nie jesteśmy przypadkiem głodni. - Może macie ochotę na jabłecznik? - Dzięki, ale nie jeste… - chciałem odpowiedzieć, ale Daniel wszedł mi w słowo. - Jasne, czemu nie – powiedział. Posłałem mu zabójcze spojrzenie. - A co byście powiedzieli na truskawki ze śmietaną? - Nie nie, jabłecznik wystarczy – odparł Daniel. Endriu uśmiechnął się i wszedł do środka lokalu. W tym momencie chciałem zerwać się i uciekać jak najdalej, jednak Daniel powstrzymał mnie. Po chwili wrócił nasz nowy znajomy trzymając w rękach dwa talerzyki z najlepszym jabłecznikiem w Oldenburgu. - Proszę – powiedział stawiając przed nami talerzyki. Popijając dalej piwo, zapytał się – A gdzie będziecie dzisiaj spać? - Myślę, że będziemy jeszcze dzisiaj ruszać dalej. Nie potrzebujemy noclegu. - Oj, nie sądzę by udało się wam coś jeszcze dzisiaj złapać. Ściemnia się. Powinniście rozważyć nocleg. - W ostateczności pójdziemy na dworzec i pojedziemy pociągiem. - Pociągi już nie jeżdżą o takiej porze. Nie chcecie się przespać u mnie? – Tym razem na szczęście, kopnięty pod stołem Daniel zrozumiał o co mi chodzi. Szybko podnieśliśmy się, podziękowaliśmy za wszystko i ruszyliśmy dalej w stronę wylotówki. Endriu był trochę zawiedziony, jednak żegnał nas z uśmiechem. Idąc tak przed siebie, minęliśmy w pewnym momencie dziewczynę, która szczególnie zapadła Danielowi w pamięć. Stała z rowerem na środku chodnika i popijała wino. Czekała na kogoś. Szczupła blondynka ubrana w zielony płaszczyk i niebieski beret. Uśmiechnęła się do nas. Odpowiedzieliśmy jej tym samym. Przeszliśmy kawałek dalej, a Daniel zaczął: - Wyobraź sobie, że ona może tam czekała na jednego z nas. Może jest znudzona życiem w Oldenburgu i chce się po prostu stąd wyrwać. Może wyjechaliśmy w całą tą wyprawę tylko po to, żeby ją spotkać – mówił Daniel. Uśmiechałem się. Może rzeczywiście tak było? Nie wiem. Wiedziałem, za to na pewno, że skrzyżowanie które polecili nam studenci nie było zbyt dobry miejscem do łapania czegokolwiek. Staliśmy tam przez godzinę, lecz nikt nawet nie zwracał na nas uwagi. Było koło dziesiątej. Poszliśmy umyć się na stację benzynową, po czym udaliśmy się do świątyni złotego cielca znajdującej się tuż obok. Piliśmy kawę zastanawiając się nad dalsza trasą. Nie mieliśmy szans wyjechać z tego miejsce tej nocy. Musieliśmy zorganizować sobie miejsce do spania. Po dwóch godzinach studiowania mapy, doszliśmy do wniosku, że następny m przystankiem powinno być nadmorskie Emden. Dopiliśmy kawę, spakowaliśmy rzeczy i wyruszyliśmy szukać miejsca do spania. Dosłownie chwilkę potem, wypatrzyliśmy bardzo dobre miejsce na trawie. Byliśmy tam osłonięci od głównej drogi niewielki pagórkiem, więc nie było problemu z położeniem się w namiocie. Nie rozkładaliśmy go. Po prostu wsunęliśmy się do środka na wypadek padającego deszczu. Zmęczeni, po prawie trzydziestu szczęściu godzinach bez snu, zasnęliśmy od razu. Następnego dnia obudził nas deszcze. Szybko spakowaliśmy namiot do Torby. Poszliśmy z powrotem na skrzyżowanie, jednak dalej nic. Nie wiem skąd, ale urodziła się w mojej głowie myśl, żeby brać ludzi na litość. Napisałem na pustej kartce „Wir Sind Polen, Wir Fahren nach Niederlands, Wir Haben nicht Euro”. Kartka okazała się bezużyteczna. Jedyne co nam przyszło to nieprzychylność Niemców, a o to naprawdę trudno. Ni z tego ni z owego, uznaliśmy, że pójdziemy grać na ulicy by zarobić trochę pieniędzy. Szliśmy w stronę centrum i omawialiśmy jakie piosenki możemy wykonać. Daniel jest wielki fanem klubu Liverpool, którego hymn nosi tytuł „You’ll never walk alone”. Jako że klub w ostatnich latach nie jest w najlepszej formie, złośliwcy lekko parafrazują jego nazwę. - Daniel, mam świetny pomysł co możemy zagrać ! - No dawaj, co ? – zapytał uradowany. - „You’ll never win a title” – odparłem, a uśmiech Daniela szybko przerodził się w wyraz gniewu. - Nie rozmawiam z tobą – powiedział. Szliśmy dalej w milczeniu. Nie mogłem się jednak przestać śmiać, więc Daniel wkrótce rozchmurzył się. Deszcz nie ustępował. Plany związane z graniem na ulicy powoli przestawały mieć sens. Kilka minut później zaczęła się prawdziwa ulewa. Wbiegliśmy szybko pod wiatę przystanku autobusowego. Nie za bardzo wiedzieliśmy co dalej robić. Po chwili nadjechał autobus z napisem „Bahnhof”. Przypomniałem sobie, że Bahnhof to dworzec po niemiecku. Szturchnąłem Daniela i wskoczyliśmy do środka. Autobus nie ruszał z miejsca, a wszystkie oczy zwrócone były w naszą stronę. Z pomocą przyszedł nam jakiś pasażer z tyłu który krzyknął „tickets!”. Podszedłem do kierowcy i kupiłem dwa w kierunku dworca. Porównując rozkłady pociągów z mapą, doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie jak pojedziemy do Groningen w Holandii. Bilety kosztowały po dwadzieścia pięć euro, więc pozbyliśmy się jednej czwartej naszego budżetu. Byliśmy jednak zdesperowani i chcieliśmy jak najszybciej wydostać się z Niemiec. Po kilkudziesięciu minutach podróży wysiedliśmy już w Holandii. Dworzec w Groningen był jednym z najpiękniejszych budynków użytkowych które kiedykolwiek widziałem. Monumentalny, dziewiętnastowieczny gmach ze sklepieniem usłanym freskami. To był cudowny widok. Nie mogłem uwierzyć, że zwykły dworzec kolejowy może wyglądać aż tak pięknie. Było koło osiemnastej. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do centrum. Błądziliśmy chwilę, jednak udało nam się trafić na piękny bulwar nad jeszcze piękniejszą rzeką. Zjedliśmy tam sobie po bagietce z jogurtem i ruszyliśmy dalej. Plecy bolały nas niemiłosiernie, jednak uznaliśmy, że nie zatrzymujemy się, dopóki nie znajdziemy jakiegoś ciekawego lokalu. Traf chciał, że pierwszym ciekawym lokalem który minęliśmy na swej drodze był Coffe shop. Kupiliśmy sobie po dwa jointy. Usiedliśmy wygodnie w fotelach i zapaliliśmy. Nigdy wcześniej i nigdy później nie paliłem tak dobrej marihuany. Nie wiem czy była to kwestia miejsca czy zmęczenia, ale upaliliśmy się bardzo. Chcieliśmy zaznać życia nocnego w Holandii, więc wróciliśmy na dworzec by zostawić nasze bagaże w przechowalni. Uwolnieni od ciężarów kupiliśmy po dwa wina i usiedliśmy na brzegu rzeki z gitarą. Piliśmy sobie spokojnie układając kolejne piosenki, a słońce zachodziło powoli. Ciągle byliśmy mocno spalenia, ale po krótkim czasie to alkohol objął nasze umysły w posiadanie. Rządni przygód jak zawsze skierowaliśmy się do centrum. Była sobota. Wszędzie pełno pijanych, lecz nad wyraz kulturalnych ludzi. Usiedliśmy na zewnątrz jakiejś knajpy. Daniel wysłał mnie po dwa piwa, a ja wróciłem z czterema. Do dziś nie wiem dlaczego. Dopijając je poczuliśmy nagły przypływ zmęczenia. Trzeba było iść spać. Droga na dworzec wydawała się trzy razy dłuższa niż poprzednio. Nie tyle przez samą odległość, ile przez trzech dziwnych ludzi których spotkaliśmy po drodze. Pierwszy wpadł na nas jeszcze przy głównej ulicy. Rozglądał się niespokojnie i pytał się, czy nie chcielibyśmy kupić roweru za dziesięć euro. Odparliśmy grzecznie, że nie bo nam niepotrzebny. Sytuacja ta powtórzyła się jeszcze dwukrotnie. Za każdym razem odmawialiśmy. Ani Daniel ani ja nie wiemy o co wtedy im wszystkim chodziło. Na dworzec dotarliśmy chwilę przed północą. Byliśmy bardzo zmęczeni. Wtedy wybuchła pierwsza nasza kłótnia. Ja bardzo wolno i chaotycznie dawałem Danielowi do zrozumienia, że najlepiej będzie jeśli prześpimy się na dworcu, jednak on w ogóle nie chciał mnie słuchać. Mówił coś do mnie, tłumaczył, że to najgorszy pomysł na jaki mogłem wpaść, ale ja nie słyszałem go za bardzo, gdyż zasnąłem na stojąco. Daniel poklepał mnie po plecach i ocknąłem się momentalnie. Przystałem na jego pomysł. Jak najszybciej chciałem iść spać. Po kilkunastu minutach ponownego błądzenia, przez uśpione już Groningen, doszliśmy do drogi która rozpoczynała autostradę. Tak mi się przynajmniej wydawało. Wzdłuż drogi prowadził chodnik, a wzdłuż chodnika żywopłot. Przedarliśmy się przez niego i znaleźliśmy się na spadzie pod kątem sześćdziesięciu stopni, który prowadził prosto do rzeki. Nie dbaliśmy o nic. Chcieliśmy tylko iść spać. Położyliśmy namiot i licząc na cud zasnęliśmy tam. Rano obudziły nas dochodzące nie wiadomo skąd dźwięki Buena Vista Social Club. Byliśmy strasznie połamani, jednak energia tej piosenki udzieliła nam się. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy z powrotem w stronę centrum. Jak się okazało po pięciu minutach, daleko nie musieliśmy iść, gdyż spot dla autostopowiczów z Holandii znajdował się właśnie przy tej ulicy. Nie bacząc na deszczową pogodę, staliśmy pełni optymizmu. Minęła godzina i nic. Minęła druga i też nic. W końcu, idąc śladami mojego kolegi z roku Łukasza, napisałem na kartce „Anywhere”. Ludzie uśmiechali się życzliwie, lecz nikt nie chciał się zatrzymać. Po trzech godzinach zabrała nas jednak milcząca, starsza pani. Wysadziła nas co prawda tylko dwadzieścia kilometrów dalej, ale i tak byliśmy jej bardzo wdzięczni. Przeskoczyliśmy przez płot i wkroczyliśmy na autostradę. Nie miałem zielonego pojęcia na temat ruchu drogowego i nie mogłem wiedzieć, że bycie pieszym na autostradzie jest zabronione. Mistrz kierownicy Dąbrowa Chełmińska nie miał jednak żadnych przeciwwskazań. Po piętnastu minutach przyjechała policja. Miła pani wytłumaczyła nam, że przebywanie na autostradzie w Holandii jest zakazane. Zgrywaliśmy głupków ( ja nie musiałem nawet zgrywać) żeby uniknąć kary i wmówiliśmy jej, że w Polsce jest inaczej. Dała się nabrać i przejechaliśmy się kawałek dalej radiowozem. Nie zostaliśmy w kolejnym miejscu zbyt długo, gdyż praktycznie po pięciu minutach zabrały nas matka z córką z których żadna nie mówiła po angielsku. Dogadywaliśmy się na migi i było miło. Wysadziły nas na kolejnej stacji benzynowej kolejne dwadzieścia kilometrów dalej. Poruszaliśmy się zbyt wolno, jednak nie martwiliśmy się tym. Wydawało nam się, że skoro mamy jeszcze trochę funduszy to nie musimy się spieszyć. Wyciągnęliśmy spokojnie instrumenty i zaczęliśmy grać. Grało się dobrze. Dźwięki które dobieraliśmy idealnie oddawały klimat naszej podróży. Efemeryczny duet który wtedy powstał, zaliczam do jednej z najciekawszych przygód muzycznych których doświadczyłem w życiu. Trzeba było jednak jechać dalej. Ponownie zabrały nas matka z córka. Dziewczyna była trochę przestraszona, jednak jej matka nadrabiała wszystko wysoce intelektualną rozmową. Dojechaliśmy z nimi aż pod sam Utrecht. Znów byliśmy na małej stacji benzynowej. Według mojego telefonu, znajdowaliśmy się piętnaście kilometrów od miasta. Wzdłuż autostrady szły tory kolejowe, więc poszedłem putać się pracowników stacji czy dojdziemy wzdłuż nich do Utrechtu. Przestraszona hinduska odparła, że nie ma pojęcia i żebyśmy lepiej nie próbowali bo jest to nielegalne. Podziękowałem jej mimo wszystko i wróciłem do Daniela. Wyszła za mną druga pracownica. Powiedziała, że jeśli poczekamy półgodziny to bez problemu zabierze nas do centrum. Przystaliśmy na to. Pokręciliśmy się w koło stacji, popisaliśmy trochę w naszych dziennikach i po krótki czasie ujrzeliśmy ją wyjeżdżająca w naszą stronę w starym, podniszczonym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
O następnych włóczęgach — czytnik · opowiadania