Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 22 min czytania

O nawiązywaniu przyjaźni

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Uczniowie najbardziej prestiżowej szkoły w mieście tłumnie wylegli na przyszkolne tereny, by z radością oddać się błogim chwilą zapomnienia po zakończeniu ostatniego z corocznych egzaminów. Pozostał im już tylko jeden dzień spędzony w szkole- dzień oficjalnego zakończenia roku i powrotu do domów na letnie wakacje. Według niepisanego prawa wszyscy zajęli przypisane sobie, formalnie nieistniejące, strefy- najmłodsi rozsiadali się pod murami budynku, nieco starsi na łące za nim, gimnazjaliści zajmowali tereny przy małym jeziorze, a licealiści skraj lasu, nad drugim brzegiem owego zbiornika wodnego. Każda ze „stref” miała swoje wady, jednak o tej ostatniej marzyli wszyscy. Tam był cień i było słońce. Woda i sucha trawa. Do wyboru, wedle uznania. Mimo to, czwórka piętnastoletnich chłopców nie narzekała na swoje położenie. Pierwszy, siedzący najdalej od brzegu w cieniu jednego z niewielu drzew rosnących po tej stronie jeziora, czytał opartą o kolana książkę, co chwila odgarniając z czoła kosmyki kręconych, miodowych włosów. Drugi, leżąc na trawie, podrzucał nad głową soczyście czerwone jabłko i uśmiechał się lekko do siebie śledząc oczami o szarawych tęczówkach siedzące nieco dalej dziewczyny. Trzeci skubał bezwiednie zielone źdźbła z nieobecną miną, a słońce odbijało się od oprawek jego rogowych okularów. I wreszcie ostatni, stojący niedbale i przyglądający się z rozbawieniem swoim przyjaciołom. Sięgnął po leżący na ziemi kamyk, po czym z niebywałą celnością rzucił nim w unoszące się właśnie jabłko. – Nie wydurniaj się, i tak nie zwraca na ciebie uwagi – powiedział lekko kpiącym tonem. – Spadaj – prychnął chłopak i usiadł, żeby sięgnąć po jabłko. – I z łaski swojej nie wiś tak nad człowiekiem, to stresujące. – Kiedy ja nad nikim nie wiszę… – stwierdził z miną niewiniątka. – Romeo, wyluzuj trochę. – Nie nazywaj mnie „Romeo”. – Więc może wolisz „kochasiu”? Albo… – Zamknijcie się obaj – mruknął chłopak spod drzewa. – A ty, Jav, nie stój jak palant. – Jak sobie życzysz, Chris – westchnął znudzonym tonem Jav i z niesamowitą gracją opadł na ziemię. – Mickey, przestań rozbierać wzrokiem biedną Jannise… To się robi wręcz obleśne. – Jav, słońce stanowczo źle na ciebie działa – stwierdził spokojnie zamyślony chłopak, Mickey. – Mózg ci się przegrzewa. Jannise była chorobliwie bladą blondynką, siedzącą samotnie na trawie. W momencie, kiedy Jav o niej wspomniał, spojrzała w kierunku chłopców i posłała im nieśmiały, uprzejmy uśmiech. Niemal od razu wróciła do zawziętego skrobania w jakimś zeszycie. – Poza tym, skoro już koniecznie musisz wiedzieć, Jannise nawet mi się nie podoba. Jest zbyt blada i… i taka… taka trochę dziwna… – dokończył Mickey nieco ciszej. – Musisz sobie znaleźć dziewczynę, przyjacielu – powiedział tonem mędrca chłopak od jabłka. – Tak jak ty, Willu? – spytał kpiąco Mickey. – Ja przynajmniej mam na czym oko zawiesić. – Na pięć sekund, zanim nie oberwiesz. – Ale to i tak dłużej, niż ty. – Jesteście żałośni – podsumował wszystko Jav żartobliwym tonem. Wszyscy chłopcy spojrzeli na niego unosząc lekko brwi. – nie żebym się czepiał, czy coś, ale w tej chwili ty również jesteś całkowicie samotny – mruknął Will. – Tak, ale z własnej, nieprzymuszonej woli. Zapomniałeś, że ledwie tydzień temu rzuciłem Krissy? – Nie, nie zapomniałem. Ale ty najprawdopodobniej zapomniałeś, że to ja trzy dni temu rzuciłem Frannie. – Wiecie co? – zagadnął Chris. – Jesteście naprawdę niemoralni. Will i Jav wymienili spojrzenia i zgodnie wybuchli wesołym śmiechem. ~*~ Wszyscy uczniowie publicznego gimnazjum z radością powitali koniec roku szkolnego. Śmiali się, wesoło rozmawiali, rozchodząc się każdy w swoją stronę. – Hej, Ginger, rozchmurz się trochę! Przed nami całe, piękne dwa miesiące oddawania się najgłupszym szaleństwom! – zawołała drobna dziewczyna o długich do połowy pleców, brązowych włosach. – Jasne, Claire. Tylko, że po tych dwóch miesiącach czeka nas ostatni rok gimnazjum. A mi zależy na skończeniu z jak najlepszymi wynikami, jasne? Potrzebuję tego. – I tak masz lepszą średnią niż ja, więc się zamknij. – Nie mogę się zamknąć. Zapomniałaś, że teoretycznie powinnam JUŻ skończyć gimnazjum? To wystarczająco deprymujące… Poza tym, jeśli skończę z taką średnią, nie dostanę się do dobrego liceum, a jeśli nie dostanę się do dobrego liceum, to… – To koniec z pięknym marzeniem o wybiciu się na szczyt. Tak, Ginger, znam tę kwestię na pamięć. – Czyli wiesz, jak poważna jest sprawa. – Nadal nie rozumiem, jak ty możesz tak się podporządkowywać wymaganiom matki. – A ja nie rozumiem, jak ty mogłaś się tak podporządkowywać Nixie – palnęła Ginger, zanim zdążyła ugryźć się w język. Zawsze tak miała, kiedy się denerwowała – mówiła rzeczy, zanim je dokładnie przemyślała. Kiedy dotarły do niej jej własne słowa, uniosła dłoń do ust, jakby chciała je powstrzymać. – Boże święty, przepraszam, Claire! – pisnęła. – Daruj sobie – rzuciła chłodno dziewczyna, przyśpieszając kroku. – Nie, ja naprawdę przepraszam. Wiesz, że czasem mówię rzeczy, zanim je dobrze przemyślę! Po prostu się zdenerwowałam i palnęłam to bez zastanowienia! Claire, przepraszam! – Powiedziałam już, daruj sobie. – Claire, chyba się teraz nie obrazisz, co? – Nie, skąd. Dalsze słowa uwięzły Ginger w gardle. Spuściła głowę i odruchowo zacisnęła palce lewej ręki, wbijając sobie paznokcie w spodnią część dłoni. Nie powinna była poruszać tematu Nixie. Wiedziała, że dla Claire to wyjątkowo trudne, że jeszcze nie do końca się ze wszystkim pogodziła… To się stało rok temu. Wtedy Claire i Nixie były najlepszymi przyjaciółeczkami, takimi jak w amerykańskich filmach. Któregoś dnia, coś się między nimi stało. Ginger znalazła Claire płaczącą w łazience, z zadrapaniem na policzku. Odruchowo pomogła dziewczynie się pozbierać, choć później obie skończyły z nieobecnością na jednej lekcji i tłumaczeniem się przed wychowawcami za domniemane wagary. Nixie lubiła władzę. Kiedy Claire przestała biegać za nią jak ślepy piesek i wykonywać jej polecenia, zdenerwowała się. A kiedy dziewczyna sprzeciwiła się jej woli, wpadła w furię. Claire nigdy nie powiedziała, co dokładnie wydarzyło się tamtego dnia w szkolnej łazience, mimo to starsza od niej o rok i znacznie bardziej doświadczona Ginger, zdążyła się prawie wszystkiego domyślić. Wiedziała, że zadrapanie to rana po czymś znacznie ostrzejszym, niż paznokieć. Mimo wszystko milczała i w duchu nienawidziła się za to. – Hej, patrz. Ważniaki też chyba właśnie skończyły. – Z zamyślenia wyrwał ją głos Claire. Ginger rozejrzała się dookoła, przytomniejąc. Przechodziły właśnie obok najbardziej prestiżowej szkoły w mieście, a może nawet w całym kraju. Wszyscy z ich gimnazjum uznawali uczniów tej szkoły za typowych snobów, przyszłych polityków, prawników, deweloperów, właścicieli sukcesywnych firm. Wszystko, dzięki bogatym rodzicom. – Tak, cóż, w końcu dzisiaj jest ostatni dzień szkoły – zauważyła inteligentnie Ginger. – No co ty nie powiesz? – mruknęła Claire, przewracając oczami. Na parkingu przed szkołą stała cała masa wypasionych, błyszczących samochodów. Obie dziewczyny przesuwały po nich wzrokiem, z lekkim zachwytem wypisanym na twarzach. Odruchowo pochyliły głowy, kiedy weszły między tłum bogatych rodziców, czekających na swoje pociechy. Ludzie z „wyższych sfer” ledwo zwracali na nie uwagę, a jeśli już, to odwracali wzrok z obrzydzeniem mamrocząc coś o plebsie. Ginger gotowała się w duchu z wściekłości. Nienawidziła tego całego podziału na sfery. Nienawidziła, kiedy nazywano ją kimś niższej kategorii, gdy przyznawała się, że mieszka w małym domku na skraju miasta, a nie w wielkiej willi w centrum. Półświadomie ściągnęła niżej rękawy czarnego, rozpinanego swetra narzuconego na galową, białą bluzkę. Claire zauważyła ten ruch. – Naprawdę nie jest ci za gorąco? – zapytała ze zdziwieniem. – Nie, naprawdę – odpowiedziała szybko Ginger. Mimo słońca w zenicie oraz prawie trzydziestostopniowego upału, nie wyobrażała sobie, żeby mogła zdjąć sweter, odkrywając ręce i swoją najciemniejszą tajemnicę. Dziewczyny w milczeniu dotarły na przystanek autobusowy. Claire podeszła do tabliczki z rozkładem jazdy, a Ginger schowała się w cieniu dużego drzewa. – I co? – zapytała, kiedy Claire podeszła do niej z niewyraźną miną. – Mamy bite dwadzieścia minut czekania. Wzięłaś coś do picia? Ginger sięgnęła do przewieszonej przez ramię torby i wyciągnęła z niej napoczętą butelkę taniego soku pomarańczowego. – Kompletnie się ugotował – ostrzegła, podając napój Claire. – I już z niego piłam. – Tak jakbym miała się ciebie brzydzić… – parsknęła dziewczyna. Wzięła łyk soku i skrzywiła się lekko. – Jak możesz pić to świństwo? – spytała, oddając butelkę. – I oni to nazywają sokiem pomarańczowym? To nawet nie leżało obok pomarańczy! – Jest tani – mruknęła Ginger, wzruszając ramionami. – I gasi pragnienie. – Tak. Jest tak okropny w smaku, że od razu przestaje ci się chcieć pić. – Ale działa. – Ginger uśmiechnęła się lekko. Ludzi na przystanku przybywało. W końcu, kiedy nadjechał autobus, wszyscy niczym stadko owieczek wgramolili się do pojazdu i rzucili na wole miejsca. Dwie dziewczyny znalazły wolne krzesełka prawie na samym przodzie. Claire odbiła bilety ze obydwie. Kiedy usiadła, zaczęły rozmawiać o czymś zupełnie nieważnym i niezobowiązującym, jak tani sok pomarańczowy. ~*~ Javier rozstał się z przyjaciółmi przy głównej bramie z kutego żelaza. Porozmawiał przez chwilę z mamą Willa, wymamrotał jakieś żartobliwie aroganckie słowa do przyjaciela, a potem odszedł w stronę przystanku autobusowego. Nie miał zamiaru wracać do domu. Wraz z tłumem ludzi wsiadł do autobusu i z braku lepszego wyboru zajął miejsce naprzeciwko dwóch, pogrążonych w rozmowie dziewczyn, tyłem do kierunku jazdy. Wpatrzył się w okno, mimowolnie słuchając paplaniny. Rozmawiały o soku. Musiał się bardzo postarać, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Spojrzał na nie kątem oka. Drobna szatynka wyczytywała z etykietki na butelce nazwy konserwantów. Jej ruda koleżanka wtrąciła nagle, że „co jej nie zabije, to ją wzmocni”. Brunetka uniosła lekko jedną brew i zaczęła ją zasypywać zarzutami o niezdrowe odżywianie się i nieszanowanie swojego życia. Ruda tylko pokiwała głową. Wyglądały na uczennice publicznego gimnazjum. Nie zadawał się z nimi dla czystej zasady, ale w rzeczywistości ani on, ani jego przyjaciele nie mieli nic przeciwko nim. Nie wierzyli w ten cały podział na sfery społeczne. Między innymi dlatego wolał powłóczyć się po mieście niż wracać do domu i rodziców, którzy mogliby uchodzić za stereotypowy przykład snobów. Gwałtowne poruszenie odwróciło jego uwagę od rozmyślań. – Przestań, Claire! – powiedziała głośno Ruda, jak zaczął ją nazywać w myślach, wyrywając rękę z uścisku koleżanki. Kilka osób spojrzało na nią z niesmakiem. – Wyluzuj trochę, Ginger. Chciałam pomóc – odpowiedziała Claire. – Podwijanie mi rękawów nie uratuje świata – mruknęła Ruda chłodnym tonem i pociągnęła mocno już…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%