Akcja · 3 min czytania
O pilocie, który spadł na psy
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
O pilocie, który spadł na psy.
Eskadra bombowców zbliżała się do celu. Na ziemi ogłoszono alarm. Ulice miasteczka opustoszały i tylko żołnierze uwijali się gorączkowo na rogatkach miasta, wokół stanowisk dział obrony przeciwlotniczej. Coraz głośniejszy warkot maszyn potęgowało upiorne wycie syren. Lufy sterczące w niebo śledziły majestatyczny ruch samolotów. Celowniczy czekali na komendę odliczając czas biciem własnych serc napompowanych adrenaliną. Pilot Zenon S., dowódca eskadry, widział już kominy fabryki, z mikrofonem walki-talki w dłoni śledził wskaźniki. Kilometr, dziewięćset, osiemset metrów... Do wydania rozkazu pozostało już kilka sekund, kiedy struga pomarańczowych kresek zetknęła się z kadłubem maszyny. - Jezus Mariaaa!!! - usłyszał jeszcze krzyk bombardiera. - Rąbnęli nas! Samolotem wstrząsnęło, kłęby gęstego dymu zakryły widoczność, stery przestały reagować. W następnej sekundzie potężna eksplozja oderwała prawy silnik z kawałkiem skrzydła. Samolot pikował bezwładnie, nabierając prędkości wpadł w jakiś dziwny wirowy ruch, jak nasionko klonowca na wietrze. - Wyskakiwać! Katapultować się! - Zenek usłyszał własny krzyk. Zaraz potem następny…