Akcja · 20 min czytania
O pstrągu, który wyszedł na spacer i wrócił bez no
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Prolog
Zima zastała nas w podróży. Opowiadaliśmy sobie z Jegomościem bajki, piliśmy piwo imbirowe, a w wolnych chwilach zaczepialiśmy nieznajome dziewczyny. Było wspaniale. Stanowiliśmy centrum galaktyki. Oczy mego kompana były wielkie, niczym latarnie. Gdy jego źrenice się rozszerzały czułem, jak gdzieś we wszechświecie powstaje nowa galaktyka. Z kolei, gdy powieki zajmowały swoje miejsca nad policzkami słychać było wybuchy z odległych zakątków nieba. Sami zwiedziwszy odległe zakamarki Ameryki, wracaliśmy niespiesznie do domu. Na Siwe Pole. Z czasem mój towarzysz stawał się coraz bardziej rozmarzony. Chwilami nawet nieobecny - Już nie mogę się doczekać – oznajmił pewnego popołudnia. - Czego? – spytałem odruchowo, nie odrywając wzroku od asfaltowej drogi. - Domu – odparł. - Aha – musiałem się jakoś ustosunkować, ale nie miałem pojęcia, o naszym położeniu. - Jeszcze kawałek – rzekłem pragnąc go pocieszyć. - W porządku – zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie kłamię, ale wolał, o tym nie myśleć. Dalej w ciągu dnia raczej nie rozmawialiśmy. Zima była jesienna w swej barwie. Przed nami, na całej linii horyzontu rysowały się szczyty i faliste kształty wzniesień. Po obu stronach drogi rozlane były listopadowe pola. Pustynne barwy zbóż wygładzały lekko nierówny teren. Kilkanaście kroków przed nami, samotny w swej bezużyteczności, stał znak: „ustąp pierwszeństwa”. - Chyba przed wiatrem – zażartowałem. Jegomość nie podchwycił tematu. - Słyszałeś, że znaleźli mózg JFK? – zagaiłem. - Nie – powiedział to takim tonem, jakby go krab uszczypnął w tyłek. - Gdzie, o tym słyszałeś? - Już dawno temu. W tej gazecie „Takt”. - Serio? Tam piszą, o takich pierdołach? Jegomość miał stopień magistra na wydziale Sprzątania i Utylizacji Uniwersytetu na Siwym Polu. Zawsze było mi trochę głupio. Byłem marnym profesorem prawa. Zawód bez przyszłości. - Tak – odparłem. - Nie każdy jest na tyle elokwentny, by cały czas czytać „Gazetę przepiórczą”. - Widzisz, dlatego nie słyszałeś, że Britney Spears jest w ciąży z bananem! Zatkało mnie. - Naprawdę? Jak to możliwe? - Już nie ma tabu na tym świecie – Jegomość uwielbiał narzekać na konsumpcyjny tryb życia. Doskonale znał prawo Tomchaka odnośnie praw ekonomicznych. Słynna zasada „307”. Dać każdemu 307 pesos miesięcznie, a ten kupi sobie nowego Peugota 307. Ale to była jego utopia. – Jeśli tylko masz pieniądze możesz kupić Rolls Royce’a swojemu psu – psioczył dalej – nie ma tabu. - Niesamowite. Z bananem... A nie wiesz kiedy ślub? - Niestety – odparł niepocieszony. Następną stroną musiałem...no wiesz – zaczął wydawać dziwne, suche, chwilami świszczące dźwięki ze swoich papierosowych płuc. W młodości nazywano go Marlboro Man, ale nie lubił tej ksywki. - Nie wiem – odparłem. – W tym rzecz! Powiedz, co musiałeś? Co było ważniejsze od wiadomości roku!? - Musiałem się wysrać – wykrzyczał. - A nie było już papieru. - Rozumiem – takich tematów lepiej nie drążyć. - A, co z tym mózgiem JFK? – przeglądał stan podszewki w kapeluszu. - Co? - Ten mózg – wycedził tonem zniecierpliwienia. - Tak, mózg. Przepraszam - zamyśliłem się. - Wśród wykopalisk na Retkini znaleźli ruiny McDonald’s. I tam ten mózg, w skamieniałej kanapce, Big Macu bodajże. Odkrycia dokonał ten słynny antropolog, retkinista Gawin – próbowałem przywołać, jak najwięcej szczegółów. – Szukał tego przez 20 lat. Najpierw na retkiniarskich forach dyskusyjnych. Potrafił przetrząsnąć każdego, w celu zdobycia informacji. Jest strasznie nadpobudliwy, nawet, jak na antropologa. - Aha – odparł Jegomość. To nie były jego klimaty. Z czasem zacząłem zdawać sobie sprawę, iż odkąd go poznałem, również nie moje. Jego słowa na długo utknęły mi w głowie. - Britney. Taka młoda, piękna i zdolna, a zadaje się z bananami – nie mogłem się z tym pogodzić. Była moim idolem. Legenda, mimo młodego wieku. Na liście artystów wszechczasów magazynu „Sankovsky” wyprzedziła Boba Dylana i kapelę O-Zone.
Rozdział I
Ale dość, o polityce. Mimo, iż dni bywały pochmurne nie traciliśmy dobrych nastrojów. Wszystko byłoby w kompletnym porządku, gdyby nie jeden wieczór. Pewnej nocy, gdy opowiadałem mojemu koledze bajkę o Nieistniejącym Rycerzu przerwał mi niespodziewanie w trakcie pointy. - Henryk, przecież to tak, jak ze mną – nerwowo ugniatał w dłoniach krawędź płaszcza. Zachłysnąłem się suchym powietrzem. - To znaczy? Co masz na myśli? - W tym sensie, że ja także nie istnieję. Spojrzałem na jego znoszony płaszcz, stary kapelusz, obdarty szalik i faktycznie, Jegomość nie istniał. W każdym razie nie pod tym płaszczem, ani pod kapeluszem, ani tym bardziej pod szalikiem. Po prostu go tam nie było. Para nie wydobywała się z jego ust, lecz z pustki za kołnierzem. Nie pamiętam czy zauważyłem to wcześniej. Możliwe, że tak, ale po prostu odpędzałem od siebie tę myśl. Często rozmawialiśmy i już czułem jak nadchodzi. Już bym mu powiedział, ale wtedy coś się blokowało. Takie dziwne uczucie. Na przykład, gdy znacie jakąś płytę na wylot, każdy takt, nuta po nucie. I słuchacie jej na imprezie. Dźwięki waszej ukochanej piosenki wypełniają każdą myśl, każdy oddech. Już ma wchodzić genialna solówka, gdy nagle ktoś przełącza na radio. I jest to uczucie zawodu, pustki, niespełnienia.
Tak mógłbym najprościej i najtrafniej opisać moje wrażenie, gdy spodziewana przez wszystkich myśl nie nadchodziła. A skoro nie nadchodziła nie było sensu niepotrzebnie martwić przyjaciela. Teraz jednakże było już po herbacie. Dowiedział się. Co więcej, problemu nie stanowiła sama informacja, lecz kłopot jaki ona stwarzała. Problem ten należało rozwiązać, by Jegomość mógł normalnie funkcjonować. Tak to już jest, że szlag trafia wszystkie rzeczy jednocześnie.
Część 22 / 2
Rozdział II
Gdy znajdowaliśmy się kilkanaście kilometrów od Siwego Pola zacząłem wypatrywać, niewidzialnej na pierwszy rzut oka, drogi ukrytej w wysokiej trawie. Słyszałem niegdyś od wujka Starego Suma, o lesie ukrytym wśród łąk. Nie można go dostrzec z głównego szlaku, dlatego tak trudno tam trafić. Fakt, iż droga do niego prowadząca jest zakamuflowana, niczym Chińczyk w Chinatown, nie ułatwia sprawy. W lesie tym, opowiadał wujek, rośnie gigantyczny dąb. Nazywa się Baron Drzewogłaz. Jest królem wszystkich drzew i zna odpowiedź na prawie każde pytanie jakie można wymyślić. Oczywiście z racji wieku nie jest zorientowany, w sposób zadowalający, w literaturze współczesnej oraz nowoczesnych technologiach. Na szczęście pytania z tych dziedzin nie znajdowały się w obszarze naszych zainteresowań. Wujek opowiadał mi o tym miejscu wielokrotnie, przy każdej rodzinnej uroczystości. Także czułem się na siłach, by odnaleźć Barona. Idąc na krawędzi asfaltowej nawierzchni wypatrywałem czegoś, co mogło być ścieżką ukrytą w polu. Jegomość przez cały czas przyglądał mi się bacznie. - Później ci wyjaśnię – odparłem zdenerwowany przeciągającymi się poszukiwaniami. Wymamrotał coś pod nosem. To jego nieistnienie było niezwykle kłopotliwe. Gdy temperatura przekraczała zero stopni nie było wiadomo, gdzie patrzy. Kapelusz wskazywał północ, więc najpewniej Jegomość zakotwiczył spojrzenie w horyzoncie przed nami. W zasadzie miałem to gdzieś. Bóg chyba malował krajobraz wokół nas według jednej kalki. Po paru godzinach wpatrywania się w nieprzerwane pasmo łąk wydawało mi się, iż pływam pośród nich. Jestem wiatrem. Łodygi traw uginają się pod ciężarem mojej płetwy. A ja czeszę je, niczym włosy ukochanej o poranku. Niestety mój przyjaciel wyrwał mnie z objęć tych wspaniałych złudzeń. - Czy to ci nie wygląda na drogę? – wskazał kapeluszem. - Co? Gdzie? – nie wiedziałem, czy patrzeć na jego nieistniejącą rękę, czy na betonowy monolit łąki dokoła? - O tutaj, gdzie trawa jest trochę niższa – faktycznie było miejsce, w którym czubki roślin jakby się zapadły. Podszedłem bliżej. Łodygi ugięły się i ukazały fragment wydeptanej ścieżki. Przy każdym kolejnym kroku ukazywały się kolejne jej fragmenty. Była, niczym mozaika ukryta pośród traw. Zabawa w układanie ścieżki z puzzli trawa na tyle długo, iż straciliśmy z oczu drogę, którą szliśmy do tej pory. Nie było już odwrotu. Wieczór zbliżał się nieubłaganie, a my wciąż nie mogliśmy znaleźć lasu. Wieczorna mgła gęstniała wokół nas. Zbliżyła się do chwili, gdy miała przybrać formę stałą. Czułem jej ciężar na ramionach. W pewnym momencie poczęła rzednąć. Naszym oczom ukazał się las. Stwierdziliśmy, iż nie będziemy ryzykować wędrówki po omacku i zaczekamy do jutra. Tym bardziej, że drogi do Barona pilnuje wielki żubr. Rozłożywszy śpiwory podziwialiśmy niebo oraz księżyc lśniący na północy.
Rozdział III
Nazajutrz odważnie wkroczyliśmy do lasu. Pokonawszy zaporę, w postaci wielkich paproci, trafiliśmy na wąską ścieżkę. Przypominała korytarz wśród wysokich drzew. Z racji swego wzrostu szedłem pierwszy. Szliśmy przez cały, smętny, mroczny i głuchy las. Chmury wlokły się nisko na niebie. Zdawały się być zaplątane w koronach drzew. Powoli traciłem zmysły i nadzieję. Krajobraz był potwornie monotonny. Na tyle, iż odniosłem wrażenie, jako byśmy nie przeszli ani centymetra. Wyglądało to, jak sztuczka ze starego filmu. Staliśmy w miejscu, a za nami puszczano film ze zdjęciami lasu. Gdy sądziłem, że padliśmy ofiarą pułapki, monotonii zrządzonej przez los ujrzałem światło na końcu tunelu. Poczułem niesamowitą ulgę. Chwila ta nie była spowita poezją, lecz zwierzęcym, pierwotnym, wręcz ordynarnym uczuciem. - Więc jednak ten las się kiedyś kończy – powiedziałem, wypluwając przy okazji resztki zeszłorocznego przeziębienia. Spojrzałem na Jegomościa oczekując oratorskiej uczty z jego strony. Niestety uraczył mnie jedynie świszczącym oddechem, przez który i tak nie przedostałoby się żadne słowo. Machnąłem na niego płetwą. Dalej, czając się na palcach, zbliżaliśmy się do wyjścia. Las kończył się, ale tylko po prawej stronie, na której to rozciągała się niewielka polana. Cała ta przestrzeń zgromadzona była nad strumykiem. Po lewej…