Wojna · 15 min czytania
O Rolandzie przyśpiewka - List
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
List
Dominique Regnard zaklął pod nosem, kiedy jego zęby zderzyły się z trzaskiem. Od zakończenia
wojny minęło sześć lat, ale do dziś nikt nie naprawił dróg, zniszczonych przez czołgi i
wojskowe ciężarówki. Może i Sommereux leżało daleko od głównych szlaków komunikacyjnych, ale
bynajmniej nie było to totalne zadupie. Położone pomiędzy Dargies na północy, Laverrière na
wschodzie i Cempuis na południu, stanowiło regionalne centrum kultury i handlu. Poza tym,
niemal graniczyło z Grandvilliers, co było dostateczną nobilitacją dla zwykłej restauracji
nawierzchni! Niestety, władze departamentu nie podzielały kalkulacji Dominique’a, toteż
biedny listonosz musiał codziennie tłuc się po dziurawych uliczkach, ryzykując trwałe
uszkodzenie zadka i zgryzu. Mężczyzna skręcił w lewo na skrzyżowaniu Grand Rue z Rue de Grandvilliers, złorzecząc na
cały świat. Pech chciał, że tego dnia Mathieu znalazł w sortowni list sprzed tygodnia.
Zazwyczaj Dominique olałby to sikiem prostym i dostarczył go razem z większą partią –
Część 22 / 6
niestety papier opatrzony był pieczątką francuskiej armii. Regnard bladł na samą myśl o
konfrontacji z wojskiem, toteż gnał na złamanie karku. Powodem tego strachu był Opel Blitz,
w którym listonosz miał przyjemność zasiadać. Kiedy Niemcy uciekali przed Brytyjczykami, zostawili za sobą masę ciężkiego sprzętu, który
niemal natychmiast został skonfiskowany przez Aliantów. Prócz wehikułów czysto germańskich,
żołnierze rekwirowali także sprzęt autochtoniczny – w tym poprzednika Opla, półciężarówkę
marki Delahaye. Wobec zdecydowanego sprzeciwu miejscowych, pewien sprytny, kanadyjski
sierżant stwierdził: „Nie zabieramy tego wam, tylko Niemcom.” Usprawiedliwieni w ten sposób
wyzwoliciele, radośnie zwijali wszystko, co byli w stanie uruchomić, lub w krótkim czasie
naprawić. Wzburzony Dominique, postanowił nie dawać za wygraną. Poprosił o pomoc swojego pracownika –
Mathieu, aby ten pomógł mu wybebeszyć jednego z nazistowskich Blitzów. Silnik ukryli w
magazynie poczty, gdzie Alianci nie mieli wstępu. Tam również spoczęły opony, jako że guma
Część 33 / 6
była w cenie. Kiedy ofensywa ruszyła na wschód, okazało się, że Opel stracił wszystkie
szyby, uszczelki, reflektory i lewe drzwi. Na szczęście, pozostałe części były na miejscu.
Brakowało natomiast paliwa, więc nabytek Regnard’a musiał jeszcze poczekać na chrzest w
nowej roli. W tym czasie dorobił się trójkolorowej kokardy, zręcznie namalowanej na masce i
napisu „Liberté, Egalité, Fraternité!”, pokrywającego prawą burtę pojazdu. Po zakończeniu wojny, gdy ropę ponownie oddano na użytek cywilny, życie w wiosce
powróciło do dawnego rytmu. Dominique popadł jednak w pewnego rodzaju paranoję. Będąc
święcie przekonanym o tym, że przekręt z Oplem wyjdzie kiedyś na jaw – każdego ranka
oczekiwał żandarmerii wojskowej, rekwirującej jego półciężarówkę. Przywiązanie do Blitza nie
przeszkadzało mu jednak w wyklinaniu pojazdu. - Allez a enfer! – wrzasnął Francuz, podskakując na kolejnym wyboju. – Trzeba ci wymienić
resory! Ulewny deszcz, który padał od rana, ograniczał widoczność do minimum. Regnard miał
jednak powody do zadowolenia. W zeszłym roku dopadł na bazarze przednią szybę, pasującą w
Część 44 / 6
sam raz do ciężarówki. Wcześniej nie ruszał się z poczty w taką pogodę – trzeba być
szalonym, żeby pracować w takich warunkach. Niestety, zakup odpowiednich wycieraczek okazał się niemożliwy. Dlatego też strugi
wody przysłoniły Dominique’owi zjazd do posiadłości państwa Maillot – adresatów listu. Klnąc
na czym świat stoi, mężczyzna ostrożnie wycofał i wjechał na żwirowaną dróżkę. Na samym jej
końcu stał piętrowy domek z czerwoną dachówką. Wyglądał, jak żywcem wyjęty z widokówki.
Wrażenia nie była w stanie popsuć nawet ponura aura. Listonosz zatrzymał się na podjeździe i szybkim szarpnięciem odsłonił – zastępującą
drzwi – plandekę. Zimny wiatr ogarnął ciało mężczyzny, przyprawiając go o dreszcze. Po
niebie gnały ciężkie chmury w odcieniach bazaltu. - Psia pogoda, cholera jasna… - mruknął pod nosem, zeskakując nieporadnie na ziemię. W dwóch
susach znalazł się przy ozdobnej skrzynce. Nim jednak wrzucił list, spojrzał tęsknie na okno
w prawej części budynku, z którego sączyło się pomarańczowe światło. Schował papier do
kieszeni służbowego palta i wskoczył do ciężarówki. Pośpiesznie wyłączył silnik, wyjął
Część 55 / 6
kluczyki, wysiadł i szczelnie zawarł brezentową kotarę. A co ja się będę męczył z tą zołzą? Pomyślał, truchtając w stronę wejściowych drzwi.
Minął filuterny płotek, rozmyte deszczem grządki i przemokniętą gruszę. Drobniutkie krople
cięły bezlitośnie twarz. Państwo Maillot są bardzo uprzejmym małżeństwem, na pewno ugoszczą mnie ciepłą
herbatą. Regnard ścisnął mocniej kopertę. Była wilgotna. Mają co świętować, pewnie ich syn
dostał awans na pułkownika! Oby tylko tusz się nie rozmył. Wszedł na niski ganek i rozejrzał się za dzwonkiem, albo kołatką. Gdzież to do cholery jest? Ach… Zaczynam tetryczeć przez tę krowę. Dwadzieścia pięć
lat małżeństwa z mamutem! Merde! Przy prawej framudze namacał mały guzik. Niestety, dzwonek był zepsuty. Nie zrażony
tym faktem, zastukał energicznie. Gdy po minucie nie doczekał się odzewu, zastukał ponownie.
W tej samej chwili rój niepokojących myśli wtargnął do jego głowy. Nie… To na pewno nie to. Nawet tak nie myśl. To zbyt dobrzy ludzie, żeby… - Bonjour, Irène! – krzyknął przestraszony listonosz, gdy drzwi niespodziewanie się
otworzyły, zalewając go falą ciepłego światła. - Bonjour, Dominique! – odpowiedziała uprzejmie niska brunetka. Pocztylion wciąż nie mógł
się nadziwić, jakim cudem czterdziestodwulatka wygląda na trzydziestkę. Stwierdził jednak,
że to zasługa francuskiego pochodzenia. W takich chwilach był dumny ze swojej ojczyzny. - Przyniosłem list – powiedział po chwili milczenia. – Z… - Dobrze, dobrze! Potem – zawyrokowała kobieta. – Chodź do środka. Jest rano, a praca – nie
Część 66 / 6
zając. - No, w sumie… - W sumie, to nie marudź tylko właź, bo mi ciepło z domu ucieka. To mówiąc, wciągnęła go do sieni i zamknęła drzwi. Z krótkiego korytarza,
zakończonego schodami przy prawej ścianie, można było przejść do trzech pomieszczeń. Te
naprzeciw wejścia i po lewej były zamknięte. Pomarańczowe światło dobiegało natomiast z
najbliższej izby, połączonej z przedpokojem drewnianym, szerokim portalem. - Rozbierz się i chodź do kuchni. Właśnie pijemy herbatę – powiedziała Irène, niknąc w
jasnym przejściu. Mężczyzna zdjął kaptur, rozpiął palto i powiesił je, razem ze służbową czapką, na
haku, obok płaszczy domowników. Było mu trochę głupio, ponieważ ubiór ociekał wodą, która
powoli tworzyła na parkiecie kałużę. Po krótkim namyśle, wszedł jednak do kuchni. Pomieszczenie było małe, ale przytulne. Po lewej znajdował się kolejny portal,
prowadzący do przestronnego salonu. Dominique bywał tu już wcześniej. Wystrój nie zmienił
się od lat. Wszystkie ściany obstawione były zadbanymi, chociaż nieco już zużytymi
kredensami, szafkami i blatami. Naprzeciw wejścia stał monstrualny piec z piekarnikiem i
żeliwną blachą do gotowania, a przy oknie dębowy stół z…