Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 42 min czytania

O roli bohatera ogółem

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}O ROLI BOHATERA OGÓŁEM{/b}

{b}1. ZAGADNIENIA LOGIKI SŁOWA.{/b}

{b}1.1 Wprowadzenie{/b} "Zawsze gdy chcę przypomnieć sobie dawne czasy patrzę w niebo. Obserwując marsz puszystych obłoków, widzę wydarzenia minione. Z reguły te piękne. Choć nie było ich dużo, obłoki pomagają wywołać na mej twarzy uśmiech. Same w sobie są takie białe i duże. To nawet dość miłe. Życie podróżnego barda, zwłaszcza gdy ma się zamiar w najbliższym czasie skończyć, nie niesie ze sobą za dużo powodów do uśmiechu. Jest jednak mały problem. Nie widzę nieba. Tkwię w celi i śmierdzę jak stary cap. To już zbyt miłe nie jest"

Barthollo, bo tak na imię naszemu bohaterowi, jest bardem. W sumie, nie jest to jakieś odkrywcze, ale warto o tym wspomnieć. Bardowie mają to do siebie, że uwielbiają się zajebać w trupa, drąc przy tym japę wniebogłosy. Barthollo był inny. Bardzo cenił swoją pracę. Piękno jego śpiewu wywoływało u słuchaczy niepohamowaną chęć zapłaty za to by ucichło. W wielu gospodach narodziła się wręcz tradycja zostawiania specjalnej cynowej puchy na drobne dla barda. Dzięki temu prostemu zabiegowi, mógł się on zapierdolić tanim winem i stracić chwilowo zdolność mowy (a czasem też oddychania). Nikt nie miał tak słabej głowy jak on. To go wyróżniało. Dzięki temu był lubiany. Znacznie tańszy w utrzymaniu od innych kolegów po fachu. To się ceni.

Żeby nie było, Bard nie jest stworzeniem które służy tylko do akumulowania i przetwarzania dużej ilości alkoholu. W sumie jest to taka dość uboga katarynka, potrafiąca grać na lutni i wydawać adekwatne do tej gry kunsztu dźwięki swoim aparatem mowy. Mimo, że forma z reguły jest dość uboga, najważniejsza jest treść. O czym może śpiewać taki bard? Ano, o wszystkim. Taki bard może śpiewać o: piwie, piwie, piwie, laskach, wódzie, piwie i czasem o piwie. Na tej płaszczyźnie nasz bohater był również rodzynkiem. Barthollo śpiewał o piwie i bohaterach. Bohaterach czasów przyszłych, tych z dziś dnia i czasów minionych. Ogólnie o każdym możliwym bohaterze. Mógł nawet nie istnieć. Ważne by był to bohater. Bo bohater to bardzo chwytliwy termin. Śpiewając o tak podniosłej personie wywołuje się zbiorową ekstazę, toast i pełną puszkę miedziaków. Czasem wywołuje się też bójkę. Tak było i teraz. Dlatego tkwi w śmierdzącym kamiennym pierdlu walcząc o czyste powietrze w oczekiwaniu na ścięcie.

Zostawmy na chwilę naszego grajka i wróćmy do tematu bohaterów. Świat w którym żyje taki bohater ma drobne problemy z nomenklaturą. Kim jest bohater? Oczywiście jest to osobnik który potrafi dobrze kraść. Nie jest to jednak zwykły złodziej. Złodziejem nazywamy osobę, która po prostu kradnie. Potencjalny bohater potrafi opierdolić ze swoją ekipą średniego rozmiaru twierdzę tak, by cała legła w gruzach, a jej zarządca pokornie podziękował za fachowo udzieloną usługę. Bohater to osoba, która staje do walki ze smokiem bez wahania. Implikacja, potrafi też szybko biegać. Mimo pokrętnej logiki słowa świata przedstawionego, sadza na podłodze nie jest powszechnie zwana bohaterem. Chyba, że jest to bardzo bohaterska sadza. Jednak, taki przypadek nie został jeszcze odnotowany.

Bohater jest więc osobą z natury złą? Nie. Bohater jest świę- cie przekonany, że robi dobrze. A czasem nawet tak robi. Pamiętajmy, że bohater musi z czegoś żyć. Najczęściej nie jest to osoba zbyt mądra, a jej ulubioną pozycją aktu seksualnego nie jest kwiat lotosu. Szkolenie takiej postaci najczęściej polega na wyrobieniu w nim sztuki umiejętnego posługiwania się orężem. Orężem może być wszystko. Od miecza, przez nogę krzesła po kulę ognia. Ważne by dobrze nim władał. Grunt to wierzyć w siebie.

Co do wiary, bohaterowie są bardzo wierzący. Czasem nawet bardziej niż kapłani. Modlitwy odbywają się w dni wolne kilka razy w ich ciągu, a w dni robocze jedynie z rana. Typowa inkantacja słów tajemnych modlitw w prostym tłumaczeniu brzmi np tak: "Boże, ale mnie łeb nakurwia!", "Panie! Kac, kacem no ale kurwa bez jaj". Bohater jest człowiekiem pobożnym.

Bohaterowie są traktowani różnie, zależnie od miejsca i okoliczności spotkania. Legendy ciągnące się za nimi są często powodem do strachu. Są też powodem do darmowego noclegu czy propozycji pracy. Wszystko zależy od okoliczności. Wielu z nich ściganych jest listem gończym. Prawda jest jednak taka, że w co niektórych regionach świata, listem gończym ścigana jest po- łowa królestwa. Często ludzie sami prowokują do wystawienia pogoni by mieć stworzoną przez królewskich rysowników podobiznę swojej osoby. Czasem zdarza się nawet i portret rodzinny. W świecie pozbawionym wydajnych metod upamiętnienia wzniosłych chwil z życia, portrety są w cenie.

Czy świat zamieszkują jedynie bardowie i bohaterowie? Nie. Każdy człowiek ma jakąś swoją, niezbywalną określoną w chwili narodzin funkcję. Jeden jest rzemieślnikiem produkującym zamszowe kalesony dla swego pana, inny jest świniopasem, zapewniającym wieczerzę swojemu panu, a jeszcze inny szkolony jest do fachowego pucowania butów swego pana. Teraz w celu odróżnienia słowa "pan" określającego w sposób formalny osobnika płci męskiej od słowa "pan" określającego osobę ponad innymi panami, pozwolę sobie na podkreślanie znaczenia tego drugiego przez stosowanie wielkiej litery na początku wyrazu. Otóż, Panem można się stać. Trzeba się tylko odpowiednio urodzić. Statystyka pokazuje, że jest to dość trudne. Większość panów nie ma wystarczającej ambicji by urodzić się Panem, dlatego też pozostają przy swojej funkcji.

Pan to osoba mądra, silna i charyzmatyczna. W założeniach. W rzeczywistości najczęściej jest odwrotnie. W praktyce, Pan ma mądrych doradców, silną armię i charyzmatycznego kata z jeszcze bardziej charyzmatycznym toporem, a sam w sobie ma dużo kasy. Pieniądze moi drodzy, są czymś niezwykle cennym. Dzięki nim można dokonać rzeczy niemożliwych dla zwykłego śmiertelnika. Kawałki papieru lub metalu okraszone odpowiednią sygnaturą kierują ludzkim losem, momentami miotając nim z awersu na rewers. Tak już jest. Ten kto ma pieniedzy dużo, może sobie na dużo pozwolić. I tak też jest w przypadku Panów. Typowy bohater gardzi takimi osobami, uważając ich za słabych i niegodnych istnienia, co często się kończy widowiskową egzekucją. Jedna z nich miała nastąpić niebawem...

{b}1.2 Bywa tak, że bywa trudno{/b}

"Piąty dzień mija, ja patrzę w pustkę. Świat mój bogaty i piękny, dziś owinięty w szarości chustę. Utopić bym chciał go w trunku czystym, palącym trzewia. Lecz trunku nie mam, bo siedzę w mroku i pustka mi w chuj doskwiera. Pustka otacza mnie zewsząd, na wskroś me serce kaleczy. Błękit nieba zostanie w pamięci barda. Nie utonie jak on w samotności skazanej na sukces."

- Chujowe. Nie mam weny. Barthollo wyrzucił z pamięci ostatni wers nowej pieśni, choć klecił go już 2 dni. Brak weny jest bardzo ciężkim przeżyciem dla barda. Natchnienie można znaleźć wszędzie. W wartkim strumieniu, rosnącym dębie, soczystych piersiach młodej muzy, czy nawet w głupim kamieniu. W celi wybudowanej na rzecz kró- lewskiego więziennictwa, kamieni akurat jest pełno. Dokładnie rzecz ujmując, kamienie są wszędzie. Każda jebana ściana, pod- łoga i sufit są zrobione z kamieni. Jak by mogli to i kraty by zrobili z kamieni. Czemu nie? To bardzo tanie wyjście. Kamienie przetrwają długo, łatwo je wyciosać, poukładać. Można nawet powiedzieć, że są ładne. Mają jednak dwie zasadnicze wady: są niewygodne i pizga od nich jak na biegunie.

Nasz bard odsiedział już większą połowę swojego wyroku. Większa połowa istnieje, choć logika zabrania tak myśleć. Ludzie z natury lubią dzielić byt. Dzielić go na mniejsze połowy i większe połowy. Nic tego nie zmieni. Na szczęście, jest już bli- żej niż dalej. Teraz tylko zostało dokończyć odsiadkę i otrzymać skierowanie na szafot. Więzienie jest instytucją bardzo poważ- ną. Obsługa więzienia w Rotland pełni powierzone jej funkcje z godnym podziwu honorem i godnością. Pozwolili oni nawet na utworzenie związku zawodowego zrzeszającego skazanych. Zarząd związku jest wybierany cyklicznie co egzekucję poprzedniego. Średnio, raz w tygodniu.

-Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Gdybym wierzył w Boga, mógłbym się do niego pomodlić o łaskę. - rzekł Barthollo.

Faktycznie miał rację, Bogowie z godną podziwu wytrwa- łością patrzą na swoich wyznawców pomagając im w trudnych sytuacjach. Za każdym razem gdy usłyszą modlitwę, nadstawiają ucho by wysłuchać skierowane do nich prośby. Każda prośba, bez wyjątku, jest spełniana w trybie natychmiastowym. Zasada ta tyczy się każdego rodzaju prośby, niezależnie od tego czy chce się kogoś uzdrowić czy zabić. Wystarczy tylko ładnie zmó- wić odpowiedni paciorek i gotowe. Żartowałem.

-Zawsze mogę spróbować. Panie prosze Cię... -Zamknij mordę. -P...Panie?

Drzwi do celi otworzyły się. Weszło przez nie dwóch tęgich straż- ników wlokąc za sobą worek kartofli.

-Masz kolegę do towarzystwa. Radzę się dobrze zapoznać bo wasza głowa trafi do tego samego koszyka. - powiedział pierwszy tęgi. -Hłue hłue hłue... - dodał drugi, wyraźnie mniej obyty w słowa.

Wyszli. Potencjalny worek kartofli, zgodnie z uwagą straż- nika okazał się być człowiekiem. Przypominał on bardowi nieco swoje odbicie w lustrze po nocce w knajpie.

-Nie wyglądam tak źle. - powiedział Barthollo myląc towarzysza ze swoim odbiciem. -Boże, ale mnie łeb nakurwia! - rozpoczął modlitwę nowo przybyły pielgrzym. -Amen. - dodał bard.

Barthollo był osobą zdecydowanie puszystą. Nie był gruby. Można by rzec, że miał on na sobie gustowny płaszcz tłuszczu. Był z niego bardzo dumny. Hodował go dość długi czas w jednym celu. Amortyzacji. Bard dostawał w mordę bardzo często. Dla zasady. A kiedy dochodziło już do takiej sytuacji, znajdował się w stanie, w którym alkohol wspomagał w dużym stopniu działanie grawitacji. Dzięki puszystemu okryciu, spotkanie z posadzką stawało się porównywalne do upadku na królewską pierzynę. Efekt ten uwydatniało okrycie wierzchnie w formie starej, zarzyganej peleryny komponującej się w sposób niezwykły z jego długimi włosami koloru zgniłej słomy. Zaraz po obudzeniu się z alkoholowej hibernacji, uruchamiał się naturalny mechanizm Bartholla. Służył on odnajdywaniu porozrzucanych po kątach części garderoby zagubionej w momencie zmiany energii potencjalnej na kinetyczną. By zabezpieczyć się przed ewentualną kradzieżą, poziom gustu kierującego doborem kapelusza i butów naszej postaci znajdował się głęboko pod poziomem mo- rza, kopiąc ogromny tunel do jądra planety.

Długi czas przebywania w samotności sprawił, że bard zapomniał jak wygląda i pomylił swoją osobę ze znajdującą się obok, raczej dość mizerną, postacią. Współlokator apartamentu ogarnął kasztanową czuprynę by zwiększyć pole widzenia i dziarsko podszedł do próby podniesienia się z podłogi. Odziany w skórzaną kurtkę i troche mniej skórzaną bandanę jegomość potknął się o nieistniejącą przeszkodę kończąc na jak najbardziej istniejącej posadzce. Upadając zdołał ściągnąć swoje ciężkie, czarne obuwie. Zdolność ta wydawała się być wrodzona i unikalna. Nigdy nie odnotowano przypadku, w którym ktoś z tak wielką gracją robi tyle rzeczy naraz. Nowo przybyły najwyraźniej nie jest jeszcze mistrzem multi-tasku, co argumentują wciąż widoczne na dupie spodnie opięte pasem przypominającym stalowe obicie. Trening czyni mistrza. Tak powiadają.

Po krótkiej chwili, pielgrzymowi udało się przystosować do otaczającej go rzeczywistości. Spojrzał na towarzysza. Zmęczone oczy wraz z utrzymującą je twarzą wydała się Barthollo znajoma.

-Witaj dobry człowieku, więziony przez okrutnych oprawców w tym ponurym i dołującym miejscu. Me imie Barthollo, zajmuję się wieszczeniem piękna sztuki wszystkiemu co żyje. A Ty kim jesteś, jeśli spytać wolno?

-Czyli jesteś bardem. - usłyszał odpowiedź nieznajomego - Pijaczyna obijająca się od knajpy do knajpy by moczyć morde w kuflu głębszym niż jego honor. - dodał.

-Nie nazwałbym tego w taki sposób. W moich kręgach nazy- wa się to pozyskiwaniem zasobów mentalnych. Jest to metoda samodoskonalenia...

-Skończ waść.

-Tak, dobrze. Więc kim jesteś dobry człowieku? - rzekł bard.

-Mówią na mnie Kurt. Można powiedzieć, że wliczam się w skład wymiaru sprawiedliwości tego królestwa. No i jestem także turystą. Nie wiem dlaczego jestem tutaj przetrzymywany- powiedział pielgrzym.

Barthollo przyjrzał się uważnie swemu rozmówcy. Nie wiedział dlaczego, ale cały czas wydawał się mu bardzo znajomy. Tak jakby znał go już od bardzo dawna. Jakby widział go bardzo często. Jakby razem pili i żyli. Nie wiedział tylko kim on jest. By lepiej zrozumieć problem naszego barda, zagłębmy się bardziej w genezę jego powstania. Wpływ na życie Barthollo miało kilka zasadniczych czynników. Umiarkowane spanie, dobre żarło i jeszcze lepsza gorzała. Wykształciło to w nim wspaniały dar do tworzenia pięknych poematów i pieśni. Pamiętajmy, że piękno jest pojęciem względnym.

Po bardzo skomplikowanej analizie faktów i wspomnień, bard zaczął coś kojarzyć.

- Kurt. Karmazynowe Płachty?

- Słyszałem tę nazwę. Też tak na mnie mówią.

- Kurt?! To naprawdę ty?! Pisałem o tobie pieśni! Jesteś jednym z największych bohaterów całego śródziemia!

- Więc to ty jesteś tym wierszokletą który sieje ploty na mój temat? Pochlebstwa ci nie pomogą w tym przypadku. - Kurt wstał z podłogi - Jestem szanującym się złodziejem i nie będę patrzył na to jak jakiś gryzipiórek szarga dobre imię moje i mych towarzyszy. - dodał oburzony.

- Pisze o tobie same dobre słowa! Wszystko by wielbić twe imię i pielęgnować pamięć o twych czynach. To samo tyczy się twoich kompanow... - zamilkł. - ...nie ma ich z tobą?

- Jak widać. Dobrze, że masz tak bystry umysł i zdążyłeś to zauważyć. - towarzysz uspokoił się nieco.

- Co się stało z Panem Vikiem i Niemą Illin... - bard przerwał na skutek pojawienia się noża przy jego gardle.

- Nigdy więcej tak o niej nie mów. Bo sam staniesz się niemy.

- Dobrze, już dobrze. - rzekł wystraszony - nie wiedziałem, że to taki drażliwy temat.

- Żebyś wiedział. A jak jeszcze raz usłyszę, że ktoś tak o niej mówi to cie znajde i dokończę co zacząłem.

Schował nóż. Patrząc na miejsce w którym go chował, nie dziwota, że strażnicy nie wiedzieli o jego istnieniu. Jak widać wszystko może okazać się dobrym miejscem na schowanie czterdziestu coma pięciu centymetrów stali z drewnianą rękojeścią ćwierci tej długości. Ludzkość nigdy nie przestanie zadziwiać się nawzajem. Kurt zwrócił oczy ku niebu, a właściwie w stronę gdzie domniemywał, że jest. Krótka obserwacja doprowadziła go do prostego wniosku: jest w dupie. Na dodatek jest zimno. Na zewnątrz idzie ściąć jajka na omlet, a tutaj targa przeciąg jak w jamie lodowego smoka. Twórca tej instancji znał tajniki budowania pomieszczeń ciepłych, wygodnych i przystosowanych do życia. Dołożył też wszelkich starań by pomieszczenie nie miało w sobie żadnej z powyższych cech. Jak widać, zasłużył dzięki temu na swój znamienity tytuł: chuja z powołania.

- Nie uda Ci się stąd wyjść. Już wielu próbowało, nikt nie podołał temu wyzwaniu - rzekł Barthollo.

- Wyjde, ale nie dzisiaj. - odparł złodziej niewzruszony. - Przyjdą po mnie.

- To nie jest takie proste, na jakie wygląda. Jak widzisz jesteśmy otoczeni stalą i kamieniem, nie wspominając już o setce strażników rozlokowanych w strategicznych punktach.

- To nie jest największy problem.

- Więc co nim jest?

- Jestem głodny.

Bard rozpakował żarło które trzymał na czarną godzinę w kieszeni płaszcza i rzekł:

- Częstuj się.

- Dzięki. - odpowiedział Kurt, po czym dodał: - Co to jest? Stratowany szczur?

- Pierwszy raz widzę osobę która tak otwarcie gardzi najlepszymi skrzydełkami kurczaka, prosto z anderiańskich oberż.

- Przecież to kawał drogi. Ile to już trzymasz za pazuchą?! - oburzył się Kurt.

Nastała cisza. Anderian to kraina umiejscowiona jakieś 5 dni drogi stąd. Ubrana w doliny i łąki reprezentuje sobą dość monotonny i sielski krajobraz. Mało co się tam dzieje, ale to ma teraz małe znaczenie.

- Mniejsza z tym. - powiedział Kurt pałaszując ze smakiem padlinę.

Smak nie był może jakiś genialny, ale dało się zjeść. Kiedy spożywa się produkty, ktore delikatnie mówiąc są paskudne, warto zmusić do działania wyobraźnię. Ten prosty zabieg pozwala na zmianę smaku wybranej potrawy na inny, o kilka rzędów lepszy. W tym przypadku, rezultat był raczej znikomy. Wyobraźnia sprawiła, że padlina zamiast smakować lepiej prosiła o skrócenie swej męki. Niesamowity odór dobywający się z posiłku zabiłby sporych rozmiarów bizona. Jednak nie naszego bohatera. Jest to godne podziwu zwłaszcza, że tak zgniłego mię- sa nie ruszyłby nawet nekromanta. Po posiłku, Kurt wpadł na pomysł użycia mięsa w celu odurzenia strażników. Było już za późno. Teraz może najwyżej na nich zwymiotować, ale przyniosłoby to mierny skutek w porównaniu do oryginału.

- (W drugą stronę powinno smakować lepiej) - pomyślał złodziej z nadzieją w oczach.

- Chciałbym byś opowiedział mi jedną ze swoich przygód. - powiedział Barthollo przerywając próbę zwymiotowania do talerza.

- Byłbym niezwykle rad, gdybyś zweryfikował moją wiedzę na temat waszej wyprawy do Sułtana Ahmera. - dodał.

- Nie sądzę, by to był czas i miejsce na takie rzeczy.

- Co mamy do roboty? Teraz kiedy już jesteś nasycony, co jest moją zasługą, możemy w przyjemny sposób spożytkować czas który nam pozostał.

- Dobrze więc...

Barthollo przygotował pióro i kawałek papieru.

{b}1.3 Młodość przemija z wiekiem.{/b}

Abest jest krainą pustynną i to w całkowitym tego słowa znaczeniu. Gdzie nie spojrzeć, można znaleźć piasek. Piasek obok gliny jest jednym z głównych surowców eksportowych Dar’Tur, prowincji pod pieczą związku krajów południa. Ten kto ma dużo piasku może nazywać się osobą, która ma dużo piasku. W mowie potocznej pustynnych krain, znaczy to tyle co nic. Co można zrobić z takim piaskiem? Do głównych zajęć mieszkańców pustyni należą między innymi: hodowla piasku, grabienie piasku, segregowanie piasku, magazynowanie piasku i uprawa kaktusów. Jako, że kaktusy czują się dość dobrze na terenach pustynnych, a w każdym razie lepiej niż ludzie, hodowla kaktusów ze względu na ich użyteczność nabrała charakteru strategicznego. Dobrze wyciosany kaktus to nie byle co. Dorodnego kaktusa można ze smakiem zjeść, wypić, czy nawet zrobić z niego cegłę. Ludzie w Abest nie robią swych domostw z gliny jak każdy normalny człowiek w takich warunkach. Oni tworzą specjalne kaktusowe bloki z których budują wszystko. Od fundamentów przez ściany i sufit po okna. Na koniec, dla picu w sumie, malują wszystko na jasny odcień żółtego. Domy z gliny to relikt przeszłości. Tak twierdzą najwyżsi kapłani. Lepiej zbudować sobie przytulny kącik z pobliskiego sukulenta.

Gdzieś pośrodku tej pięknej krainy leży pałac wielkiego suł- tana Sułtana Ahmera. Powtórzenie nie jest pomyłką. Dziwnym zrządzeniem losu, Ahmer dostał od swych rodziców na imię Suł- tan. Pokrętna symbolika doprowadzila do tego, że imię stało się równoważne funkcji jaką ta osoba pełni. Doprowadzila tak- że do prawie całkowitego zatracenia się Sułtana w bogactwie i mani wyższości. Postura Ahmera, podobnie jak sama twarz, była zdecydowanie okrągła. Jego cień przypominał małą kulkę, umieszczoną na powierzchni sporej geodoidy. Geodoida ta, była niczym innym jak wielkim cielskiem Sułtana, hodowanym bardzo sumiennie przez wiele lat. Ogromnych złotych pierścieni umiejscowionych na jego palcach nie dało się już ściągnąć. Tkanka ciała pod nimi obumarła i przyjęła złote obręcze jako komórki macierzyste, wchłaniając je w ciało i tworząc skomplikowaną strukturę organiczną. Próbę ściągnięcia ozdób, możnaby w tym przypadku nazwać amputacją. Nie miało to jednak wielkiego znaczenia.

Pałac Sułtana Ahmera był ogromny. W całości zbudowany ze złota i kaktusa. By rzetelnie opisać jego ogrom warto było by dodać, że pomieściłby on w charakterze gospodarczym małe miasteczko. Aktualnie zamieszkiwany jest przez liczącą 11 osób rodzinę cesarską, gwardię i służbę. I tak wychodzi na to samo. Wysadzaną kaktusowymi blokami królewską drogą kroczyła mężnie trójka poszukiwaczy przygód. Okapturzona i zamaskowana postać subtelnie krążąca po orbicie towarzyszy zdawała się nie zauważać słońca które aktualnie znajdowało się w zenicie i niemiłosiernie zamieniało jałowe ziemie w jałowe jeszcze bardziej. Vic, bo tak na imię ma nasz księżyc, jest wyszkolonym zabójcą dumnie noszącym za pazuchą długiego ciemnego płaszcza certyfikat cechu z Archimond. Zabójcy pełnią podobną funkcję do fryzjerów, tylko na trochę innej płaszczyźnie. Co jakiś czas pozbywają się zbędnego nadmiaru populacji, najczęściej za odpowiednią opłatą, regulując przy tym naturalny wzrost populacji i obieg gotówki. Przez swój kontrakt z cechem grabarzy, zarząd gildii otrzymuje dodatkowe profity za każde wykonane zlecenie. Każdy jest zadowolony. Poza obiektem zlecenia. Narzę- dzia zabójców dobierane są z reguły wedle uznania. Zasada jest…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%