Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Rodzina · 13 min czytania

O tym jak Diabeł Rokita Marylę do porodu wiózł (Ba

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mimo poranka, słońce przypiekać zaczęło już niezgorzej. Diabeł Rokita siedzący wprzódy na kamieniu granicznym przeniósł się pod dąb przy Tomkowym polu. Choć przywykły do gorąca nie lubił jednak słońca świecącego prosto w oczy. Rozciągnął się w cieniu drzewa, pod głowę podłożył zwiniętą w kulkę kamizelkę i zmrużył oczy.

Do uszu dolatywały go strzępy rozmów i nawoływań Tomkowej rodziny, która od wczesnych godzin zajęta była wyrywaniem chwastów i okopywaniem kartofli.

Rokita jeszcze wczoraj obszedł wszystkie pola po tej stronie wsi i fachowym okiem stwierdził, że urodzaj zapowiadał się niezły. Chodził do samego wieczora po miedzach i bruzdach i czesał dłońmi zielone jeszcze kłosy żyta i pszenicy. Czuł sie trochę gospodarzem tych pól. Bo też miał prawo tak myśleć. Małoż to razy wybłagał u Belzebuba, który chciał wysłać gromady dzikich diabłów, by podokazywały i napsociły po wsiach, by tego nie robił w czas żniw i wykopków? Kochał tę ziemię i ludzi na niej w pocie czoła pracujących. Pomagał im jak umiał. Przynosiło mu to czasami kpiny i wyśmiewki ze strony innych diabłów ale nie stał o to wcale. Tylko Boruta i Zapłota trzymali zawsze jego stronę i w obecności tych dwóch rębajłów nikt nie odważył się czynić uwag na temat Rokitowych upodobań. Boruta, dumny szlachcic polski, postawił się raz na samego Belzebuba, gdy ten wyraził się niezbyt pochlebnie o Rokicie i byłby zdzielił go jak nic szablą po jego parszywym pysku gdyby sam Lucyfer nie przywołał ich obu do porządku.

Taki poranek jak dzisiaj to najlepsze podziękowanie za Rokitowe trudy i opiekę. Mimo twardego życia piekielnego (a może właśnie dlatego) był romantykiem i kochał takie sielankowe obrazki.

Spod wąskiej szczeliny powiek widział Adasia i Halinkę, którzy dotrzymywali dzielnie ojcu kroku i nie odstawali w pracy więcej niż na dwa metry.

Kiedyż te dzieci tak urosły? A jakież pracowite i grzeczne.

Tomasz opuszczał co jakiś czas swoją bruzdę i podchodził zatroskany do żony Maryli, która nie nadążała za nimi. Maryla była w ostatnim miesiącu ciąży. Poruszała się powoli, każdy ruch sprawiał jej trudności ale uparła się, że pójdzie w pole. W domu mam wszystko przygotowane, powiedziała, świeże powietrze dobrze mi zrobi. Nie chcę sama siedzieć w domu i już. Co było Tomaszowi robić? Zgodził się z ciężkim sercem. Ale obiecaj mi, że siądziesz sobie tylko pod dębem i będziesz odpoczywać, zażądał. Ale i o tym nie chciała Maryla słyszeć. Mam siedzieć i przyglądać się wam jak pracujecie? To lekka praca, pójdę powolutku za wami, nie zwracajcie na mnie uwagi.

I tak to oto cała rodzina pochylona nad ziemią zbliżała się powoli do miejsca gdzie wylegiwał sobie Rokita.

Adaś podbiegł właśnie do ciężarnej i powiedział:

– Mamusiu, siądź sobie teraz troszkę w cieniu, my z Halinką powyrywamy ziele z Twojej bruzdy.

Wtedy Maryla złapała się za brzuch i grymas bólu przeorał jej twarz.

– Oj – jęknęła – chyba się zaczyna.

– Maryl, co ty mówisz? Zaczyna się? Że co? – Tomasz rzucił motykę pod nogi.

– Tak Tomuś, zaczyna się.

– Adaś, biegaj szybko do Patołów, niech podjedzie tutaj autem, mamusia musi do szpitala. Albo nie, czekaj, czekaj, ich nie ma przecież w domu, pojechali do syna. Niech pomyślę, niech pomyślę. – Tomasz przestępował z nogi na nogę. Widać było, że sytuacja w tym momencie go przerosła.

Rokita widział całe zdarzenie. Wstał na nogi, otrzepał się z suchych liści i źdźbeł, założył kamizelkę i szybkim krokiem podszedł do zmartwionego Tomasza.

– Wnoszę, że potrzeba wam pomocy, jeśli mnie oko i ucho nie myli.

Wszystkich zaskoczyło nagłe pojawienie się obcego człowieka. Był postawny, ubrany na czarno i mówił głębokim, jakby z czeluści wydobywającym się głosem. Takiego głosu należy się bać. Tomaszowi nie strach przed obcymi był teraz w głowie.

– Czy pan gajowy jest tutaj samochodem?

– Samochodem? Eee, nie. – Rokita uśmiechnął się pod wąsem. Widzą w nim gajowego to niech tak i zostanie.

– Samochodu nie mam ale karetą mogę służyć.

– Karetą? A niech będzie i kareta, byleby żonę szybko do szpitala w Prudniku zawieść.

Rokita zagwizdał przeciągle. Zza zakrętu, od strony lasu, wyrwała się czterokonna połyskująca jak diament kareta.

Z kozła zeskoczył ubrany w staromodny strój woźnica, otwarł drzwi do powozu i gestem zaprosił wszystkich do wsiadania.

– Maryl, dojdziesz?

– Dojdę Tomuś, dojdę.

Adaś nie mógł oderwać wzroku od koni. Były czarne jak węgiel, ba, co tam węgiel, czarne jak otchłań piekielna. Podrzucały nerwowo głowami i biły kopytami o ziemię.

Kiedy wszyscy siedzieli wygodnie na czarnych siedzeniach zasłony w oknach same zsunęły się na dół a Rokita-gajowy krzyknął:

– Strzecha, nie oszczędzaj smoków, do szpitala nam trzeba, ale żwawo. Drogę znasz.

– A juści panie, znam.

Świsnął bat, szarpnęło, zakołysało się i pomknęli. Tomasz przysiągłby, że nie upłynęła nawet minuta kiedy kareta zatrzymała się a Strzecha otwarł drzwi i ukłoniwszy się powiedział:

– Jesteśmy na miejscu.

Rokita pierwszy wyskoczył z karety.

– Czekajcie tu na mnie, zawołam kogo trzeba – i poszedł szybkim krokiem do głównego wejścia.

Wpadł do gabinetu ordynatora, który mieścił się na parterze i zawołał w drzwiach:

– Brzemienną przywieźliśmy, na ostatnich nogach jest, zaraz urodzi. Pomóżcie!

– Proszę zaprowadzić ją do izby przyjęć, tam się nią zajmą. – Ordynator mówiąc to nie przestał przeglądać jakiś bardzo ważnych papierów.

– Ale ona kroku już nie zrobi, bóle takowe ją zdjęły.

– To niech pan poszuka siostrę dyżurną i poprosi o wózek.

Rokita podszedł do pana ordynatora, chwycił go za krawat, przyciągnął do siebie i rzekł swoim głosem jakby ze studni:

– Czy mam trzepnąć po uchu ale tak, że sobie waść sam potem miesiąc chorobowego wypisze? Czyś waść nie zrozumiał co rzekłem? Człowiek się rodzi! Trzeba pomoc! Bierz waść jakąś dryndę i stawaj u mojej karety, ale żwawo!

– Ale niechże sie pan uspokoi, tak nie można, co pan sobie wyobraża? – pan ordynator zaczął pocierać gruby kark i łykac powietrze jak karp wyjęty z wody. – Każe pana natychmiast wyrzucić ze szpitala.

Rokita rozsierdzony teraz nie na żarty, przysunął się jeszcze raz do pana ordynatora i jak nie ryknie wilczym głosem:

– Do stu tysięcy wypierzonych aniołów, rzeknij waćpan jeszcze jedno słowo to każe pasy z waści drzeć.

Pan ordynator pojął wreszcie powagę sytuacji, odrzucił precz papiery i wybiegl z gabinetu.

Pani Krysia, sekretarka pana ordynatora, zamarła w bezruchu, obserwowała całe zdarzenie trzymając w ręku pilniczek do

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%