Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 15 min czytania

O tym jak poszlismy sobie na kakao

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Bylo piekne poniedzialkowe przedpoludnie a mysmy saczyli piwko w gospodzie „U Tigra”. Gospoda byla znanym i popularnym miejscem spotkan towarzyskich w Pradze i slynela miedzy innymi z tego, ze na swoj codzienny kufelek wpadal tu niejaki Bohumil Hrabal. - Sa takie rzeczy w zyciu dla ktorych warto cos poswiecic – powiedzial Alan, nasz basista. - Byc moze – mruknal Irka zdmuchujac piane z piwa – ale ja mam z kolei dowody na to, ze dla bardzo niewielu rzeczy warto cos tam poswiecac. - Podasz przyklady? – Alan wyciagnal papierosa. - Sluze uprzejmie – Irka podal mu ogien i rozpoczal opowiesc: - Znalem kiedys niejakiego Zdenka Blecharza. Zacny byl z niego kolega i bardzo wesoly kompan; nie stronil od alkoholu, tytoniu, towarzystwa niewiesciego i innych pozytecznych uzywek. Z racji swojego siedzacego trybu zycia, bo trzeba wam wiedziec ze Zdenek glownie przesiadywal w lokalach, zarobil jakies kilkanascie a moze nawet i kilkadziesiat kilo nadwagi. Mijaly wiec dni a on pil, palil, brykal i ciagnal ze soba wszedzie swoj pokaznych rozmiarow brzuch. Pewnie trwalby ten wesoly zywot do dzisiaj, gdyby ktoregos dnia Zdenek nie poznal pewnej niewiasty... Pokiwalismy ze zrozumieniem glowami. - ...Tak mu sie jakos porobilo, ze sie z punktu zakochal. No a jak wam wiadomo, w milosci nie ma nic za darmo. Wybranka serca zaczela mu wiercic dziure w brzuchu: a to sie Zdenku odchudz, a to rzuc palenie, a to przestan pic, a to pogon precz kolegow, a to zacznij czytac klasykow, a to chodz do mamy na obiad i tak dalej w ten desen. Umarl w butach. Biedny Zdenek zawzial sie okrutnie i postanowil zyc zdrowo a przykladnie. Z tego co wiem nie zdolal jedynie przedrzec sie przez wszystkich klasykow. Irka napil sie piwa. - Widywalem go w tym czasie bardzo rzadko – glownie bladym switem, kiedy jadac do fabryki widzialem jak biega rekreacyjnie po parku. Zawsze mi sie robilo bardzo smutno na ten widok. Wiedzialem ze biedak wpadl jak sliwka w kompot i oprocz porannych przebiezek zazywa jeszcze, na rozkaz ukochanej, drakonskiej diety. Tak minely dwa lata. Spotkalem go po koniec sierpnia zeszlego roku. Czlowiek zmienil sie nie do poznania! Wysportowany, przystojny, gibki i opalony! Abstynent i asceta! I wciaz z ta sama pania! - I gdzie tu moral z wnioskiem? – zapytal Alan. - Zdenek juz nie zyje – Irka zaciagnal sie papierosem – zabil go we wrzesniu pijany furman. Pomyslcie! Przez dwa lata katowal wlasne cialo i odmawial sobie najmniejszych przyjemnosci, zeby skonczyc pod kolami fury! Smutno i cnotliwie! - Widocznie tak musialo byc... – mruknal Pavel, bebniarz. - Byc moze... – Irka wzruszyl ramionami – byc moze... Ale mogl przez te ostatnie lata uzywac ile wlezie, a tu prosze... Pokiwalismy glowami. Zblizala sie dwunasta i czas sie bylo zbierac. Wzielismy do rak gitary i reszte sprzetu, dopilismy piwo i leniwym krokiem opuscilismy gospode. Urzad do Spraw Kontroli Estrady znajdowal sie tuz za rogiem. Jakies dwa tygodnie temu dostalismy urzedowy papier potwierdzajacy termin naszego przesluchania – durny, biurokratyczny warunek by dostac odpowiedni glejt uprawniajacy do publicznych wystepow. Rzecz nie do ominiecia wiec, chcac nie chcac, uradzilismy, ze w dobrym tonie bedzie sie stawic. Budynek robil przygnebiajace wrazenie i nie wiem czemu, natychmiast skojarzyl nam sie z Kafkowskim sadem. Wysoka komisja juz na nas czekala. Za pokrzywionym stolem pokrytym czerwonym suknem tkwilo trzech smutnych, lysiejacych panow i monstrualnie gruba a brzydka niewiasta w roli przewodniczacej. - Dzien dobry chlopcy – powiedziala – mozecie zaczynac. Podpielismy gitary do wzmacniaczy i wystartowalismy z naszym zwyklym repertuarem. Wysoka komisja zdzierzyla cale trzy minuty. - Dosyc! Dosyc! – przewodniczaca podniosla reke – nie mozna troche ciszej? Strasznie to wrzaskliwe! Poslusznie zaczelismy grac ciszej a na wszelki wypadek tez wolniej. - Dosyc! – niewiasta wytoczyla swoje kilogramy zza stolu – mam zastrzezenia! Co to za stroje? Popatrzylismy po sobie. Stroje jak stroje – troche klamerek, jakies lancuchy, wytarte dzinsy i wlosy na farbe. Nic szczegolnego. - Nie mozecie sie pokazac w takim stanie publicznosci! Obowiazkowe garnitury i krawaty! Kultura sceny to pierwszorzedna sprawa! - Nie stac nas na garnitury – powiedzialem – a te spodnie kupila mi moja mamusia. Komisja utkwila we mnie badawczy wzrok. - Harowala cale pol roku w fabryce zelatyny zeby mi je kupic. Bieda u nas straszna, ojciec nas zostawil, rodzina sie wypiela i zyjemy z mamusia sami jak te palce...Z renty...Biedna kobiecina wypruwa sobie zyly, zebym mial co jesc i co nosic na grzbiecie. Bardzo ja to zmartwi jak sie dowie, ze nie wolno mi nosic dzinsow. Tak sie razem cieszylismy na te spodnie... Zapadla cisza a na twarzy przewodniczacej odmalowala sie rozterka. Najwyrazniej tez byla matka. - To wszystko szczera prawda! – uslyszalem glos Irki stojacego za moimi plecami – bieda u nich taka, ze nie tylko piszczy ale wyje nawet na pol osiedla! Spac nie mozna! - Dobrze, dobrze – przewodniczaca machnela reka dajac do zrozumienia, ze temat jest zamkniety – przyjrzyjmy sie teraz tekstom. Bylo sie naprawde czemu przygladac. Nasz teksciarz byl wielce rozrywkowym czlowiekiem. Wskutek hulaszczego trybu zycia, wyladowal przejsciowo na oddziale psychiatrycznym pewnego szpitala;.ot, taki lot nad kukulczym gniazdem. Mimo uziemienia jednak, caly czas slal zza krat swieze produkty. No ale o tym wiedzielismy tylko my i on. - To trzeba zmienic – powiedziala matrona – co to za slownictwo?! Co to za rymy?! Co za sformulowania! - Ja to moge sprobowac zmienic – odezwal sie Irka – ale nie wiem czy mi nie zadrzy pioro. - A to czemu? - Nie smialbym poprawiac dziel naszego narodowego wieszcza, poety i autorytetu. Musielibysmy pozmieniac podreczniki szkolne i wziac sie za korekte jego wiekopomnych utworow... Skoro on tak napisal to widocznie tak ma byc. No ale jezeli wysoka komisja sobie zyczy... - Wieszcza? – niewiasta popatrzyla zaklopotana na kartke papieru. - Wieszcza – przytaknal skwapliwie Irka – TEGO wieszcza! Czlonkowie komisji spojrzeli na siebie. - W takim razie ja juz nie mam wiecej pytan – przewodniczaca rozlozyla rece i wcisnela sie z powrotem za stol. Dostalismy pozwolenie. Ale jak to wszystkim wiadomo, los, czy jak go tam zwac, to skubaniec o szczegolnym poczuciu humoru. Nie musielismy dlugo czekac zeby zakpil z nas poteznie. Z okazji Dnia Dziecka mielismy dac wystep w czasie festynu na bloniach. Impreza zorganizowana byla z rozmachem, swoja obecnosc zapowiedzialy najwyzsze wladze dzielnicy a hojny Komitet do Zarzadzania Czyms Tam ufundowal wszystkim darmowa lemoniade. Upoceni i poszarpani przeciskalismy sie przez tlum smarkaczy, ciagnac za soba instrumenty. Gdy wreszcie ledwo zywi dobrnelismy w okolice sceny okazalo sie, ze brakuje nam jednego czlonka zespolu. Alan gdzies sie zawieruszyl. Jeczal przez cala droge, ze mu goraco i bardzo prawdopodobnym bylo, ze korzystajac ze scisku i naszej nieuwagi dal noge w kierunku jednej z budek z piwem. Wdrapalismy sie na deski i zaczelismy instalowac sprzet. Konferansjer o urodzie Karela Gotta krecil sie kolo nas…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
O tym jak poszlismy sobie na kakao — czytnik · opowiadania