Komedia · 7 min czytania
O tym jak pozyczylismy wiertarke
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dziewczeta to zabawne stworzenia. Te na ktorych ci kompletnie nie zalezy, nie chca sie od ciebie odczepic. Natomiast te, z ktorymi wiazesz jakies tam nadzieje, puszczaja cie w trabe z podziwu godna konsekwencja. Tego dnia wedrowalismy z Irka po praskich ulicach. Oblicza mielismy marsowe bo w slad za nami dreptaly cierpliwie dwie siostrzyczki, ktore przykleily sie do nas niczym huby do drzew. I co najgorsze, nie mielismy bladego pojecia jak by je tu zgubic. Nie po raz pierwszy okazalo sie jednak, ze improwizacja lamana przez prowizorke jest najlepsza ze sztuk. Nadjechal wlasnie tramwaj, a my z braku lepszego pomyslu, wsiedlismy do niego zajmujac strategiczne pozycje przy drzwiach. Siostrzyczki staly nieopodal obserwujac nas uwaznie. Irka mrugnal do mnie kilka razy okiem, a przynajmniej tak mi sie zdawalo ze mrugal. Gdy tramwaj zatrzymal sie na kolejnym przystanku Irka pozostal nieruchomy. W momencie jednak gdy rozlegl sie sygnal ostrzegajacy przed zamknieciem drzwi, wypchnal mnie gwaltownie na ulice i sam wyskoczyl w ostatniej chwili. Dziewczeta przypadly do szyb dajac nam rozpaczliwe znaki a Irka wykonal pelna zdumienia pantomime pod tytulem :”No co jest! Czemu nie wysiadacie!”. Po czym pomachal usmiechniety za odjezdzajacym tramwajem. - Splywamy! – mruknal – Bo gotowe tu jeszcze przybiec w te pedy z nastepnego przystanku. Splynelismy zadowoleni. I spedzilismy bardzo mily wieczor blakajac sie po praskich knajpach. Bladym switem wrocilismy do naszej zagraconej kawalerki. Bo trzeba wam wiedziec, ze nasze legowisko wygladalo w tych dniach cokolwiek nieszczegolnie. Tydzien temu, pelni dobrych checi i slomianego zapalu, postanowilismy urzadzic niewielki remont. Efekty byly takie, ze po dwoch godzinach wytezonej pracy zdolalismy zafundowac sobie maly krajobraz po bitwie. Po czym rzucilismy narzedzia w kat i zapowiadajac szumnie „ze zrobi sie jutro” poszlismy sobie w miasto. Nie zrobilo sie. A my z podziwu godna cierpliwoscia, znosilismy status quo przez nastepnych siedem dni. Tego wiec ranka, gdy tylko otworzylem zaspane oko i rozejrzalem sie dookola, powiedzialem: - Dosyc tego dobrego moj wierny druhu. Musimy sie nieco umeblowac. - Nieeeee chceeee mi sie – Irka ziewnal szeroko – moze jutro? - Mnie sie nie chce jeszcze bardziej niz tobie – mruknalem – ale mam juz dosyc brodzenia w farbie. Byla to szczera prawda. Potknelismy sie parokrotnie o otwarte puszki z farba i efekt tego byl taki, ze na podlodze powstalo nam cos na ksztalt nowoczesnego malowidla. Irka przytargal ze sklepu pare piw i chcac nie chcac, zabralismy sie do roboty. Wieczorem nasze gniazdo doprowadzone zostalo do stanu wzglednej uzywalnosci. Nastepnego dnia dokonalismy jeszcze paru retuszy i wykonawszy kilka drobnych zabiegow kosmetycznych, stanelismy w milczeniu i z podziwem ogladalismy nasze dzielo. Pozostawalo jedynie zawiesic na scianach dwa obrazki. Obrazki byly mojego skromnego autorstwa; bardzo przewrotne same w sobie nosily rownie przewrotne tytuly: „Zima jesienia” i „Babie lato w srodku wiosny”. Wylonil sie jednak pewien problem – nie mielismy pod reka odpowiedniego sprzetu do drazenia scian. - Trzeba pozyczyc – mruknal Irka. - Ba! – odparlem – jestesmy na bakier z jedyna osoba w kamienicy, ktora dysponuje czyms na ksztalt wiertarki. Mimo to chcesz sprobowac? Byla to szczera prawda. Stosunki z naszym sasiadem, niejakim Zdenkiem Blecharzem mieszkajacym pietro nizej, byly od pewnego czasu cokolwiek napiete. - Musimy to przemyslec – powiedzial Irka. Wahanie