Komedia · 12 min czytania
O tym jak się stałem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Znajomych mam wspaniałych. Wprost cudownych. Wybitnych. Oczywiście nie wszystkich i nie zawsze, ale wielu bardzo mi imponuje i lubię spędzać z nimi czas. Nazwisk wymieniał nie będę. Ewentualnie ksywy. Większość z nich to ludzie z liceum i ze studiów. W podstawówce nie dorobiłem się bardziej sensownych znajomych, ale fakt, że i nie szukałem. Poza tym przeprowadzka zrobiła swoje. Co prawda chodziłem do tej samej szkoły, ale relacje się zmieniły. Stałem się obcym. Ba, nawet wrogiem w porywach do zdrajcy. Dobrze, że wtedy nie było żadnych ziomali ani drechów, miałbym pewnie jeszcze gorzej. Tak czy siak, na pewno pozostawiło to na mojej psychice pewną rysę. Jak każdy szczebel edukacji. Naprawdę. Były różne zdarzenia, ale na każdą budę przypada jedno, które prześwidrowało moją osobowość, duszę, istnienie w ogóle, na wylot. O podstawówce mówiłem – prześladowania emigranta – różne głupie i nieprzyjemne dowcipy, niepodawanie piłki na wuefie, zabieranie plecaka, piórnika, butów. Dla dzieciaka to dużo, jeśli cię tak traktują. Miało to też inne konsekwencje – szukałem kolesiów na swoim nowym podwórku, ale o tym później. W przedszkolu – jak pani Asia, nasza opiekunka nachyliła się, żeby mnie ucałować pod koniec roku na zakończenie którejś tam grupy, zobaczyłem jej piersi. Oczywiście nie całkiem i tylko na moment, ale i tak zrobiło to na mnie kolosalne wrażenie. Wszystko inne z tych czasów wyparowało, a te kilka sekund moja pamięć przechowuje jak skarb, medal, trofeum. Warto było chodzić do przedszkola, wtedy się o tym przekonałem, ale już wracając tamtego pamiętnego dnia do domu wiedziałem, że nic z tego nie będzie i to nie kobieta dla mnie. Nie wiedziałem co, ale tak czułem. Teraz wiem – była za wysoka i trochę nie w moim wieku. Liceum z kolei, chyba najszczęśliwszy czas, kiedy to, zwłaszcza w trzeciej i czwartej klasie, harówka przeplatała się z balangowaniem pozostawiło mi takie wspomnienie przewodnie: parapetówa u jakiegoś tak Grzesia czy Jasia, który ponoć chodził kiedyś do mojej byłej szkoły. Nie powiem, niezła chata – trzy pokoje, spora kuchnia, łazienka z wielką wanną. Kupa towarzycha. Popijawa jak rzadko. No dobra, jak często... Jak zazwyczaj. Swoją drogą nie wiem skąd bierze się ta chęć picia wśród młodych. Ten odwieczny schemat. Alegoria. A z resztą, jestem częścią tego systemu, nie narzekam. Kraczę wśród wron tak jak umiem. Wracając do rzeczy... Sprawa miała się następująco. Było tak około północy, ludzie poplątali się w mniejsze i większe grupki, na pewno dobrze to znasz, jedni coś tańczą, drudzy piją, trzeci się gapią, ktoś tam siedzi w kiblu, do którego zawsze jest kolejka, wszyscy gadają od lub do rzeczy. Tymczasem ja wyłączając się z grupy tańczącej zerknąłem do najmniejszego pokoju. W nim na kanapie siedziała (o dziwo!) sama Magda R. Przez przyzwoitość, nazwiska nie podam. Magda podobała się wszystkim plus minus rozsądnym facetom, w tym oczywiście mnie. To nie była słodka idiotka, przeciwnie – uczyła się co najmniej dobrze, nieźle grała w siatkę, od kilku lat chodziła na kurs tańca. Nie była piękna, no zabij mnie, ale piękna nie była - jakby nie patrzeć! Ale roztaczała wokół siebie coś takiego, nie wiem... Może czar, może urok, mój kumpel Żaba na pewno by to lepiej nazwał, ale o nim jeszcze napiszę. Wystarczyło z nią pogadać kilka minut i już zostawała w pamięci: facetom – hej, niezła jest (płytkie, płytkie, płytkie! Ale za to prawdziwe) i dziewczynom (ha! Wcale nie jest taka fajna jak się wydawało... Ale trzeba na nią uważać). I mnie też trafiło. Więcej nawet, otóż kopnął mnie zaszczyt kumplowania się z nią trochę bardziej, siedzieliśmy razem na matmie i na polskim, ale poza buziakami na imieniny i na wigilię klasową, guzik z tego miałem. To znaczy nigdy niczego jej nie proponowałem. W ogóle byłem w tych sprawach raczej lewus. Ale do rzeczy, bo udziela mi się gadulstwo i krasomówstwo mojego dziadka. Otóż gdy tak siedziała na tej kanapie i spała pochylając głowę na prawo i nieco do przodu, tak, tak, pamiętam ze szczegółami, także jeansy i bluzeczkę na ramiączka w poziome kolorowe paski i dwa warkoczyki, które jeszcze dodawały jej uroku, więc gdy tak sobie siedziała, to wyglądała jakby na mnie czekała! Jakby dobry Bóg, chcąc zrekompensować mi pewne, powiedzmy niedostatki żywota, posadził ją tu, a mnie popchnął do wejścia. Schlebiałem sobie na maxa, po całości, a jak! No to po prostu usiadłem obok niej i ją pocałowałem. W usta. Delikatnie i subtelnie, ale bez cienia wątpliwości, co do charakteru tego pocałunku. Trwało to z pięć sekund. Najpiękniejsze pięć sekund mojego liceum. Potem wstałem i wyszedłem. Bez zobowiązań. Dziś wiem, że zrobiłem głupio. Ta historia miała z resztą dalszy ciąg. Kilka dni, a może tygodni później ona podeszła do mnie na przerwie i powiedziała mi, że męczy ją taki dziwny sen. Jakobym ja ją całował. Zaśmiałem się wprost niewybaczalnie głupio, gdy to usłyszałem. To mnie na pewno zdradziło. Dalszy ciąg nie miał większego znaczenia dla rozwoju naszej damsko-męskiej znajomości, bo jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że Magda R. ma faceta. Schody zaczęły się, gdy rzeczony facet – Norbert dostał cynk, że ktoś widział jak podczas tamtej imprezy całowałem i, uwaga!, „bezwstydnie obmacywałem Magdę”... Gość był dość tęgi, ćwiczył zapasy i był dość honorowy. Wyzwał mnie na pojedynek. Na solo. Myślałem, że padnę jak to usłyszałem! Miałem jedną solówę w podstawówce, ale trwało ze trzydzieści sekund. Jak przestałem robić uniki, to dostałem i pękła mi górna warga. Warunek