Inne · 8 min czytania
O umieraniu...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
O umieraniu...
Tak. Wreszcie się zdecydowałem. Długo się wahałem. Bałem się bólu, wkradała się niepewność, nie wiedziałem jak się do tego zabrać. Czekałem też na odpowiedni moment. Chciałem to zrobić w samotności, gdy będę sam w domu. Nie chciałem przeżywać tego jak na filmach, gdy w ostatniej chwili ktoś mnie uratuje, nic nie będę pamiętał i obudzę się kilka dni później w szpitalu, a pielęgniarka stojąca nade mną będzie mówiła jakie miałem szczęście, że ktoś mnie znalazł, bo jeszcze dziesięć minut i bym nie żył. Chciałem umrzeć. Zastanawiając się nad tym rozważałem plusy i minusy swojej śmierci. Próbowałem wybrać też najskuteczniejszy sposób. Zapytacie, po co chciałem się zabijać? Tak samo ja was mogę zapytać, a po co żyć? Odpowiedzi na oba pytania są bezsensowne. Zarówno życie jak i śmierć są nieodłącznymi elementami bytu każdego człowieka. I nie tylko. Każde stworzenie żyje by potem umrzeć. Każda roślina żyje by potem umrzeć. Jaki ma sens istnieć gdy wie się, że śmierć i tak nas dopadnie.
Tamtego dnia gdy uświadomiłem sobie, że chcę odejść z tego świata, siedziałem na ławce w parku. Miałem swój ulubiony park, gdzie latem jeże wędrowały nocami szukając pożywienia, gdzie pośrodku pięknych drzew i ścieżek stała moja magiczna fonanna spełniająca życzenia. To głupie prawda? Wierzyć w to, że coś może spełnić życzenie gdy wrzuci się grosika do wody. Ale ludzie wierzą w różne rzeczy. Wiara w Boga jest najpopularniejszym wierzeniem świata. Każdy jednak może znaleźć sobie jakąś rzecz, miejsce które dla niego będzie czymś w rodzaju Boga. Dla mnie była to fontanna pośrodku parku. Gdy było mi źle, gdy potrzebowalem spokoju by przemyśleć to co mnie czeka albo czego pragnę najbardziej w świecie, udawałem się właśnie do tej fontanny i w milczeniu spoglądałem na niczym niezmąconą taflę wody oraz piękne oświetlenie. Tamtego dnia udało mi się jednak podjąć decyzję. Nie mam pojęcia co sprawiło, że właśnie wtedy się zdecydowałem. Nie zdarzyło się nic szczególnego. Może po prostu uznałem, że dojrzałem w końcu do tego by wreszcie coś zrobić, a nie tylko wciąż mówić i myśleć.
Przygotowanie się do nieuniknionego zajęło mi niecały tydzień. Wybadałem w mieszkaniu, kiedy będzie ono tak długo puste, że będę mógł wcielić swój plan w życie. Ten dzień wypadł w niedzielę. Rodzice mieli wyjść na całe popołudnie i wieczór z domu, a młodszy brat miał spędzić ten dzień ze znajomymi z dawnego liceum. Starszego brata nawet nie brałem pod uwagę, bo wyprowadził się prawie dwa lata temu i jego obecność wśród rodziny była rzadkością. Tak to jest jak ma się swoje życie.
Im bliżej było do niedzieli, tym większe podniecenie zbierało się we mnie. O ile życie poznałem dość dobrze i wiedziałem co mi sprawia radość, co mi sprawia ból, o tyle o śmierci wiedziałem tylko tyle co wyczytałem na forach internetowych. Chciałem zbadać jak może się czuć człowiek odbierający sobie życie. Dużo osób pisało o euforii związanej z końcem życia, końcem problemów. Dużo osób pisało o strachu przed nieznajomością uczucia, że się odchodzi z tego świata. Ja odczuwałem podniecenie. Nie mogłem znaleźć lepszego słowa by opisać swój stan. Chyba zwyczajnie czułem, że robię coś dobrego dla świata, dla ludzi. Dla wielu byłem jedynie pasożytem, który zabiera czas, tlen, jedzenie i picie. Chciałem uwolnić ludzkość od siebie. Chciałem uwolnić moich znajomych od swoich humorów. Chciałem uwolnić rodzinę od wiecznych problemów ze mną. Śmierć wydawała się najlepszym rozwiązaniem.
Nadeszła niedziela. Gdy wstałem w południe, cichutko otworzyłem drzwi do pokoju. Rozejrzałem się i nasłuchiwałem. Po kilku sekundach zdałem sobie sprawę, że nikogo więcej w mieszkaniu nie ma. No nikogo oprócz kota, ale przecież zwierzę domowe nie jest w stanie mi w niczym przeszkodzić. Dzień wcześniej wybrałem się do sklepu by zakupić paczkę żyletek. Uznałem, że żyletki będą najlepsze by podciąć sobie żyły. Ostre, kupione specjalnie na tę okazję. Mogłem użyć noża, ale znając ostrość naszych domowych noży, wolałem mieć…