Środowisko · 16 min czytania
Obcy wsrod swoich
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Obcy wśród swoich
Teraz, po tym wszystkim, już ani ja nie wiem, co ja jestem. Polak, Rumun... nie wiem - mówi mieszkaniec południowej Bukowiny, rumuńskiej krainy, gdzie w skrajnej biedzie żyją tysiące Polaków
- Między sobą rozmawiamy, ale po rumuńsku, po ukraińsku i malo po polsku. - opowiada o relacjach z żoną 70-letni Herman Kuczinski - W szkole tutej się uczylem po rumuńsku a teraz dzieci uczą się też po rumuńsku, ale mają też godziny po polsku. Kto chce, ten idzie. Moja mama byla Niemką a tatko, nieboszczyk, Polakiem. Po śmierci ojca w 1935 roku pojechaliśmy z mamą do Niemieczy. Jak wojna się skończyla, tam przyszli Moskale. Mieliśmy papiery, ale byliśmy traktowani jak Niemcy. - Herman opowiada historię grupce młodych krakowian, którzy przyjechali do Rumunii poznać prawdziwe oblicze Bukowiny - krainy, w której położone są wioski i miasta zamieszkałe wyłącznie przez Polaków. Zofia Kuczinska proponuje zmarzniętej młodzieży gorącą kawę. Chce ich ugościć jak najlepiej. W mieszkaniu jest chłodno. Kuchnia, w której Zofia zaparza zbożówkę jest skromna, ale bardzo czysta. Stare garnki, zużyte szafki i pożółkła tapeta na ścianie. Przy misce z wodą stoi wiaderko, do którego Kuczinscy wyrzucają odpadki - dają je zwierzętom. Zapach mięsa roznosi się po całym pomieszczeniu. Gdy Zofia szykuje małe filiżanki, Herman zajmuje młodzież historią swojego życia. - Ciężko bylo pod okiem Ruskich - wspomina - ale żyliśmy wtedy lepiej, jak tutej teraz. Wszystko zorganizowane bylo. Każdy czlowiek musial dostać wszystko, co było trzeba. Czy ty byl inżynier, czy ty byl dyrektor, chleba i kilo cukru dostal każdy. Tam wszystko było. Moskale poslali nas tutaj. Oni nie patrzyli, że my nie Niemcy, że nie rodzone tutej. I wysłali nas do Rumunii. Siedem tygodni my szli z wozem. - wspomina trudną wędrówkę Herman - Moskale zabrali Niemcom wóz i dali nam. Dali wojsko, które nas patrolowalo. Tak przenieśli nas do Rumunii. Kawa jest gotowa. Zofia podaje ją jednocześnie opowiadając swoją historię. Jest podobna do opowieści Hermana. -Też mialam ojca Polaka i trafilam w ręce Rosjan po wojnie. Gdy mialam jedenaście lat trafilam do Niemieców. Chodzilam tam do szkoły, ale nie skończylam Berufschule (szkoła zawodowa - przypom. autor), bo po wojnie wyjechać trzeba bylo. Tutaj jest źle, jak było tam, u Niemców. Tam z rodzicami mówiliśmy po polsku, trochę po niemiecku się mówilo, bo szkole trzeba bylo kończyć. Tutej rozmawiamy najwięcej po rumuńsku, nawet z innymi Polakami. - dodaje. Kuczinscy są jedną z wielu polskich rodzin w małej wiosce Kaczyce. - W Rumunii familii polskich jest trochę, ale się rozeszli po bokach kraju. - mówi Herman - Ale nawet ci Polacy między sobą rozmawiaju po rumuńsku, tylko trochu po polsku. Miejscem spotkań rodzin byl kościół, ale od kiedy odszedł polski ksiądz, trudniej jest się zorganizować. -Święta obchodzimy. - opowiada Herman - Przecież my katoliki... a nacjonalne polskie święta - zastanawia się przez chwilę - nie wiem, kiedy są. Teraz, po tym wszystkim już ani ja nie wiem, co ja jestem. Polak, Rumun... nie wiem. Bylem mlody, bez pieniędzy . Nie bylo nigdzie pracy, ale udalo się na dwa, trzy miesiące roboty chwycić w kopalni rumuńskiej. Zrobilo się z tego trzydzieści pięć lat i osiem miesięcy. I co? Dali mi renty tak, jak jednej kobiecie... a przecież trzydzieści pięć lat żem robil. - O Polsce możemy tylko pomarzyć. - mówi Zofia. - Nie mialbym tam czego szukać, skoro ledwo się trzymam na nogach. - dodaje Herman. Jak postrzegani są przez nich Polacy? - Myślim, że są cywilizowani. - odpowiada Herman - Mają dobrze, lepiej, jak Rumunii. Ubrani dobrze w wojnie byli. A Rumunii... nie durno mówią Polaki, że to Cygany rumuńskie. Widzę Polaków lepiej jak Rumunów. Rumuni wszędzie kradli. - Myślę, że jak w Rumunii zrodzeni, nie należą nigdzie. - dodaje - Mamy dwie córki - opowiada Zofia - jedna jest w Bukareszcie, wydana za Rumuna, jedna tutej, wydana za katolika. One trochę mówią po polsku... ta z Bukaresztu trochę zapomina, ale stara się mówić. Jesteśmy pólpolonijną, katolicką rodziną. W kościele my są co tydzień. Tutejsi katoliki to Polacy, ale mieszkają tu też kilka Niemcy i Węgrzy. - dodaje - W domu mamy kilka książek, ale tylko kościelnych. Po rozmowie małżeństwo dziękuje młodym Polakom za odwiedziny i album ze zdjęciami z Krakowa. - Będzie milą pamiątką - zapewnia Herman. Polacy na Bukowinie osiedlali się już za czasów Kazimierza Wielkiego. Przez kolejne stulecia napływali tam w poszukiwaniu pracy. Do Kaczyki, miasteczka znanego głównie dzięki sanktuarium maryjnemu, trafiło szczególnie dużo górników, którzy wcześniej pracowali w Bochni czy Wieliczce. Tutaj znaleźli pracę w kopalni soli. Z czasem na Bukowinie zaczęły powstawać polskie wioski i miasteczka m.in. Nowy Sołoniec, Plesza czy Pojana Mikuli. W każdym z nich mieszka kilkaset rodzin. Są to przede wszystkim górnicy i górale.
Wszystko rozbija się o kieszeń
Część 22 / 2
Przez Pojanę Mikuli ciągnie się czterokilometrowa kamienista droga biegnąca wzdłuż rzeki. Trudno jest tu kogoś spotkać. Sporadycznie przejeżdża wóz zaprzężony w konie lub samochód wypełniony ludźmi. Każdy środek transportu jest tu wykorzystywany do granic możliwości. Krakowianom udaje się spotkać kulejącego mężczyznę w średnim wieku z grubą wiązką giętkich gałęzi pod ręką. Uśmiechem na twarzy zareagował na polską mowę. - Jestem Polakiem, mam na imię Stanisław. - podkreślił wyraźnie na początku - Kiedyś byłem górnikiem w pobliskiej kopalni, ale niestety została zamknięta. Robiło tam trochę Polaków, ale zostaliśmy bez pracy. Stanisław mówi niemal bezbłędnie po polsku. - Ciężko jest tutaj o robotę. Dostaliśmy w tej kopalni odpraw w wysokości dwudziestokrotności pensji, ale to wystarczyło na krótko. Żyję teraz z tego, co da las. Drewno daje pieniądze. Marne, ale są. Mam jedną krowę i kilka kur. To musi wystarczyć. Nie jestem już sprawny, rozwaliłem nogę podczas budowy domu, gdy spadłem z czterech metrów na beton. Nie wierzę, że uda się gdzieś pracować, u kogoś. Co miesiąc dostaję rentę w wysokości dwustu złotych. To żadne pieniądze. Chciałbym pojechać do Polski, pracować na Śląsku, ale nie mam na to pieniędzy. Mógłbym tam żyć. Wiem, jak ten kraj wygląda, bo tam byłem. - opowiada Stanisław - Jest lepiej , łatwiej o pracę. Wszystko rozbija się o kieszeń - jak są pieniądze, to nieważne, gdzie mieszkasz, zawsze jest dobrze. A tu gdy oddaliśmy swoje pieniądze na drogę we wsi, to "przeszedł huragan" i nic nie ma. Tak nas traktują władze, tak się traktuje Polaków - tłumaczy. W Pojanie Mikuli są trzy sklepy i dwa bary. Spotkać kogoś można raczej w tych drugich. Miejscowi najczęściej siedzą przy piwie bądź soczewicy. - Pijemy najtańsze piwo, palimy najtańsze papierosy - mówi jeden z siedzących przy stoliku - Na inne nas nie stać. Dla was - ludzi mieszkających w Polsce to wszystko jest tanie. My jednak zarabiamy dużo mniej. Przybywających z Polski wita się z otwartymi ramionami. Miejscowi wiedzą, że turysta ma pieniądze. Jest zatem szansa na zarobienie i na rozmowę z kimś z Polski. O naszym kraju miejscowi często mówią ze wzruszeniem, pomimo, że niektórzy nigdy tu nie byli. Z dużym sentymentem mówią też o rumuńskiej ziemi a zwłaszcza swojej wiosce. Zapraszają jednocześnie turystów do tej zagubionej w górach polskiej enklawy, w której nawet Niemcy mówią po polsku. - Tu można przeżyć niezłe wakacje - zapewnia sprzedawca sklepowy - Są góry, woda, las. Można odciąć się od świata, tak jak my jesteśmy odcięci na co dzień.
Czujemy po polsku
- Nie wiem, jak wy się tu czujecie, bo wy tu przyjezdni, ale dla mnie to wygnanie - mówi Feliks…