Horror · 21 min czytania
Obłęd
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Do tej pory nie wiedziałem, co to znaczy bać się. Jest 2 grudnia, godzina po 23 a ja dopiero teraz zaczynam zdawać sobie sprawę z tego co się stało. Zacznę od początku. Nazywam się Robert Dezmont. Mam 13 lat. Dwa tygodnie temu moi rodzice dostali telefon, że moja starsza siostra miała wypadek na zimowym obozie dla uczennic żeńskiego liceum do którego uczęszczała i musieli do niej wyjechać. Niby nic poważnego ale była w jakimś szoku i podobno lepiej by było gdyby był z nią ktoś bliski. Tak niefortunnie się złożyło, że dopiero co się tu przeprowadziliśmy bo tata dostał nową pracę, no i moi rodzice nie znali jeszcze nikogo na tyle dobrze aby mnie z kimś zostawić. Ja sam nie mogłem z nimi pojechać bo 2 dni wcześniej skręciłem kostkę na boisku szkolnym i chodziłem o kulach, więc mi samemu lepszą opcją wydawało się zostać. Nie myśląc długo stwierdzili, że zadzwonią do Izabeli. Izabela, a właściwie Izabela Marton jest moją ciocią ze strony mamy, którą widziałem raz w życiu jak miałem może 6 lat, więc nawet jej nie pamiętam. Nigdy nie słyszałem aby u mnie w domu o niej mówiono czy wspominano. Przypomina mi się jedynie sytuacja kiedy mama opowiadała, że ciocia wyszła za mąż za jakiegoś obcokrajowca, chyba anglika i wyprowadziła się na drugi koniec kraju. Od tamtej pory przestała utrzymywać jakikolwiek kontakt z resztą rodziny. Nie odbierała telefonów i nie odpisywała na listy. Jedynym znakiem życia jaki dała było pojawienie się na pogrzebie mojej babci po którym zresztą zaraz zniknęła. Zbiegiem okoliczności, miejsce w którym zamieszkaliśmy znajdowało się tylko 70 km od wsi gdzie mieszkała moja ciocia. Nie było mi to ani trochę na rękę, tym bardziej że znam ją tylko z opowieści ale widząc jak przejęci są rodzice, nie protestowałem. W końcu miały to być tylko 2 dni. Tato wykonał parę telefonów i wrócił uśmiechnięty. Powiedział że ciocia najpierw kategorycznie się nie zgodziła ale chwilę później całkiem zmieniła zdanie i powiedziała że dobrze byłoby odnowić stosunki rodzinne. Tak więc, znalazłem się tutaj. Ojciec zawiózł mnie jeszcze tego samego dnia. Izabela wyszła nam na spotkanie. Mieszkała w dużym, starym, piętrowym, murowanym domu otoczonym z jednej strony zamarzniętym ogrodem a z drugiej lasem. Dojeżdżając do Solommy, bo tak nazywała się wieś minęliśmy zaledwie 10 czy 15 domów, więc była to wręcz mikroskopijnych rozmiarów wioska. Dom cioci był niewątpliwie największy i najokazalszy. Ściany z czerwonej cegły, ciemny brunatny dach, duże białe okiennice i hektary lasów oraz ogród dookoła tworzyły swego rodzaju budzący dreszczyk ale mimo wszystko bajkowy klimat, który zamarzł na zimę aby się odrodzić na wiosnę. Miałem jakieś mieszane uczucia ale uśmiechnięta postać cioci stojąca w progu rozwiała moje obawy. Była wysoką, szczupłą, wręcz chudą kobietą po 40-stce. Miała gęste brwi, które łączyły się nad nosem, brązowe oczy, duże usta i odstające kości policzkowe, teraz zarumienione od mrozu. Czarne włosy związane miała w długi po pół pleców kucyk. Posiadała również małe nie rzucające się w oczy brązowe znamię na lewej skroni w kształcie gwiazdy. Wysiedliśmy z samochodu. Podkuśtykałem razem z ojcem bliżej. Przywitała nas ciepłym uściskiem dłoni i paroma całusami w policzek. Po krótkiej rozmowie ojciec powiedział, że musi jechać i że porozmawiamy dłużej po ich powrocie. Ostatni całus na pożegnanie i zostałem wprowadzony do dużego salonu. Zostałem pod opieką cioci. - Jak się masz Robercie. Wyrosłeś tak, że by cię chyba nie poznała gdybym cię spotkała na ulicy. - Ja też nie wiem czy bym cię poznał ciociu. Ledwo pamiętam, kiedy cię widziałem ostatni raz. - odpowiedziałem - Teraz to już nie ważne. Postanowiliśmy z Michaelem, że odnowimy nasze stosunki rodzinne. Zbyt długo żyliśmy z dala od siebie. - Kim jest Michael - zapytałem - Aha. Zapomniałam, że go nie znasz. To mój mąż. Zobaczysz go jutro rano. Dzisiaj wróci późno w nocy. Na pewno przypadnie ci do gustu. A co takiego stało ci się w nogę? - Potknąłem się na boisku w szkole. Ale już jest lepiej. Lekarz powiedział, że jeszcze kilka dni i będę mógł normalnie chodzić. Wyglądała naprawdę słodko kiedy się uśmiechała. A śmiała się cały czas. Siedzieliśmy w salonie, jedliśmy ciasteczka z herbatą a ona cały czas wypytywała się o całą rodzinę. Jej krzaczaste brwi unosiły się i opadały kiedy mówiła. Była przesympatyczna. Szkoda – pomyślałem, że wcześniej straciliśmy z nią kontakt. Zauważyłem, że cały czas ja opowiadałem, a ona nic nie mówiła. Spytałem więc: - Ciociu, czy macie dzieci? Jej wyraz twarzy jakby się zmienił. Na chwilę nawet straciła uśmiech. Dziwnie na mnie spojrzała, po czym znowu się uśmiechnęła i takim samym, jak wcześniej tonem odpowiedział: - Mięliśmy córeczkę. Nazywała się Zofia. Bardzo chorowała i zmarła jak miała niecały roczek. Następnie dodała: - Ale nie zawracajmy teraz sobie głowy smutkami. To było bardzo dawno. Napijesz się jeszcze herbaty? I rozmowa przybrała wcześniejszy obrót. W pewnym momencie zacząłem ziewać. W końcu było już ok. 22 a wydarzenia dzisiejszego dnia mnie wykończyły. - O, widzę że jesteś zmęczony. I rzeczywiście byłem. Zaczynałem myśleć już tylko o tym aby położyć się na łóżku i zasnąć. - Chodź, pokażę ci twój pokój. Skończymy rozmawiać rano. Poznasz też Michaela. Wstałem od stołu i ruszyłem za nią. Minęliśmy kuchnię. Zauważyłem duży dębowy stół, stare, eleganckie i błyszczące meble, no i lodówkę w koncie. Doszliśmy krótkim korytarzem do jasnego pokoju z małą biblioteczką, podstarzałym telewizorem i starą maszyną do szycia stojącą pod oknem, która służy już tylko jako ozdoba. Okno wychodziło na ogród z tyłu domu. Księżyc oświetlał zasypane śniegiem ścieżki wśród zamarzniętych krzewów i oszronioną altankę. Sam dom wydawał się przytłaczać mnie swoim ciężarem. Był taki stary i zbyt duży, jak na dwie osoby. Na dole naliczyłem 6 pokoi. Drugiego piętra nie zdążyłem zwiedzić. Izabela mnie tam nie zapraszała, a ja sam nawet nie miałbym ochoty wspinać się o kulach po schodach. Dom wyglądem mógłby przypominać jeden z tych ze starych horrorów o nawiedzonych posesjach. Osobiście nigdy się nie bałem takich filmów. Wręcz przeciwnie, nie robiły one na mnie żadnego wrażenia. Dom ten, owszem zrobił na mnie wrażenie ale wydawał się taki przytulny i ciepły, i jeszcze z taka miłą ciocią, że wręcz zachęcał aby zajrzeć do środka. Pożegnaliśmy się i ległem na dużym, miękkim łóżku. Rano obudził mnie krzyk. Był to jeden długi piskliwy wrzask. Sam nie byłem pewny co to było. Dźwięk ten mógł równie dobrze pochodzić z telewizora. A może mi się tylko przyśnił. Nie bardzo miałem ochotę wstawać tak wcześnie ale strasznie chciało mi się do ubikacji. Zwlokłem się z łóżka. Na zegarku była 7:13 więc panował jeszcze półmrok. Złapałem za kule i ruszyłem w poszukiwaniu toalety. Minąłem korytarz i przeszedłem obok salonu. Coś zwróciło moją uwagę i cofnąłem się aby dokładnie się przyjrzeć. Znieruchomiałem. Na stole leżał mężczyzna w średnim wieku, szczupły, z dużymi zakolami łysiny na głowie. Jego brzuch. O boże, jego brzuch był rozkrojony. Grube haki po obu stronach przytrzymywały fałdy skóry. Krew. Wszędzie krew. Wnętrzności walały się po podłodze. Miał otwarte usta i wywrócone do góry oczy. Twarz miał wykrzywiona od bólu w koszmarnym grymasie a skórę bladą i pomarszczoną. Wydawało mi się, że go znam ale z nikim nie mogłem skojarzyć jego postaci. Nad nim, z zakrwawionymi rękoma stała Izabela. Nachylała się, ściskając rzeźnicki nóż w ręku jakby czegoś szukała. Po czym wbiła go, oderżnęła duży płat mięsa i odłożyła na bok. Już się nie uśmiechała. Była blada. Brwi miała ściągnięte i patrzyła wściekłymi oczami na rozerwane trzewia swojej ofiary. Usłyszałem kroki za mną. Ciotka podniosła wzrok. Spojrzała na mnie jak na intruza. Wydawała się jednak opanowana. Za chwilę przyjęła minę z poprzedniego wieczoru i patrząc na mnie tym swoim słodkim wzrokiem zaczęła zmierzać ubabrana po łokcie we krwi w moim kierunku. Kątem oka dostrzegłem jakąś postać po mojej lewej stronie, chyba dziewczynki. I znowu ten krzyk który mnie wyrwał ze snu... Obudziłem się cały spocony. A jednak to był tylko sen. Całe szczęście. Odetchnąłem z ulgą. Spojrzałem na zegarek – 23:20. Lecz moja uwaga była skupiona na czymś innym. Tak mi się chciało siku, że niemal mi rozsadzało pęcherz. Nic dziwnego. W końcu wczoraj wypiłem dwie herbaty i nie skorzystałem z toalety przed snem. Wziąłem kule i powolnym kroczkiem zacząłem zmierzać do ubikacji. Wyszedłem na korytarz. Kliknąłem na włącznik światła ale nic się nie stało. Jeszcze raz i jeszcze. Nic. Ciemno. Trudno. Idę dalej. Doszedłem do salonu który mi się wcześniej śnił. Z wahaniem odwróciłem wzrok. Pusty. Księżyc przez okno oświetlał wnętrze. Minąłem po drodze dwoje drzwi ale oba były zamknięte. Przeszedłem obok kuchni. Tu zapaliłem światło. Żarówka oświetliła fragment korytarza. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie wiem gdzie jest ubikacja. Usłyszałem dźwięk klamki na piętrze. To pewnie ciocia – pomyślałem. Pewnie usłyszała że wstałem i się obudziła. – Pójdę się spytać gdzie mógłbym znaleźć WC. Pokuśtykałem w stronę schodów ale nikogo nie zobaczyłem. Doszło za to do mnie skrzypnięcie otwieranych drzwi, które zobaczyłem na prawo od schodów, schowanych w kącie korytarza na piętrze. Niewiele myśląc – ruszyłem. A może to Michael wrócił – przeszło mi przez myśl. Mniejsza z tym. Tak czy siak dowiem się gdzie jest toaleta. Dotarłem na ostatni schodek ale znowu nikogo nie zobaczyłem. Odniosłem dziwne wrażenie, że jakby w tej części domu nie działało ogrzewanie. Chyba dostrzegałem parę z ust kiedy oddychałem. Dojrzałem włącznik światła. Pstryk, pstryk. Tu też nie działa. Przydałoby się zainwestować w nowe żarówki. Doszedłem do tych samych drzwi, które były otwierane i delikatnie zapukałem. Cisza. Zapukałem głośniej. Dalej cisza. Chwyciłem za klamkę i powiedziałem: - To ja Robert. Nie chcę przeszkadzać ale chciałem się tylko zapytać gdzie... Otworzyłem szerzej drzwi - ...jest... Głos mi się urwał. Ciemny, duży pusty pokój. Mimo wszystko jakaś siła mnie pchnęła aby zajrzeć dalej. Zrobiłem parę kroków i poczekałem aż oczy przyzwyczają mi się do ciemności. I wtedy zamarłem. Miękko pod stopami. Czerwień i czerń. Czerń i czerwień. Środek pokoju na poddaszu. Blade promienie księżyca w pełni wpadają przez niewielkich rozmiarów okienko w suficie oświetlając środek pomieszczenia. Odpadająca farba ze ścian. Jedno krzesło pod ścianą. Naga żarówka kiwająca się w tył i w przód, poruszona delikatnym podmuchem wiatru, który wpadł przez otwierane przeze mnie drzwi delikatnie…