medycyna · 7 min czytania
Oblicza choroby
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Pogoda w kratkę, jak to w Münster: “1680 słonecznych godzin rocznie”. Przednią szybę sunącego w korku Golfa zrasza deszcz, a już po chwili sine chmury suną gdzieś w bok, pozwalając żółtemu prześwitowi malować drzewa, dachy i rozszczepiać się w drobnych kroplach na tysiące tęczowych fasetek, więc spuszczam klapę przeciwsłoneczną. Do pierwszego pacjenta jest blisko, mieszka w Nienberge, jakieś 10 km od apteki. Właściwie to nigdy go dotąd nie spotkałem. Dom profesora o obco mojemu uchu brzmiącym imieniu Wolfram leży na końcu zaniedbanej alejki, w zabudowie szeregowej, a otwiera mi, jak zawsze dotąd, żona. Starsza pani, zestresowana i trochę nieobecna. Widać, że przyszedł czas na tę drugą, nieprzyjemną część przysięgi małżeńskiej, o trwaniu razem w nieszczęściu i chorobie. Robi na mnie wrażenie osoby, znad której zdjęto klosz ochronny, która musi nagle, wbrew skłonnościom i przyzwyczajeniom, reprezentować rodzinę. Zbieram się na odwagę, Wie geht’s Ihnen, Frau Pohlers, odpowiada gestami, jakby odganiała cisnące się złe myśli, poznała po akcencie, że nie mam Kapazitäten, żeby głębiej porozmawiać, ale jej czerwone oczy napełniają się czymś na kształt wdzięczności. Wypełniając dokumenty pyta mnie, który mamy dzisiaj lipca. Już nawet nie wiem, jaki dzisiaj dzień tygodnia, wzdycha.
Kilkadziesiąt kilometrów dalej następne drzwi otwiera mi kolejny pacjent. Młody. Wpuszcza mnie niemal od razu, w przeciwieństwie do ostatniej wizyty, kiedy, cały okablowany, ptzez 5 minut trudził się, schodząc samodzielnie po stromych schodach, i prowadząc do tego jeszcze swój stojak do infuzji. Dziś jest żwawy i wyraźnie pogodny, choć nie wylewny. Rzucam spojrzenie na jego gołe łydki, są krzycząco chude, jak wyschłe patyki, szczególny dysonans wizualny u tak wysokiego mężczyzny. Wnoszę mu paki z lekarstwami na wysokie piętro i umieszczam w małej lodówce, którą mają też chyba specjalnie do tego celu od nas z apteki. Na kanapie siedzi jego żona, podobna z twarzy i sylwetki do Martyny od Łukasza. U piersi ma kilkumiesięczne niemowlę. Córeczka. Już bardzo kontaktowa. “Martyna” i on cieszą się jakby z mojego przybycia, z tego, że coś się dzieje i można na chwilę oderwać się od innych myśli, ale nie podtrzymują rozmowy. Czuję się w obowiązku zagadywać ich, w końcu między innymi po to wysyłają do Polaków właśnie mnie, krajana, poza tym nie umieją jeszcze dogadać się po niemiecku. Pytam, jak się tu w Gronau mieszka, czy smakuje mu Fresubin? Czy to coś jak Actimel? Jak się dzisiaj mają, “a dziękujemy, wszystko dobrze”. Spokojna, naturalna poza i głos, i wszystko. W tle leci Netfliksowy program.
Możesz nie pokazywać po sobie nic, Janku. O to, co najistotniejsze, zapytałem Twojego delikatnego anioła z naszego biura. Zagadnięta o sprawy pacjentów Laura mówi zawsze z takim smutkiem, taką spokojną rezygnacją, ale otwarcie i rzeczowo, chciałbym tak umieć. Przyjechali tu jakiś rok temu, mieli plany na życie, ale zamiast tego Jan spotkał swojego śmiertelnego wroga, z którym szamocze się, jak ta zebra z filmu dokumentalnego, którą krokodyl trzyma za nogę i wciąga powoli i nieubłaganie pod wodę.
Nie nadawałbym się na chrześcijańskiego Boga, bo gdybym tylko…