Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 53 min czytania

Obłok Magellana

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Prolog

Arhim patrzył, jak jego słudzy wnoszą Gwiazdę do komnaty. Jej złoty blask oświetlał całe pomieszczenie i napawał obecnych mocą. Mag przejął kryształ od sług i umieścił go na ołtarzu w specjalnie wyżłobionym dla niego miejscu. Po umieszczeniu artefaktu mag zaczął szeptać inkantację zaklęcia wyzwalającego moc przedmiotu. Przygotowywał się do tego od paru miesięcy, więc wiedział, że najdrobniejsza pomyłka w zdaniu mogła zniszczyć cały jego plan. Sprawnie zsynchronizował ruch rąk z wypowiadanymi słowami. –In shalat– krzyknął mag. Wtem z końca jego palca wystrzelił czerwony promień skierowany w stronę kryształu. Gdy czar zetknął się z Gwiazdą z jej pięciu ramion wystrzeliły złote smugi, wypełniając w otwory w ścianach komnaty. Arhim wyczerpany rzucaniem zaklęcia, radośnie patrzył na swe dzieło. Dzięki niemu armia Comsaga stanie się niezwyciężona, a on sam będzie najpotężniejszym magiem. Zmęczenie czarodzieja szybko minęło, gdyż przypomniał sobie, że musi przetestować działanie klejnotu. Ruszył ze swoim sługami do komnaty poniżej, gdzie czekali na niego orkowie. Arhim nie lubił orków, nie lubił ich zapachu, a najbardziej nie lubił Comsaga, dowódcy orków z Fortu Mird, dlatego, że był zarozumiały i nieokrzesany. Niestety, nie miał innego wyjścia, bo te stwory najlepiej nadawały się do tego eksperymentu, a z Comsagiem miał zamiar się policzyć, gdy już będzie po wszystkim. W końcu dotarł na dół, kazał sługom przygotować się do odsłonięcia otworu, a jednemu z orków, by stanął na wyznaczonym punkcie. -Otwórzcie- rzekł mag. Z otworu wystrzelił promień, który trafił w orka. Ciało stwora wypełniło światło. Po krótkiej chwili Arhim kazał zasłonić dziurę. Ork padł na posadzkę, jego ciało wciąż promieniowało. Mag skinął na służących, a ci podeszli do stwora i zaczęli dźgać go sztyletami. Po całej sali rozległ się przerażający śmiech zadowolenia na widok wbitych w poczwarę ostrzy, które nic jej nie robiły. Tak, więc z uśmiechem na twarzy czarnoksiężnika udał się do swych komnat, by odpocząć. Był to istotnie wielki dzień. Zatrzymał się jeszcze, by spojrzeć przez okno, skąd w oddali można było dostrzec sylwetkę miasta zwanego Wayport. –Biedni ludzie, nawet nie wiedzą, że już niedługo ich bezpieczne siedlisko zostanie zniszczone- pomyślał mag i to wprawiło go w jeszcze lepszy nastrój. Arhim nie wiedział jeszcze, że wieść o kradzieży Gwiazdy dotarła już do Wayportu, a miejscowi magowie podejrzewają właśnie jego, czarnoksiężnika z Obłoku Magellana. Zapobiegliwy król Erold formuje już szyki obronne, a niezdolnych do walki mieszczan wysyła na pobliską wyspę–Fengerot.

***

Laros chodził tam i z powrotem w wieży magów Wayportu. –Że też wcześniej na to nie wpadłem!- Wrzasnął mag. -Spokojnie Larosie, nikt z nas nie mógł tego przewidzieć- powiedziała Auxillia. - Kapłanka dobrze prawi czarodzieju, nie obwiniaj się, bo nie mamy na to czasu-rzekł Merwig, niziołek.- Mamy inne sprawy na głowie, jak na przykład obrona Wayportu czy sprowadzenie Deahtara!-. Chwilę milczenia i rozmyślań przerwało wejście jakiegoś niskiego, ubranego w poszarpane łachy jegomościa z laską w ręku i kapturem na głowie. Obecni w sali uznali, że to jeden z pozostałych z magów, więc nie zwracali na niego uwagi. Nagle przybysz ściągnął nakrycie głowy i ich oczom ukazała się twarz ich kompana Tuspara -Ojej, jak mnie kości bolą! A ręce, jakie słabe, nawet lichego sztyletu nie udźwigną!- Jego przyjaciele od razu się uśmiechnęli, gdyż odkryli zamiary krasnoluda – chciał się wślizgnąć na jedną z łódek przewożących ludzi na Fengerot, a następnie odnaleźć Deahtara na wyspie. Tak, więc Tuspar ruszył w stronę portu, a reszta drużyny rozeszła się do swoich pokoi, aby przygotować się na kolejny dzień.

Rozdział I

Po Deahtara

Chybotanie łódki przyprawiało Tuspara o nudności i ból żołądka. W jego głowie kłębiły się różne myśli, jednak najbardziej zastanawiał się, jak znajdzie Deahtara na wyspie i czy go rozpozna. Od ich ostatniego spotkania minęło już piętnaście lat i pewnie sporo się zmieniło w wyglądzie i zachowaniu przyjaciela. A jeśli półelf go nie rozpozna? Czy uzna go za wroga i zaatakuje? Umiejętności szermiercze Deahtara były wysokie, a w ciągu tego czasu pewnie podrosły. -A łuk?- Pomyślał krasnolud, przypominając sobie niesamowitą celność, dar po ojcu –elfie, który zginął w walce o Krypty Elfów. Te myśli przeraziły wojownika, a w wyobraźni rysowała mu się sylwetka Deahtara, zatapiającego miecz w krasnoludzkiej piersi. Z tego mentalnego uniesienia wyrwały Tuspara przeraźliwe krzyki ludzi. Rozejrzał się po morzu, szukając źródła przerażenia. Przyszło mu to z łatwością, gdyż tuż obok tej swoistej karawany wyrósł nagle olbrzymi dziesięciometrowy wąż morski. W chwilę później łodzie eskorty zaczęły ostrzeliwać potwora, lecz strzały wbijały się w jego ciało, nie czyniąc mu większej krzywdy. Wyraźnie jednak go to drażniło, gdyż machnięciami potężnego ogona zatapiał łuczników. Na szczęście do brzegu było tylko kilkanaście metrów, więc pozostali mogli umknąć wężowi, ale los wyraźnie nie sprzyjał tym, co znajdowali się na końcu. Wśród nich był Tuspar. Wydawało się, że już nic ich nie uratuje. Nagle odgłosy ogólnego chaosu przeciął świst strzały, która ugodziła potwora w oko. Wąż chwilę chwiał się, po czym runął do morza. Część ludzi zaczęła płakać i krzyczeć z radości, pozostali błądzili wzrokiem po brzegu, szukając swojego wybawcy, lecz nikogo tam nie dojrzeli. Tuspar wiedział, że to strzała jego przyjaciela, gdyż zanim trafiła w oko potwora dostrzegł znajomy, niebieski błysk. –Mithril…– szepnął krasnolud i uśmiechnął się wspominając, jak sam wykuwał te strzały. Po krótkiej chwili wszyscy wylądowali na brzegu i po przeliczeniu ruszyli w kierunku osady. Tuspar cały czas spoglądał w stronę lasu, gdyż wydawało mu się, iż ktoś ich obserwuje. Gdy wreszcie dotarł na miejsce, stwierdził, że trudno to, co zobaczyli nazwać nawet osadą. Parę domów, głównie rybackich, bezładnie porozrzucanych. Po chwili zastanowienia krasnlud ruszył w stronę pierwszego lepszego domu, by spytać się, czy w okolicy nie mieszka jakiś myśliwy. Tymczasem zza drzewa wyglądał Deahtar, wyraźnie rozbawiony widokiem przyjaciela biegającego od domu do domu i wypytującego przestraszonych wieśniaków. Półelf już chciał ujawnić się i przywitać z Tusparem, lecz nagle zatrzymał się. –Skoro Tuspar tu jest to pewnie będzie chciał mnie wyciągnąć w jakąś przygodę-. Było mu tu dobrze, wszystkiego miał pod dostatkiem, a ludzie z tej osady go szanowali, z drugiej jednak strony… znów zapragnął wyruszyć w nieznane, u boku z serdecznymi kompanami i wspólnie pokonywać hordy nieprzyjaciół. Z roztargnienia wyrwał go wrzask krasnoluda, który potknął się o skraj szaty. Ten widok tak go rozbawił, iż uzmysłowił sobie, że wreszcie trzeba coś zmienić. Wygrała, zatem żądza przygód. Deahtar ruszył w stronę zaplątanego krasnoluda. –Przeklęta szmata! Gdzie tu jest wyjście?!- Krzyczał, Tuspar- Niech tylko dorwę tego, który mnie przewrócił-. -Nie wrzeszcz tak Tusparze, bo będę musiał zmierzyć się z kolejnym wężem morskim- rzekł półelf. –Deahtar?- Spytał krasnolud, jakby nie dowierzając -To ty stary druhu?-. Deahtar pomógł przyjacielowi uwolnić się. Po krótkiej chwili Tuspar stał już na ziemi, przyglądając się swojemu wybawcy. Stał przed nim wysoki półelf o długich, jasnobrązowych włosach. Jego twarz pokrywał lekki zarost, a spod bujnej czupryny spoglądały serdecznie wąskie niebieskie oczy. –Ha, nic się nie zmieniłeś -rzekł krasnolud. –To tak, jak ty- powiedział łowca. Po uściśnięciu dłoni ruszyli razem do chatki Deahtara, śmiejąc się i wspominając dawne czasy.

Rozdział II

Bitwa o Bramy Wayportu

Podczas gdy Tuspar i Deahtar gawędzili sobie o starych czasach, trójka ich przyjaciół przygotowywała się do bitwy. Bitwy, która mogła być ich ostatnią. Brakowało im towarzyszy, a najbardziej Deahtara, gdyż nie widzieli go już od bardzo dawna i jeżeli mieli zginąć to przynajmniej razem. Ale teraz szykowała się wojna i nie było czasu czekać, aż pozostali przybędą. Musieli się dobrze przygotować, by utrzymać bramy Wayptoru, jak najdłużej. Jeżeli orki zdobyłyby miasto to…woleli nie myśleć, co się wtedy stanie. Auxillia, wysoka elfia kapłanka o jasnych włosach, niebieskich oczach i łagodnych rysach siedziała w swojej komnacie przeglądając księgę kapłańską i wybierając zaklęcia do walki. –In manis- wyszeptała inkantację i wskazała palcem na swą dłoń, którą wcześniej nacięła sztyletem. Z palca wystrzelił niebieski promień, który okrył i zasklepił ranę. Zadowolona powodzeniem czaru Auxillia przeszła do dalszych ćwiczeń. Tym czasem za ścianą, na łóżku siedział Merwig i wpatrywał się w swoje sztylety. Były one wykonane ze srebra, a rękojeści przyozdobiono małymi klejnotami. Wstał powoli, zamknął oczy i rzucił jednym ze sztyletów w tarczę zawieszoną na ścianie. Ostrze ze świstem przecięło powietrze i wbiło się prawie w sam środek celu. –Wciąż trafiam na boki!- Warknął niziołek.- Jeżeli mamy utrzymać miasto, to muszę dojść do perfekcji-.

***

Na samym szczycie wieży magów Laros studiował księgi magiczne. Starał się zapamiętać długie inkantacje i towarzyszące im zawiłe ruchy rąk, lecz najważniejsze było skupienie, a z tym u niego ostatnio nie było najlepiej. Jego uwagę wciąż rozpraszały myśli o przyjaciołach i wyspie. Pamiętał dokładnie, jak był jeszcze młodym magiem, wtedy to Deahtar uratował mu życie zabijając, szarżującego ogra. Jakże te wspomnienia zdały mu się bliskie, zwłaszcza teraz, gdy nie ma jego przyjaciela. Czarodziej nagle zwątpił w możliwość powstrzymania mocy Arhima. Upadł na kolana, skrył twarz w dłoniach i gorzko zapłakał. Po raz pierwszy, odkąd jest magiem, zapłakał. Wtedy przypomniał sobie o pewnym pierścieniu. Był on szczególny, ponieważ umieszczono w nim pięć różnych klejnotów. W tych kamieniach zamknięto małą cząstkę życia każdego z członków drużyny. Dzięki ich blaskowi posiadacz pierścienia wiedział, że pozostali członkowie nie umarli. Teraz świeciły się bardzo intensywnie i to poprawiło samopoczucie maga. Wiedział, że może polegać na przyjaciołach nawet, jeżeli znajdowali daleko stąd. Laros wstał i spojrzał na rysującą się na morzu wyspę Fengerot. -Przybędą! Nie zawiodą nas!- Powiedział z pewnością w głosie i powrócił do nauki.

***

Krasnolud był przekonany, że o czymś zapomniał, ale teraz nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Wreszcie mógł się nacieszyć widokiem swojego przyjaciela. -Co robiłeś przez te lata?- zapytał się, nie mogąc powstrzymać wrodzonej ciekawości. -Najpierw przybyłem do Wayportu, ale tam jakoś nieprzychylnie patrzyli na mnie, więc wynająłem łódź i przypłynąłem na tę wyspę. Od tego czasu pomagam miejscowej ludność, a oni w podzięce wybudowali mi tę chatę - odpowiedział Deahtar. -A tak właściwie drogi Tusparze, to, czemu tu przybyłeś?-. Wtem wojownik przypomniał sobie, to, o, czym zapomniał. -Na młoty krasnoludzkich bogów, jakże mogłem zapomnieć! Orki z Twierdzy Mird zza Gór Chaosu pozyskały artefakt zwany Gwiazdą, zamierzają go użyć do zniszczenia Wayportu i opanowania całego świata!- Rzekł jednym tchem Tuspar. -Reszta naszej drużyny jest już w mieście, a ja miałem cię sprowadzić-. Deahtar aż podskoczył na krześle, po czym spojrzał z wyrzutem na przyjaciela. Tuspar mógł tylko domyślać się, co ten wzrok znaczył, ale coś mu mówiło, że łowca nie zgodzi się pójść z nim. Jakież zdziwienie go ogarnęło, gdy usłyszał: -Dopiero teraz mi to mówisz!? Deahtar skoczył do skrzyni po ekwipunek. Tuspar siedział chwilę otępiały, a później gromko się zaśmiał. Po paru minutach już maszerowali razem w stronę portu by jak najszybciej dotrzeć do obrońców miasta. -Jeszcze jedno. Muszę się pożegnać- mruknął Deahtar i pobiegł do miasteczka. Tymczasem krasnolud zepchnął łódź w morze. Chwilę później dołączył do niego łowca z wypchanym plecakiem. -Jedzenie- odpowiedział na pytające spojrzenie towarzysza. Już mieli odpływać, gdy podeszła do nich grupa mężczyzn. -Płyniemy z wami-powiedział starzec stojący na czele. Deahtar już chciał przekonać ich, że muszą zostać w osadzie, ale krasnolud szturchnął go w żebra. -Zgoda! Każdy jest potrzebny.- Płynęli razem w stronę miasta, łowca na prowadził ich bezpiecznym szlakiem. Przez jego głowę przypływały miliony myśli, martwił się czy zdążą, a jeśli nie to czy przynajmniej zastaną kogoś przy życiu. Pulsujące mocnym światłem kamienie pierścienia napełniały go nadzieją. Poczuł ulgę, lecz nie wiedział jak długo to potrwa. Do Wayportu było kilkadziesiąt mil, a z powodu mgły nie można było dostrzec czy w mieście toczy się już walka. Tak, więc płynęli z małym oddziałem przejęci losem swoich towarzyszy.

***

Dwie ogniste kule trafiły w nadbiegające orki. Wybuch położył wcześniej na łopatki przynajmniej setkę z nich, ale było to niewiele wobec nadciągającej hordy. Laros, co chwilę spoglądał przez okno wieży, by sprawdzić czy Deahtar z Tusparem nie nadciągają, lecz mgła uniemożliwiała dostrzeżenie czegokolwiek. Tymczasem na dole trwała walkę. Oddziały miasta starły się z oddziałami z Gór Chaosu. Wojownicy króla cięli mieczami i toporami orki, a z murów wspomagali ich łucznicy, magowie wykorzystywali swoją moc, by przerzedzać szeregi wroga, lecz to wszystko ani na chwilę nie powstrzymywało marszu hordy. Atakujący nic sobie robili z ran zadanych przez ostrza i strzały. Jedynie magia stanowiła poważniejsze zagrożenie, powodując nawet śmierć potworów, lecz ta niszczycielska moc czarodziejów była ograniczona. Strach padł na szeregi obrońców miasta, którzy zaczęli się cofać. Wydawało się, że już wszystko było stracone, gdy nagle jeden z wojowników swym mieczem odciął głowę orkowi. Potwór padł na ziemię, wił się chwilę w konwulsjach, po czym zastygł bez ducha. Nowa siła wstąpiła w żołnierzy i zaczęli napierać na wroga, by wypchnąć go za bramy. Auxillia stała za oddziałami obrońców i rzucała na nich uleczające czary. Wiedziała, że za niedługo będzie musiała zmienić taktykę, jej moc kapłańska była na wyczerpaniu. Tymczasem Merwig stał na murach miasta i ze swego łuku przeszywał głowy i serca przeciwników, bo tylko tak można było powstrzymać te obrzydliwe potwory. Wtem magowie wycofali się ze swojego udziału w walce z powodu braku mocy, a wyczerpanie dawało się również we znaki wojownikom królewskim. Łucznikom zabrakło amunicji i nie mogli dalej bronić miasta. Horda momentalnie wykorzystała to załamanie w szeregach ludzi, uderzyła ze zdwojoną siła, której nikt już nie mógł powstrzymać. Orki z łatwością przedarły się przez zastępy wojowników. Nadzieja umarła. Zrozpaczony władca począł zwoływać żołnierzy do siebie, tworząc tym samym ostatnie ognisko obrony.

Merwig z pustym kołczanem zbiegł z murów, dołączył do Auxilli i razem próbowali się bronić. Wiedzieli, że to już chyba koniec, umierają osamotnieni. Orkowie napierali bezustannie, ostatnia linia obrony uformowała się wokół wieży magów. Zdawało się, to i tak nic nie da. Nagle pośród obrońców pojawił się Laros, chwycił za ręce przyjaciół i resztką mocy teleportował się razem z nimi z pola walki. W tym czasie król na czele resztek swych oddziałów zaczął zaciekle przeć naprzód. Przez długi czas ostrzami swych mieczy przebijali się przez nadbiegających przeciwników, lecz siła hordy była zbyt duża i ostatni zryw obrońców miasta został stłumiony. Walka ta zostanie zapamiętana jako Bitwa o Bramy Wayportu. Tymczasem cała nadzieja została złożona w ręce garstki poszukiwaczy przygód.

Rozdział III

Nadciąga pomoc

-A niech to diabli z Dziewiątego Poziomu wezmą!- wrzasnął Arhim i łypnął groźnie na Comsaga- Uciekli, byli pod waszym nosem, a uciekli!- -Przecież to tylko jakiś podrzędny czarodziej, kapłanka i niziołek! – protestował dowódca orków -Wydaje mi się, że przeceniasz umiejętności tej trójki-. Arhim zbliżył się do niego i zaśmiał mu się w twarz. –Przeceniam ich umiejętności?! To niby, dlaczego całej hordzie twoich sługusów nie udało się ich złapać-. Ork spuścił wzrok na posadzkę komnaty, przyznając magowi rację. -Jakim cudem tej trójce udało się uciec przed taką ilością orków? –syptał mag. -Wybaczam wam jednak ten błąd–ciągnął dalej– ponieważ ci uciekinierzy to: Mag Smoka Laros, kapłanka Auxillia, niziołek Merwig i pewnie gdzieś niedaleko jest jeszcze łowca Deahtar i krasnolud Tuspar. Ta drużyna pokonała Wąwozy Śmierci i wyzwoliła stamtąd zaginionego króla krasnoludów –Amrusa Waraxe’a, lecz to tylko jedna z ich licznych zasług.- Comsag podniósł głowę i przypomniał sobie o krążących legendach Po chwili otrząsnął się. -Więc co robimy?- zapytał. Arhim usiadł w fotelu i oddał się medytacji. Ork już miał wychodzić. – Narazie musimy odwlec dalszy podbój. Trzeba złapać tę piątkę i to jak najszybciej!- Comsag kiwnął głową i wyszedł z komnaty. -Nadeszła pora by wyrównać rachunki Larosie!- pomyślał mag i oddał się dalszej medytacji.

***

Łodzie wojowników dotarły w końcu do kontynentu. Deahtar z Tusparem jako pierwsi wyskoczyli na brzeg i spojrzeli na zniszczone miasto. Przed bramą leżało pełno trupów obu walczących stron. Trudno było ocenić czy obrońcy utrzymali miasto, czy też nie. Za odpowiedź wystarczył oddział orków wkraczający do miasta. Obaj przyjaciele spojrzeli na siebie z przerażeniem. Deahtar rzucił okiem na pierścień i zobaczył, że wszystkie pięć kamieni jarzy się niezmąconym blaskiem. Odetchnęli z ulgą, lecz od razu nasunęło im się na myśl pytanie - skoro orki zajęły miasto, to gdzie są ci, którzy przeżyli? –Nie ma innej rady, trzeba wejść do miasta- rzekł Tuspar, zdjął topór z pleców i ruszył w stronę bram. Powstrzymała go ręka przyjaciela. -Chcesz iść przez główne wrota? Zresztą nie wiemy czy tam są. O ile dobrze pamiętam, orki nie biorą jeńców. Muszą się, zatem gdzieś ukrywać. Proponuję rozbić obóz poza obrębem miasta i poczekać na noc - rzekł spokojnie Deahtar, po czym zwołał resztę towarzyszy i wszyscy razem ruszyli brzegiem morza na poszukiwanie dogodnego miejsca na odpoczynek. Po godzinie wędrówki znaleźli mały zagajnik, w którym mogli przeczekać do zmroku. Łowca nie wiedział, w jaki sposób znajdą swoich przyjaciół. Razem z Tusparem rozważali, gdzie mogli się oni ukryć, pomogła im mapa miasta, którą miał krasnolud. Nagle cichy szmer przerwał ich skupienie. Wszyscy umilkli, z bronią w rękach gotowali się do walki. Szmer zaczął się nasilać i nagle z pobliskiego drzewa sfrunął orzeł, który wylądował na ramieniu Deahtara. Wszyscy opuścili broń i wrócili do swych poprzednich zajęć. Łowca zauważył, że do nogi ptaka jest przyczepiona jakaś kartka. Zdjął ją, a orzeł dumny z wykonania zadania rozpłynął się w powietrzu. Na kartce znajdowała się następująca treść: Drogi Deahtarze! Jeśli czytasz ten list to znaczy, że mój orzeł Cię znalazł. Ukrywamy się w lochach pod wieżą magów. Wejście do nich wiedzie przez klapę przy Południowej Strażnicy. Próbowaliśmy się nią wydostać, lecz zdaje się, że można ją otworzyć tylko od zewnątrz. Proszę pospieszcie się nim uprzedzą was orki! Laros. -Są pod wieżą magów! Musimy dostać się do Południowej Strażnicy!- powiedział łowca. Wojownicy z Fengerot już zaczęli się przygotowywać do wymarszu, gdy Dehtar rzekł: -Idę tylko ja z Tusparem, wy zostańcie pilnować obozu.- Chcieli protestować, ale groźnie spojrzenie krasnoluda odebrało im odwagę, zgodzili się pozostać w obozie. Tak, więc dwaj przyjaciele ruszyli na pomoc towarzyszom.

***

Laros zaczął krążyć po lochu, zastanawiając się czy jego orzeł odnalazł Deahtara. Auxillia w tym czasie próbowała zatamować krew z rany Merwiga. Żałowała teraz, że wykorzystała całą moc uleczającą. Spojrzała na niziołka, który bladł z minuty na minutę. Mag zwątpił już, że orzeł dotarł do przyjaciela. –Ja umrę, prawda?- zapytał Merwig. Kapłanka z zakłopotaniem spojrzała na Larosa. -Spokojnie przyjacielu, nie dziś.- odpowiedział mag, ale niziołek zdawał się go nie słyszeć. -Jeśli umrę to powiedzcie im, że…- urwał w połowie zdania, gdyż usłyszał zgrzyt. Laros i Auxillia spojrzeli na siebie. -To oni!- szepnęli jednocześnie. Mag wziął, niziołka na ręce i cała trójka ruszyła w stronę klapy. Gdy dotarli na miejsce w otworze widniały nie twarze ich towarzyszy, lecz orków. Strach sparaliżował przyjaciół i poczuli, że zbliża się koniec. Nagle szyje potworów przecięło ostrze topora. Teraz pojawili się Deahtar i Tuspar. Uradowana trójka rzuciła się wyjścia. Wreszcie byli wszyscy razem. Nie mogli powstrzymać radości, jaka ich ogarnęła. Rzucali się sobie na szyję, zapominając, że znajdują się na terenie wroga. Pierwszy otrzeźwiał Tuspar. -Szybko! W każdej chwili może nas dopaść, któryś z patroli- rzekł krasnolud. Wszyscy od razu oprzytomnieli i pod wodzą Deahtara ruszyli do obozu. Gdy dotarli na miejsce, Auxillia od razu zajęła się raną Merwiga, pomogli jej wojownicy z Fengerot, którzy mieli przy sobie zioła leczące. Tymczasem pozostała część drużyny zajęła się opracowywaniem planu ucieczki. -Musimy jak najszybciej się stąd wydostać - rzekł Laros- Jedynym bezpiecznym miejscem jest Puszcza Elfów, ale wątpię by nas przyjęli. Wiecie, jaki stosunek mają elfy do innych ras.- Deahtar spojrzał na wszystkich po kolei. Potrzebowali zapasów, aby dotrzeć do Obłoku Magellana. -Musimy spróbować, może jak zobaczą, że wśród nas jest elf to nas przyjmą-powiedział łowca, a reszta przytaknęła mu. Deahtar poprosił maga na stronę i zapytał-Skąd wziął się ten orzeł? Przecież w lochach nie było żadnych okien?- Laros spojrzał na łowcę i odparł- Stworzyłem go i resztkami sił przeteleportowałem poza miasto, nie miałem jednak dość sił by wydostać nas z lochów. Dobranoc!- Półelf uśmiechnął się i zostawił maga samego. Laros przeniósł spojrzenie na Obłok Magellana. Wiedział, że Arhim nie spocznie póki ich nie złapie. -Tym razem będę musiał go zabić! - Pomyślał i położył się na swoim posłaniu.

Rozdział IV

Ucieczka

Comsag stanął nad ciałami zabitych orków z szerokim uśmiechem. Dwóch więcej czy mniej, to dla niego bez znaczenia. Najważniejsze, że teraz z łatwością będzie mógł wytropić swoich wrogów. Po stanie ciał można było wywnioskować, że byli jeden dzień drogi przed nimi. Wezwał do siebie dowódcę oddziału i wydał mu rozkaz przygotowania do wymarszu. Miał zamiar zorganizować małe polowanie. Parę chwil później orki pod dowództwem samego Comsaga, wyruszyły śladami swych uciekinierów. Wódz uśmiechnął się na samą myśl, że już niedługo pozbędzie się ostatniej przeszkody, która stoi jemu i Arhimowi na drodze do całkowitego podboju. Szybko miał się jednak przekonać, że pozbycie się tej „ostatniej przeszkody” nie będzie takie łatwe. Po paru godzinach drogi oddział znalazł opustoszały obóz. Dowódca nie miał wątpliwości, że schronili się tam ci, których szukał. Jednak ilość śladów wskazywała na to, że było ich znacznie więcej. –Pewnie to ten łowca i krasnolud, o których wspominał mag do nich dołączyli, ale jest z nimi ktoś jeszcze- pomyślał Comsag. Nagle podbiegł do niego jeden z orków i poinformował o śladach krwi, które były pośrodku obozu. – A więc jeden z nich jest ranny, może nawet dwóch. To znaczy, że będą musieli zmniejszyć tempo marszu. Łatwy łup.- powiedział Comsag- Nie mamy tu nic do szukania, a nasza zdobycz coraz bardziej się oddala. Ruszamy!-. I oddział kontynuował pościg.

***

Deahtar wstał spoglądając na mały kopiec, który przed chwilą usypał. Nie mógł uwierzyć, że jego przyjaciel, ten, który zawsze wszystkich napełniał optymizmem, leży martwy, zakopany pod ziemią. Skłonił się nisko oddając hołd Merwigowi i odwrócił się do stojących za nim. Każdy z nich tak samo jak on nie mógł się z tym pogodzić. Auxillia skryła twarz w dłoniach i gorzko zapłakała. Laros objął ją ramieniem i szepnął jej do ucha: Robiłaś, co mogłaś…To nie twoja wina. Stali teraz razem w ciszy, patrząc ze łzami w oczach na grób Merwiga. Tę ciszę przerwała wiadomość zwiadowcy o nadciągającym oddziale orków. Pognębieni w żałobie przyjaciele powrócili do rzeczywistości i zaczęli się przygotowywać się do wymarszu. Zanim odeszli rzucili jeszcze ostatnie spojrzenie na grób i ruszyli w dalszą drogę. Kamień Merwiga zgasł na wszystkich pierścieniach. Wreszcie po kilku dniach ich oczom ukazała się Puszcza Elfów, była to ich jedyna nadzieja na ocalenie. Zapadł zmrok, więc postanowili rozłożyć obóz, by przeczekać w nim do rana. Ludzie z Fengerot wzięli się do pracy. Deahtar wraz z Tusparem udał się na patrol, a Auxillia z Larosem postanowili zregenerować swoje magiczne moce. Obaj wojownicy umilili sobie obchód rozmową o dawnych czasach, nie zapominając jednak o czujności. Tuspar opowiadał wciąż o tym, co robił, gdy Deahtar przebywał na wyspie. Nagle łowcę zaniepokoił odgłos szczęku zbroi w pobliskich krzakach. Półelf wyciągnął swój miecz i bezszelestnie zbliżył się do źródła hałasu. Wtem wyrosły przed nimi dwa orki. Deahtar płazem miecza pozbawił jednego głowy, a drugiego ciął po brzuchu, lecz ten zdawał się być niewzruszony i z obrzydliwym uśmieszkiem pchnął swym mieczem. Łowca zdążył jednak zablokować atak, a drugą ręką uderzył potwora z pięści w twarz. Ork zachwiał się, ale nadał stał, po czym rzucił się w stronę przeciwnika. Na szczęście z pomocą nadszedł Tuspar, który swym toporem rozpłatał potworowi głowę. Łowca poklepał druha w ramię i uśmiechnął się do niego. Chwilę triumfu przerwał krzyk Auxilli. Deahtar wraz z krasnoludem puścili się biegiem w stronę obozu, który był oblegany przez oddział orków. Wojownicy z Fenegort otoczyli pierścieniem maga i kapłankę, próbując powstrzymać napór przeciwników. Jednak nawet, gdy łowca i krasnolud dołączyli do swych towarzyszy nie mogli przełamać przeważających sił wroga. Z pomocą przyszły im elfy, które ukryte w swej puszczy zaczęły zasypywać orki gradem strzał. Duch walki napełnił nagle wszystkich i drużyna zerwała się do natarcia. Zdziesiątkowane orki z dowódcą na czele rzuciły się do ucieczki. Gdy zapadła cisza na pobojowisku, z puszczy wyszedł oddział elfich wojowników. –Nasz król chce was widzieć!-oznajmił jeden z żołnierzy.

Rozdział V

Sin-Halad

Sarillon, król elfów z puszczy, wpatrywał się uważnie ze swego tronu w intruzów. Wszystko, co mu opowiedzieli, wydawało się nieprawdopodobne, ale według jego zwiadowców prawdziwe. Napadnięto i zdobyto Wayport, a orkowie z Gór Chaosu polują na tę oto czwórkę. Władca wodził wzrokiem po wszystkich po kolei. –Półelf, krasnolud, człowiek i elf. Ciekawa kombinacja!- pomyślał i po chwili zapytał –Zaiste intrygująca przygoda, ale powiedzcie, co…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%