Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

filozofia · 13 min czytania

OBÓZ

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

OBÓZ

Był roznosicielem ulotek. Znienawidzonym, przemykającym między kolejnymi domami włamywaczem, wdzierającym się bez pardonu w spokojną prywatność z kolejną atrakcyjną ofertą, której nikt sobie nie życzy. Tym bardziej nie teraz, w niedzielne, zaszłe już kurtyną nocnego nieba popołudnie, stanowiące preludium do poniedziałkowego koszmaru. Był wprawiony w tej pracy. Dyskretnie wślizgiwał się przez półprzymknięte drzwi, ewakuacyjne wejścia, przeskakiwał przez bramy, płoty, wykorzystywał najmniejszą lukę w systemach kamer i domofonów, torując sobie drogę do wnętrza kluczem bądź plastikową kartą biblioteczną. Wszystko to, by podejść jak najbliżej, by dotrzeć do niechętnego klienta, nierzadko zaglądając mu przy tym do buchających garnków z obiadem, słuchając jego kłótni oraz podziwiając wystrój nieosiągalnych dla siebie wnętrz. By wreszcie pozbyć się kolorowej makulatury, zdjąć z głowy chroniący przed deszczem kaptur i móc najbliższym autobusem wrócić do domu. Deszcz zaczął padać z nadejściem wieczora. Najpierw delikatnie zwilżył ulicę Kościuszki i towarzyszący jej chodnik, po którym właśnie sunął długimi, powłóczystymi już nieco ze zmęczenia krokami Marek, by następnie rozhulać się na dobre, zacinając od zachodu prosto w twarz. Chłopak szedł równolegle do długich ścian bloków, stanowiących granicę „Lubonianki”, lekko przygarbiony, trzymając ręce na szelkach od plecaka. Wiedział, że dwa zamknięte osiedla przy Niezłomnych będą jego ostatnim obowiązkiem tego dnia. Minął więc przejście dla pieszych i ruszył szybciej przez wiadukt. Spod mokrych powiek przez żelazne bariery dostrzegał jedynie sunące pod nim rozmazane światła, pojawiających się co rusz na czarnych wstążkach autostrady ciężarówek. Przysłaniając oczy przekroczył go i udał się wraz z pierwszym zakrętem w prawo dość długą, ciągnącą się w dół ulicą, leżącą niemalże po sąsiedzku z tablicą informującą o granicy między Luboniem a Poznaniem. Być może właśnie głośne dudnienie deszczu i równomierny tupot jego ciężkich butów zwabiły na powierzchnię dżdżownice. Sprawiły, że wyzierały ciekawie przez rozmiękczoną ziemię, ciepłą jeszcze od wczesnojesiennego słońca, w poszukiwaniu sensacji, która wywołała tego rodzaju łoskot. Przez pozostawione za ich obłymi odwłokami tunele podążało wszystko co zamknięte w tej ziemi mogło szukać ukojenia pod ciężarem padających z nieba kropel. Minął muzeum, myśląc jedynie o tym jak ciężko będzie wlec się znowu pod górę a potem do najbliższego przystanku. Zatrzymał się jednak na chwilę. Za każdym razem kiedy tędy przechodził miał ochotę to zrobić. Rozciągający się naprzeciw budynków, zapomniany przez wszystkich, może poza skateboardzistami, otoczony kolczastym drutem poniemiecki obóz wywoływał w nim rodzaj specyficznej zadumy. Nie wiedział dokładnie jaka historia kryje się za dostojnymi napisami, wyłaniającymi się z kamiennych i mosiężnych tablic oraz zasępionymi ludźmi doglądającymi z pomnika realizacji hasła „Nigdy wojny”. Nigdy tego nie sprawdził. Wiedział natomiast, że w miejscu tym jest coś, co go fascynuje. Coś przypominającego zebrane najlepsze momenty ze wspólnego celebrowania święta zmarłych: zadumę, pamięć i szacunek, mimo iż nie świecił się żaden znicz, a i kwiaty jeśli już były, wyglądały na przywiędłe. Przez dziurę w płocie wszedł do środka i usiadłszy na ławce w centralnej części betonowego placu wyciągnął z pomiętej paczki ostatniego papierosa. Wprawnym ruchem odpalił zapalniczkę, a jasny blask przez mgnienie oka rozjaśnił mrok. Później już tylko drobne czerwone światło papierosowego żaru zdradzało w tym miejscu ludzką obecność. Obecność, która z pewnością nikogo w tej chwili nie obchodziła. Delektując się każdym wdechem rozmyślał o gorącej kąpieli i tym, co zje na spóźniony obiad. Pogrążony w krainie niedalekiej przyszłości nie zauważył nawet kiedy głowa, niczym u żółwia, schowała mu się głębiej w ramiona a oczy zasnuły mgłą podobną do tej, która zaczynała unosić się znad nieodległej wody. - Nie śpij. – ktoś dotknął jego ramienia delikatnie, lecz mocno na tyle, by zbudzić go z letargu. Otworzył oczy powoli, ale wszystko co widział było jeszcze niewyraźne i dopiero przetarcie ich zdecydowanym ruchem dłoni nadało rzeczywistości ostre rysy. Sen musiał być bardzo krótki, nie dłuższy niż minuta, może półtorej, bo papieros żarzył się dopiero przy połowie. Mgła o konsystencji mleka owinęła mu się już wokół kostek tak, że nie widział butów. Wyglądała jednak jakby nie zamierzała na tym poprzestać. Marek, napędzany ciekawością odwrócił głowę w lewo, żeby zapoznać się ze źródłem niskiego męskiego głosu. Jego oczom ukazał się postawny mężczyzna o szlachetnej twarzy zdobionej szerokim, lekko krzywym u nasady nosem. Szary strój, który nosił na sobie nieznajomy wydawał się nie być zbyt gruby i nie chronić dostatecznie przed chłodem, co tłumaczyłoby lekko zsiniałe usta. - Poczęstujesz mnie papierosem? – zapytał, przyglądając się z zaciekawieniem Markowi. - Przepraszam, ale miałem ostatniego. - Ostatniego w życiu? – zapytał i nie wysłuchując odpowiedzi zrezygnowany odwrócił się na pięcie. – Lepiej rusz się z miejsca. Komendant bardzo nie lubi gdy ktoś siedzi. Chłopak przeniósł, skoncentrowany do tej pory na nieznajomym, wzrok na dalszy plan, a z obłoków mgły wyłoniły się kolejne postaci. Obok majaczących baraków ustawieni byli w dwuszeregu mężczyźni podobni temu, z którym przed chwilą rozmawiał. Słuchali uważnie umundurowanego żołnierza, aż jeden z nich, otrzymawszy cios pałką w głowę osunął się na ziemię. Najwyraźniej na rozkaz, reszta zaniosła go do dołu, znajdującego się na samym końcu obozu. Głośny plusk zakończył dramatyczną scenę. Ludzie byli wszędzie. Jedni pracowali, drudzy przyglądali się ich pracy, co chwila pokrzykując. Cisza rozpadła się na kawałki tak jak powoli kruszyła się pewność siebie chłopaka. Wędrując wzrokiem po połyskującym od deszczu drucie kolczastym dostrzegł, że jest uwięziony. W miejscu, gdzie niegdyś widniała sporej wielkości dziura w płocie, strażnik udeptywał twardą ścieżkę maszerując tam i z powrotem, celując przy tym dla zabawy z karabinu do tych, którzy mundurów nie nosili. Udawał przy tym odgłos wystrzału, a jego twarz zdradzała, że sprawiało mu to wiele radości. Identycznej rozrywce…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
OBÓZ — czytnik · opowiadania