Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 31 min czytania

„Obraz i czarownica”

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Obraz i czarownica”

Dziś znów to słyszałem. Nękany straszliwymi koszmarami, gdzieś z pomiędzy granicy jawy i snu… Płacz zamieszkał w mym domu. Każdej upiornej nocy gdy tylko moje ciężkie, ołowiane powieki otwierają się ze stalowego uścisku, słyszę ten szloch. Delikatne jęki unoszone przez wiatr, mknące po ciemnych korytarzach jak malutka łódeczka po spokojnych wodach jeziora. Teraz kiedy siedzę na skąpanym delikatnym światłem poranka łożu, mogę wreszcie w spokoju przeanalizować to co się stało. Od tygodnia nękają moją świadomość okropne koszmary, których podłoża na próżno doszukiwać się w znanych mi sferach życiowych. Ten sam las w którym stoję w przepoconej koszuli, te samo wycie wilków, które zmusza mnie do ucieczki, jeszcze bardziej w głąb dzikiego boru i tajemniczych wrzosowisk. Moje nogi rzucają się pod przykryciem jak ryby wyrzucone na brzeg, jednak wciąż biegnę w głąb ciemnych drzew, w głąb snu. W świetle dnia to wszystko wydaje się takie nie rzeczywiste, wręcz żartobliwie banalne. Lecz w ciemności słowo żart nie istnieje, nie ma dla niego miejsca wśród mrocznych chaszczy i traw. Biegnąc jak oszalały trafiam w końcu do dziwnej chaty. Na pozór opuszczony dom, zimny i niebezpieczny, powoli staje się moim schronieniem przed czyhającymi wokół wilkami i przenikliwym chłodem nocy. Potem dostrzegam obraz wiszący na brudnej drewnianej ścianie. Podchodzę do niego i widzę delikatne stróżki cieknącej krwi…Zawsze ten sam początek i koniec. Niezmieniony w żadnym szczególe koszmar, zadomowił się w moim umyśle jak obślizgła larwa. Najbardziej boje się przebudzenia. Kiedy do okna zagląda księżyc a drzwi skrzypią jak łańcuchy skazańców. Wtedy słyszę ten cichutki jęk, drobny płacz, który unosi się w mym domu jak zapach pieczonego ciasta. Jedynie światło świecy, którą podpalam drżącymi rękoma jest wstanie mnie uspokoić i wypędzić smutny lament ze ścian domostwa… Wiem, że jako doktor, takie hipotezy powinienem odsuwać w najciemniejszy kąt umysłu, lecz… wydaje mi się, że moje problemy zaczęły się w momencie kupienia pięknego, wręcz cudownego obrazu. Malowidło to, które zachwyciło wszystkie me zmysły, które przyprawiało mnie o przyjemne zawroty głowy i podnosiło estetyczne odczucia jakich mi tu powoli zaczynało braknąć, teraz śniło mi się po nocach jako coś dziwnie tajemniczego i przerażającego. Wiszący nad kominkiem obraz doskonale pasował do mej olbrzymiej wiktoriańskiej sypialni. Często przesiadywałem tam, wpatrzony w niego szklistym wzrokiem i podziwiałem jego prostotę i niesłychane piękno. Na płótnie znajdował się ogromny, mroczny las jakby żywcem wyjęty z najstraszniejszych opowiadań grozy. Powyginane ciemne drzewa drżącymi konarami muskały błękitne niebo, broniąc się przed jego ciepłem i jasnością a jednocześnie jakby będąc ciekawym piękna, które w sobie zawiera ów niebieskie przestworze. Z czeluści ciemnych drzew na małą zalaną słońcem polankę wychodziła delikatnie wijąca się brązowa dróżka. Piękne kolorowe kwiaty rozsiane na łące, wyśmienicie komponowały się z cmentarną atmosferą żałobnego lasu. Jak ogień i woda…Czy to możliwe, że piękno i wyszukany smak tego dzieła pobudziło mą wyobraźnie do tak monstrualnych wymiarów. A może to klimat tej wioski, w której się znalazłem. Mała otoczona lasami osada najprawdopodobniej wywiera na mnie swój wpływ. Lecz mieszkam tu już kilka miesięcy i nigdy nic podobnego nie miało miejsca. Więc cóż jest przyczyną tego niepojętego cierpienia duszy mojej… Wstałem z łoża, przeciągnąłem się na podobieństwo dzikiego kota i pomaszerowałem do kuchni. Po drodze wstąpiłem do łazienki gdzie w misce ciepłej wody umyłem spoconą twarz, potem głowę i na końcu nogi. Brudną wodę wylałem przez okno na rzędy rosnących pelargonii i różanych krzewów. Podczas rozpalania w piecyku i robienia herbaty zastanawiałem się po raz kolejny nad niezwykłością mojej historii. Te cudowne płótno kupiłem w najbliższym, Leśnej Osadzie, mieście. Była to położona jakieś 40 km na północ miejscowość Czarny Dwór. Piękne i zadbane drogi przecinały parki, ogrody i zabudowania, niczym promienie zachodzącego słońca. Delikatne wznoszone ze smakiem budowle otoczone były przez zielone parkany i kolorowe trawniki. Małe pałacyki i fontanny tylko dopełniały to miejsce swą wyniosłością i kunsztem wykonania. Cudowne aleje i krajobrazy, w których można się było zapomnieć, otaczały miasto niewidzialną aureolą piękna i tajemniczości. Niedaleko cichutko płynęła rzeka. Jej delikatne pląsy słychać było pod misternie zdobionymi drewnianymi mostkami. Centrum miasta wypełniały dźwięki ulicznych grajków, zapach ciast, kremów, maści, perfum i ziół. Pamiętam, że spacerowałem alejami w poszukiwaniu tych niezwykłych specyfików sporządzanych przez tutejsze znachorki. Słoneczny blask mieszał się z uliczną gwarą i zadowolonymi okrzykami kupców. Wśród tych wyniosłych dźwięków i pomiędzy delikatnymi chmurkami złotego piasku, zauważyłem siedzącą na czarnej chuście kobietę. Była stara, zmarszczki wżynały się jej prawie aż do kruchych kości. Jej siwe włosy delikatnie opadały na ciemną suknie. Czarne zamglone oczy osadzone głęboko w czaszce, kontrastowały z pomarszczonym orlim nosem. Długie kościste palce nerwowo pocierały się o siebie jakby w tajemniczym oczekiwaniu. Zaciekawiła mnie do tego stopnia, że postanowiłem przyjrzeć się jej z bliska. Powoli lecz zwinnie przybliżyłem się do staruszki, która wydawała się wgryzać tajemniczymi oczami w otaczający ją świat. Dopiero będąc bliżej zauważyłem, że obok kobiety leży przykryty kocem duży przedmiot. Moja ciekawość rosła jak poziom wód w rzekach podczas wiosennych roztopów. Nieśmiało spojrzałem na siwą kobietę, która nadal wpatrywała się przed siebie lub szukała czegoś na dnie swojej starej duszy. - Czy można…?- Zapytałem pokazując na przysłonięty przedmiot. Staruszka uśmiechnęła się ukazując rząd krzywych i żółtych zębów. Jej skóra wygładziła się a ręce przestały nerwowo wcierać się w siebie. - To nie jest rzecz dla pana!- Rzekła suchym pozbawionym uczucia głosem. Jej usta prawie nie poruszały się a oczy wciąż szukały czegoś w głębi nieznanego świata. - Jak to nie dla mnie?- Zdziwiłem się, a moje ręce zadrżały. Zawsze byłem trochę nerwowy i nie nawiedziłem jeśli ktoś zachowywał się w sposób niewłaściwy w stosunku do mojej osoby. – To po co to pani trzyma, przecież tu się handluje- Powiedziałem zdumiony i wpatrzony w puste oczy starej kobiety. - Czekam na odpowiedni moment…szukam właściwego czasu, odejdź stąd wędrowcze!- Rzekła znowu spokojnie i z powrotem wprawiła w ruch swe ganiające się kciuki. - Wędrowcze? – Zdziwiłem się. W miastach takich jak to nie używa się raczej takich zwrotów – Jestem doktorem z Leśnej Osady, zna pani tę wioskę?- Spytałem nie wiedząc czemu, a że nie doczekałem się żadnej konkretnej odpowiedzi poza niezrozumiałym pomrukiem zagłuszonym przez przejeżdżającą bryczkę, powiedziałem: - To może chociaż pokaże mi łaskawa pani co to za tajemniczy i cudowny przedmiot kryje się za tak szkaradnym przykryciem. Chwila ciszy w śród której słyszałem tylko odległe słowa przekupek po drugiej stronie drogi. Nagle ręce staruszki przestały się ruszać a jedna z nich odskoczyła w bok i delikatnie odsłoniła ukrywany przedmiot. - Piękne- powiedziałem wpatrując się w niesamowity mroczny krajobraz- Cóż za talent. Nagle ręka kobiety cofnęła się i przedmiot znów został zakryty tym starym brudnym przykryciem. Pamiętam bardzo dobrze jaka rządza obudziła się we mnie po ujrzeniu tego arcydzieła. Zaślepiony pięknem obrazu stałem i przyglądałem się pokrowcowi jakbym chciał go prześwietlić wzrokiem. - Teraz odejdź- Powiedziała sucho kobieta, a ja poczułem się, jakby wbiła mi sztylet pomiędzy żebra. Obejrzałem się dookoła. Wszyscy ludzie zajęci byli swoimi sprawami. Nikt nawet nie spoglądał w moim kierunku. I wtedy obudziła się we mnie myśl, tak szalona i zła, że w pierwszej chwili przestraszyłem się ogromnie. W mgnieniu oka odwróciłem się i rzuciłem w kierunku kobiety plik banknotów, po czym złapałem obraz i popędziłem jak opętany w kierunku ciemnych miejskich uliczek. Nikt mnie nie gonił, nikt nawet nie zareagował. Chyba widzieli jak rzucam staruszce pieniądze. Schowany w zacienionych uliczkach z sercem próbującym wyskoczyć na chodnik, czekałem ściskając mój obraz, cudowny obraz… Herbata smakowała doskonale, jeszcze tylko małe śniadanie i będę mógł otworzyć gabinet. Mam dziś dużo pracy, wiec żywię głęboką nadzieje, że szybko zapomnę o okropnościach nocy. Spojrzałem na zegar, już w pół do dziewiątej. Jak ten czas leci. Uśmiechnięty pobiegłem krętymi korytarzami wiktoriańskiego domu by jak co dzień otworzyć gabinet. Kolejka pacjentów przypominała długą i powykrzywianą gąsienice. Ludzie zjechali się dziś chyba z najodleglejszych okolic hrabstwa. Fala pilnie potrzebujących i podupadłych na zdrowiu ludzi wlewała się drzwiami i zapewne był by to dość monotonny dzień gdyby nie wizyta Pani Kinkof. - Witam powiedziałem do pięknej i czarującej kobiety w starszym wieku. Jej zwykle pogodna twarz, teraz z trudem powstrzymywała wodospad słonych łez, ukryty w głębi jej bursztynowych oczu.- Cóż ,że się stało droga pani? – Spytałem, poczym usadowiłem się w miękkim i wygodnym fotelu stojącym tyłem do wielkiego okna. Czułem, że to będzie coś poważniejszego. Takie rzeczy widać od razu. Twarz człowieka a zwłaszcza jego oczy potrafią powiedzieć więcej niż nie jeden wróżbita w tym kraju. - Chodzi o Natalie…doktorze Wilczak. Moja mała córeczka zniknęła, nigdzie nie mogę jej znaleźć…- Ciężkie łzy popłynęły po delikatnej twarzy kobiety, zatrzymując się na chwilę w zapadniętych kącikach czerwonych ust. - Boże drogi, mała Natalia? Przecież to niemożliwe- Od razu przywołałem obraz młodej dziewczynki, dzielnej pacjentki. Zawsze uśmiechniętej i wesołej. Jak dziś pamiętam jej złote warkocze i niebieską sukienkę w której była u mnie zaledwie dwa tygodnie temu.- Tak mi przykro Pani Kinkof, ale jak…jak mógłbym pomóc? - Zniknęła trzy dni temu. Miała na sobie jasna błękitną sukienkę i niebieskie buciki. Wiem, że pan często chodzi na te swoje spacery… wycieczki, eskapady…nie wiem jak to nazwać…!!! Ale chciałam w związku z tym zapytać …czy nic pan nie zauważył?... Żadnego śladu albo nawoływań…? Proszę mi pomóc doktorze! Czułem wielki smutek i nieopisaną pustkę. Nie lubiłem takich sytuacji. Utrata kogoś lub czegoś, jest rzeczą straszną i bolesną. Całym sercem współczułem płaczącej przede mną kobiecie, lecz nie mogłem jej w żaden sposób pomóc. - Niestety droga pani, żal mi niezmierne, lecz nie widziałem nic co by mogło przyczynić się do odnalezienia Natalki. Jednak gdy tylko czegoś się dowiem… - Dziękuje panu bardzo- Powiedziała zapłakana i wyszła zostawiając mnie samego ze smutnymi myślami krążącymi po gabinecie jak zimne, czarne kruki. Dalsze szeregi pacjentów przyjmowałem już normalnie, bez żadnych tajemniczych historii czy niecodziennych wydarzeń. Jednak w głowie mej ciągle panoszył się smutek i niewyobrażalna wprost chęć poznania prawdy… Wieczory w Leśnej Osadzie były wspaniałe. Otaczający ją las sprawiał wrażenie niedostępności i powodował, że w wiosce panowała niepokojąca cisza. Złoty księżyc wznosił się nad mym domem, a ja siedząc na tarasie i popijając świeżą herbatę oddałem się rozmyślaniom pośród mroku ogrodowych drzew. Było już bardzo późno, kiedy to wybity ze snu na jawie wstałem od drewnianego stolika i skierowałem swe umęczone nogi w kierunku drzwi frontowych. Na niebie krążyły czarne chmury delikatnie mącone złotym blaskiem gwiazd. Gdzieś w lesie dosłyszałem żałobne zawodzenie puszczyków. Przed wejściem rozejrzałem się jeszcze raz dookoła, upewniając się, że wszyscy mieszkańcy wioski pokładli swe zmęczone głowy na białe i pachnące pierzyny. W domu panował dziwnie przyjemny chłód. Wchodziłem po wysokich schodach i rozbierając się zostawiałem na nich części swojej garderoby: buty, krawat, kamizelkę. Wszedłem do ciemnej jak reszta mieszkania sypialni i zamknąłem za sobą drzwi. Zapaliłem pięć świec w świeczniku po prawej stronie łoża i kolejną piątkę w świeczniku z lewej strony. Pomieszczenie roztańczyło się w złotym blasku. Cienie majaczyły na sklepieniach jak ciała wisielców. Tylko ściana na której znajdował się kominek i obraz, pozostawała w sferze mroku. Postanowiłem jeszcze ostatni raz rzucić okiem na malowidło, moją domniemaną przyczynę koszmarów i dziwnych domowych odgłosów. Zapaliłem pojedynczą biała świecę stojącą na glinianej podstawce i z lekkim niepokojem powoli podszedłem do płótna. W jednej chwili moje wszystkie zmysły zostały wyostrzone do granic możliwości a pot na rękach prawie nie pozwalał utrzymać podstawki z wijącym się płomieniem świecy. Na cudownym malowidle po którym krzątały się teraz tajemnicze cienie, dostrzegłem malutką postać. Moje kolana stały się miękkie a głowa puchła i zdawała się wgniatać ciało w zakurzoną podłogę. Przyjrzałem się uważniej temu dziwnemu zjawisku. Postacią okazała się dziewczynka. Malutka osóbka o smutnej twarzy stała na ścieżce prowadzącej do tajemniczego i mrocznego lasu. Przetarłem oczy, bowiem kilka kropel potu przykryło mi pole widzenia i zaczęło nieznośnie szczypać. To nie była zwykła dziewczynka i dobrze o tym wiedziałem. Ta twarz, ta błękitna sukienka i niebieskie buty… Cichy krzyk wyleciał z mych ust i spłoną wlatując w żółtawy płomień rozżarzonej świecy. Tak… to była Natalia Kinkof. Malutka ośmioletnia Natalia, której matka tak bardzo ubolewała w mym gabinecie. To nie możliwe, myśli krzyczały w mym wnętrzu. Tłukły się i biły jakby stały się wielkimi kościelnymi dzwonami. Ich łoskot przyprawiał mnie o zawroty głowy i nudności. Smutna twarz dziewczynki wpatrywała się we mnie…i czekała. Strach otoczył me ciało i ścisnął je aż do bólu, wdzierając się w szpik kostny… Pogasiłem świece i wybiegłem z sypialni. Położyłem się na kanapie w salonie na dole, z dala od tego koszmaru spowodowanego zapewne tym, iż żywo przejąłem się utratą tak młodej osoby. Czułem, że nawet egida Zeusa nie uchroni mnie od tego lęku który zadomowił się w zimnych kątach mego ciała. Moja delikatna podświadomość zakodowała sobie to co sama chciała i teraz odsłania w rzeczywistym świecie rąbki swej tajemnicy. Zawsze wiedziałem, że mam słabą głowę, wszystko przyjmowałem za bardzo do siebie. „Zbyt dosłownie”, jak mawiają tureccy baszaci. Czasem czułem się jak gąbka, która chłonęła wszystkie uczucia i przechowywała je w swej głębi. W nocy koszmar powrócił. Tym razem zdziwiłem się gdyż był on trochę inny od poprzednich snów. Uciekając przed wyciem wilków trafiłem do zimnego domu, tak obcego a jednocześnie jakby znanego mi miejsca. Znów spojrzałem na ociekający krwią obraz i znów me ciało spowiły dziwne dreszcze. Rzeczą odróżniającą te potworne sny był fakt, iż tym razem znalazłem drzwi do piwnicy opuszczonego małego domku. Zimna ziemia przywitała me stopy z uczuciem ulgi. W ciemnym dość małym pomieszczeniu zdołałem tylko zauważyć zarys czegoś na kształt nagrobka. Zimno bijące od niego cięło skórę jak bicz lub japońska katana. Zlany potem obudziłem się i krzyknąłem w ciemne duszne powietrze. Odpowiedział mi nieśmiały i delikatny płacz dochodzący jak mi się wydawało z mojej sypialni na górze domu. Zapaliłem świece i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko ustało. Przepocony wstałem ze skórzanej kanapy i podszedłem do okna. Promienie księżyca buszowały w moim ogrodzie jak stado wściekłych psów. Nałożyłem kaszmirowy szlafrok i trzymając przed sobą świecę ruszyłem schodami na górę. Skrzypiące deski nie dodawały mi otuchy. Wyrywające się serce tłukło

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%