Wojna · 15 min czytania
Obrona Głogowa w roku pańskim 1109
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Ładować! Pod naciskiem kilkunastu ramion w grubych, skórzanych kaftanach z malunkiem przedstawiającym czarnego orła na żółtym tle belki naciągające trebusz drgnęły, po czym zaczęły się obracać. Razem z nimi potępięczo jęcząc ruszył kołowrót, który z kolei zaczął ściągać na ziemię grube, pięciometrowe ramię dźwigni. Spowodowało to jednoczesny ruch krótszego ramienia z przeciwwagą, które niechętnie powędrowało do góry. Gdy specjalny pojemnik na kamienie, umieszczony na końcu belki znalazł się w końcu na ziemi, rycerze z ulgą zablokowali kołowrót i zaczęli ładować trebusz kamieniami. - Gotowi do strzału?! Siostrzeniec króla Henryka V, Arnulf niecierpliwym głosem poganiał rycerzy, którzy uwijali się jak w ukropie, by spełnić wszystkie jego żądania na czas. Karą za opieszałość było bowiem wysłanie do ataku na główne wejście Głogowa. Całe wojsko Henryka V widziało, jak rycerze uderzający taranem w nieustępliwą bramę po kolei masakrowani są wrzącą smołą. A następnie podpalani... Albrecht za późno zorientował się, że zamyślony nie pracuje. Natychmiast, jak tylko poczuł na sobie wściekły wzrok Arnulfa rzucił się do ładowania kamieni do wielkiego wora na końcu ramienia trebuszu. I chociaż znajdował się w środku okopu osłaniającego katapulty i trebusze, gdzie bez przerwy słychać było wrzaski dowódców, polecenia rycerzy i bitewny hałas, dochodzący z oddalonego o zaledwie kilkaset metrów Głogowa, nagle poczuł , że wokół niego robi się cicho. Nie, nikt nie ucichł, dalej krzyczano i strzelano. Po prostu wokół Albrechta powstała mała strefa, do której dźwięk nie dochodził. Czas wokół jakby się zatrzymał, tylko na chwilę, ale chwilę wystarczającą, by zauważyć poruszenie przy najbliższej z wież oblężniczych, które czekały na sygnał do ataku. Spoceni od wykrzykiwania poleceń i biegania w ciężkich i nagrzanych od słońca kolczugach dowódcy poganiali żołnierzy wchodzących do tych kolosów. Wzrok Arnulfa przesunął się z Albrechta na wieże i z powrotem. Po chwili na jego wargach wykwitł złośliwy uśmiech. Każda z tych wież oblężniczych wcześniej czy później docierała do murów Głogowa. A wtedy leniwy rycerz wpadnie w ręce tych przeklętych polskich obrońców na oczach całej załogi trebuszu. A jak wiadomo, nic nie działa na morale tak, jak widok kolegi rozszarpywanego za lenistwo. Z uśmiechem skinął ręką w stronę niefortunnego rycerza, po czym, kiedy podszedł wskazał mu wieże oblężnicze. Reszta obsługujących trebusz żołnierzy w milczeniu patrzyła na tę scenę. Wiedzieli, że oprócz teraz pracujących przy machinach oblężniczych ludzi, Arnulf ma jeszcze ponad trzy setki biegłych w obsługiwaniu balist i trebuszy inżynierów. Rycerze, którzy aktualnie zajmowali się obstrzałem grodu wcale nie byli niezbędni. Albrecht powoli szedł w stronę najbliższej wieży. Od wyroku nie było odwołania. - Na co czekacie? – kpiący głos Arnulfa obudził z letargu załogę trebuszu. Natychmiast rzucili się ładować kamienie, smarować liny olejem, dzięki któremu nie pękały pod naporem ciężkiej przeciwwagi, doglądać tejże i wykonywać dziesiątki innych czynności, byle tylko nie zostać uznanym za niepracującego. Wieże z jękiem kół zaczęły powoli wspinać się na wzniesienie przed Głogowem. Zaczynała się najcięższa fala szturmu.
*****
Kolejna seria kamiennych kul przeleciała nad głowami obrońców. Któryś z łuczników krzyknął głośno, jeden z pocisków otarł się o jego ramię, miażdżąc kość. Kazimierz, dowódca obrony w tym pukcie wału, nawet nie zwrócił na to uwagi. Jego myśli zajmowały sprawy daleko ważniejsze, niż jeden niezdolny do walki wojownik. Po wzniesieniu prowadzącym do bramy Głogowa pięły się z trudem ciągnięte przez konie i ludzi potężne, wyższe od murów wieże z charakterystycznym zamkniętym mostem zwodzonym na samym szczycie. Sędziwy wojownik wiedział, że gdy tylko podejdą do murów, niedostępne pomosty otworzą się i wysypią z siebie rycerzy z herbem czarnego orła na żółtym tle. To było główne uderzenie, mające zepchnąć z pozycji obrońców na murach i pozwolić Niemcom wyważyć bramę grodu. Był to bardziej akt desperacji niż przemyślane działanie, bowiem obie strony wiedziały, że dopóki choćby jeden Głogowianin jest żywy i ma jakąkolwiek broń, dopóty żaden napastnik nie przekroczy murów grodu. Chociaż oblężenie trwało od miesiąca, Henrykowi V nie udało się jeszcze przełamać oporu mieszkańców Głogowa. Pierwsza fala atakujących szturmowała gród mając jedynie drabiny i krótkie miecze. Zapewne Niemcy, ufni w swoją sławę zdobywców zamków byli pewni, że rycerze broniący Głogowa poddadzą się, więc pod gród podeszli bez machin oblężniczych. Jednak mieszczanie bardziej bali się swego króla niż niemieckich katów, bardziej ufali obietnicom Bolesława Krzywoustego niż słowom tych krzywoprzysiężców, bardziej wierzyli w zwycięstwo polskiego ludu niż we władcę Niemiec. Toteż bronili się, jak mogli najlepiej. Gdy oblegający zorientowali się, że mieszczanie nie złożą broni natychmiast zaczęli ścinać okoliczne drzewa i budować tarany, trebusze, katapulty, kolejne drabiny oraz wieże oblężnicze. Te ostatnie jednak dzisiaj zaatakowały po raz pierwszy, i najwyraźniej miały zadać obrońcom ostateczne uderzenie, kończące walkę o gród. Z zamyślenia wyrwała Kazimierza kolejna fala pocisków, które bezsilnie bombardowały górne rejony muru obronnego. Potężny wał zbudowany ponad sto lat temu, tuż przed początkiem oblężenia dodatkowo wzmocniony, miał ponad czterdzieści stóp wysokości i dwadzieścia siedem szerokości przy podstawie*. Składał się z grubej na łokieć warstwy ciężkich dębowych belek, które czas zmienił w twór twardszy od żelaza, wypełnionej w środku piaskiem i ziemią. Nie wystarczyłoby całej armii Bizancjum, żeby zniszczyć ten wał, jednak Niemcy i tak strzelali, najwyraźniej dla zasady. Ale gród także miał swoją własną artylerię. - Gotowi? Strzelać! Potężny ryk dowodzącego czterema niewielkimi katapultami wzbił się w powietrze, ale jeszcze szybciej od wrzasku przeszyły je kamienne kule o wielkości głowy dorosłego człowieka. Po sekundzie zaczęły zwalniać, po czym przez chwilę zdawałoby się zawisły w powietrzu, gdy siły grawitacji i odrzutu katapulty przez jeden moment wyrównały się. Po czym spadły prosto na wieże oblężnicze. Co prawda nie dosłownie prosto – dwie kule minęły potężne kolosy o ponad dziesięć łokci** przetaczając się przez kilku żołdaków czeskich, ale pozostałe trafiły w skrajnie prawą wieżę, z łatwością łamiąc świeże drewno i pozbawiając machiny połowy swej wysokości. Oraz połowy załogi. Jednak pozostałe pięć dalej parły naprzód, nic sobie nie robią ze strzał i bełtów, które w olbrzymich ilościach posyłali im mieszkańcy Głogowa. Miasta broniły nie tylko katapulty. Może i Niemcy są mistrzami w zdobywaniu zamków, ale w improwizacji nie dorównują Polakom do pięt. - Zrzucić koła! – Kierujący całością obrony komes*** nie wachał się nawet chwili. Trzeba działać, póki wieże nie przebyły stromego wzniesienia prowadzącego do jedynego dostępnego muru. Natychmiast kilku kuszników pieczołowicie odłożyło swoją broń na miejsce i starając się jak najmniej odstawać od poziomu murów, pobiegli w stronę baszty (było to po prostu zabudowanie z bali) kończącej lewy odcinek muru. Jeden z nich po drodze krzyknął, łapiąc się za rękę, w której utkwił niemiecki bełt, ale reszta posłańców dotarła do celu…