Horror · 9 min czytania
Obrzeżyny
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Obrzeżyny
Pogodny wieczór zbliżał się małymi krokami, szum wiatru i szeleszczące liście tworzyły coś w rodzaju pieśni, pieśni śpiewanej niegdyś przez wędrowców przemierzających odstępy najodleglejszych zakamarków świata. W oddali od czasu do czasu rozbrzmiewały głosy leśnych zwierząt. Całą harmonię przerywały równomierne tupoty końskich kopyt. Posłańcy dosiadający swoich rumaków, tworzyli ze zwierzęciem jedną całość. Byli to ludzie obyci z trudami podróży, niejednokrotnie nocujący w przedziwnych miejscach. Broń w pogotowiu, otwarte oczy i uszy oraz zachowanie zimnej krwi, wszystkie te cechy posiadali pocztowcy. Tego dnia Marek miał specjalne zadanie. Z samego świtu wyruszył z Przasnysza do Ciechanowa, musiał dostarczyć ważne dokumenty do zamku książąt mazowieckich. Droga wiodła przez lasy i pustkowia. Jeśli pogoda była dobra, jeździec tej klasy powinien pokonać dystans w trzy godziny. Jak przystało na fachowca z tej dziedziny Marek Józiaczek, tak brzmiało jego rodowe nazwisko, wykonał zadanie z należytą pieczołowitością i w godzinach popołudniowych był gotowy do powrotu. Jednak jego charakter, na który często narzekała żona po raz kolejny wziął górę nad obowiązkiem. Pan Marek, a był on szlachcicem nie posiadającym własnych dóbr ziemskich, zamiast w drogę powrotną udał się do pobliskiej karczmy o głośnej nazwie „Słonko”. Tam jak to na hulakę przystało zabawił kilka godzin. Wieczór nastał szybko, zaś Marek pomimo wielu rad, jakie dawali mu jego kamraci postanowił ruszyć w drogę powrotną. Dobry humor oraz poczucie spełnionego obowiązku towarzyszyły Markowi podczas powrotu. Znał drogę jak własną kieszeń i to przeczucie, które od samego rana mówiło mu, iż to jest jego szczęśliwy dzień. Z każdą upływającą minutą, bukłak wina jaki wisiał przywiązany do końskiego siodła, stawał się coraz lżejszy, zaś humor jak zawsze dopisywał Józiaczkowi – tak zwali go jego przyjaciele. Jego grubiańskie a nawet ordynarne śpiewy unosiły się po całej okolicy, przyciągały słuch wszystkich żywych stworzeń. Piękne, bezchmurne niebo, miliony gwiazd, wszystko to nastrajało pozytywnie pana Marka. Cóż mógł potrzebować w danej chwili? Jak każdy z łatwością potrafi się domyśleć, towarzystwa. W oddali usłyszał tupot końskich kopyt, równomierny, miarowy, jednak zupełnie nie podobny do tych naszych mazowieckich, jak to określał Józiaczek. Z pewnością to jakiś Rusin, albo Litwin - pomyślał sobie. Oni zawsze wyróżniali się spośród innych pocztowców, podkowy ich koni były lżejsze, wydawały cichsze dźwięki, połączone z cichym szelestem. Szkoda jedynie, iż bukłak jest coraz lżejszy pomyślał sobie Marek. Uśmiechnął się przez zęby, tak jak zawsze to czynił. W pewnym momencie przyszła mu do głowy pewna myśl. Rusin, Litwin, tutaj, o tej porze. W jednej chwili oprzytomniał, chwycił mocno cugle. Nasłuchiwał. Dźwięki jakie teraz dochodziły do jego uszu zaczynały wzbudzać w nim poruszenie i obawę. Józiaczek był szlachcicem, więc nie należał do tych „bojących”, jak sam często mawiał na mieszczan i chłopów. Jednak odgłosy w zastraszająco szybkim tempie stawały się coraz bardziej słyszalne. Ponownie mocno chwycił cugle, ujrzał w niewielkiej odległości od siebie rysy postaci, dostrzegł jedynie, jak przypuszczał jeźdźca w czarnych szatach, okrytego połyskującą peleryną. Postać z dużą szybkością zbliżała się do Mareczka, odległość malała z każdą sekundą. Wszystko w jednej chwili stało się dla niego wielkim koszmarem, czymś niewyobrażalnym. Może to tylko nadmiar alkoholu we krwi – pomyślał. Ruszył, galopujący koń niósł go drogą pośród leśnych ustępów. Rozumowanie Józiaczka było proste, postanowił w jak najszybszy i najprostszy sposób zgubić przybysza. Jednak ten, na ironię całej sytuacji mknął za nim. Tupot końskich kopyt jaki dochodził do uszu Marka, przypominał mu bicie w bębny, odgłosy rozchodziły się po całym lesie, coraz głośniejsze i coraz bliższe. Czuł je, były tuż, tuż. Szumiące drzewa tworzyły swoisty podkład muzyczny pod ten piekielny tupot. Nie, to nie jest koń, ale jak nie koń, to co u diabła to może być – zaklął. Siła woli sprawiła iż obejrzał się za siebie, dostrzegł postać poruszającą się na dwóch nogach, zaś wcześniej widziana peleryna była zwykłym odzieniem jakie nosił każdy zaściankowy szlachcic. Postać w niebywały sposób zbliżała się do niego, żadne próby poganiania rumaka nie przynosiły oczekiwanego skutku. Strach i przerażenie zaczęły wbijać