fantastyka · 2 godz. 25 min czytania
Obserwator
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
PROLOG
Burza już nieco przycichła. Błyskawice pojawiały się coraz rzadziej, choć strumienie deszczu wciąż jeszcze chłostały bujną roślinność łąki. Od wschodu niebo przejaśniało się powoli. Nadpłynęły gęste, białe obłoki, spomiędzy których wyzierał tu i ówdzie błękit. Pierwsze promienie słońca przesuwały się ku zachodowi, pokrywając stopniowo całą dolinę. Wraz z nimi, na tle odchodzącej w dal kurtyny deszczu, wyłaniała się coraz wyraźniejsza tęcza. Pełnia lata. Mimo burzy powietrze wciąż było upalne. Nad łąką rozprzestrzeniły się nieregularne zamglenia - jakby półprzeźroczyste chmury białego dymu z niewidocznych ognisk. Dolina powracała do letniego, sennego trwania w bezruchu - pozornego tylko, ponieważ wśród łąkowych krzewów, kwiatów i traw, znów zaczynało tętnić życie. Mieszkańcy łąki opuszczali już swoje kryjówki. Kolorowy paź królowej znów zaczął chaotyczny taniec nad kobiercem chabrów. W kępie wiechliny krzątał się zawzięcie hałaśliwy bąk. W pogoni za jakąś zdobyczą, w koniczynie buszował już czerwono-czarny kowal. Nawet mysz polna wychyliła łepek z norki, rozglądając się ostrożnie na wszystkie strony...
I nagle stało się COŚ.
Mysz zdążyła jeszcze czmychnąć do swej kryjówki, porzucając znalezione właśnie nasiona. Koniki polne rozpierzchły się na wszystkie strony. Ale były bez szans. Chrząszcze, motyle, gąsienice - wszystkich mieszkańców okolicznych zakątków łąkowej dżungli wchłonęła ciemność.
***
Czarny, terenowy łazik, z piskiem hamulców zajął swoje miejsce na parkingu Instytutu Entomologii. Z samochodu wysiadła młoda kobieta i dwóch mężczyzn w sportowych kombinezonach. Wyższy z nich otworzył drzwi bagażnika. – No Ivo, szkoda czasu, bierzmy się za te skrzynie - powiedział do towarzysza. Był to około trzydziestoletni, silnie zbudowany przystojniak. Na jego twarzy widoczny był dwudniowy zarost. Głowę pokrywały szczeciniaste, lekko już siwiejące włosy. – Olaf, nie wygłupiaj się! Poczekaj chwilę, wezwiemy pomoc, nie mam ochoty na przepuklinę. Przecież to wszystko razem waży ponad dwieście kilo. Chyba, że Sonia weźmie tą skrzyneczkę - wskazał na największą z nich, spoglądając z szelmowskim uśmiechem na dziewczynę. – Strasznie dziś jesteś dowcipny Ivo - Sonia wykrzywiła miłą, trzpiotowatą twarzyczkę i potrząsnęła burzą jasnych, niesfornych włosów. - Gdybyś dbał o siebie jak Olaf, takie małe skrzyneczki nie zrujnowałyby twojego wątłego zdrowia. Rzeczywiście, Ivo nie wyglądał na gladiatora. Był to typ naukowca spędzającego czas raczej przed komputerem niż na boisku sportowym. Szczupła sylwetka, wzrost o pół głowy niższy od kolegi stanowiły dość spory kontrast. Mimo to, on też nie był bez szans u kobiet, szczególnie tych, które potrafią docenić męski intelekt. – No dobrze stary leniu, niech już ci będzie - Olaf wystukał jakiś numer na klawiaturze swojego telefonu i nie minęło pięć minut, jak na parking podjechał mały, elektryczny wózek widłowy.
***
Instytut Entomologii zajmował dość duży, dwupiętrowy budynek. Niezbyt nowoczesny, bo liczący już co najmniej pół wieku, ale po stosunkowo niedawnym remoncie. Jego szare ściany gęsto porastało bujne, dzikie wino. Z trzech stron otoczony był niewielkim, starannie utrzymanym parkiem. Od frontu zaś rozpościerał się okazały staw. Znać tu było rękę dobrego architekta krajobrazu, bo chociaż nie był to staw naturalny, nie zdradzał tego nawet najdrobniejszy szczegół. Teraz, latem, na tle niebieskiej w blasku słońca wody, wyjątkowo pięknie prezentowały się w nim kępy kolorowych lilii wodnych.
Profesor Ernest Petz, dyrektor instytutu, szczególnie dumny był ze swojego nowego nabytku: olbrzymiego wiwarium, które mieściło się na parterze, w pomieszczeniach Laboratorium Adaptacji Gatunków. Kosztowało mnóstwo starań i pieniędzy, ale było warto. Pełna klimatyzacja - temperatura, wilgotność, chemia powietrza i oświetlenie z automatycznie regulowanym widmem. Do tego możliwość zaprogramowania pór roku na dowolnej szerokości geograficznej. Czysta natura z odpowiednio dobranym podłożem, szatą roślinną i źródłem wody. I te kamery, rejestratory video... To wszystko, nieczynne jeszcze w tej chwili, czekało na zasiedlenie przez przyszłych mieszkańców. Ernest Petz siedział przy biurku w swoim niewielkim, skromnie urządzonym gabinecie, oddając się ulubionemu zajęciu wszystkich dyrektorów - planom kolejnej reorganizacji instytutu. Usłyszawszy jakiś hałas, spojrzał przez okno i zobaczył podnośnik rozładowujący skrzynie ze stojącego na parkingu samochodu. Obok kręcili się jego pracownicy. Ernest nie należał do ludzi szczególnie cierpliwych, więc natychmiast otworzył okno. – Co, już jesteście?! - zawołał swoim tubalnym głosem - Jak poszło? Chodźcie tu szybko do mnie! – Zaraz szefie, już kończymy - odkrzyknął Ivo - Będziemy za dziesięć minut! – Zaraz zaraz, uch, zawsze trzeba na nich czekać - zrzędził pod nosem Ernest. Ciekawe co tam przywieźli. Wrócił do biurka, zwinął leżące na nim plany pomieszczeń i nerwowo przechadzał się po gabinecie.
Z dziesięciu minut zrobiło się pół godziny, ale w końcu sekretarka zaanonsowała przybycie całej trójki. – No nareszcie... proszę, proszę... – Dzień dobry profesorze - zaczął Ivo - przepraszamy, że trochę to trwało, ale musieliśmy jeszcze dopilnować rozładunku skrzyń w laboratorium. – No już dobrze, mówcie jak wam poszło - niecierpliwił się Ernest - siadajcie proszę. Pani Lauro - zwrócił się do sekretarki - możemy panią prosić? Kawa, herbata? Sonia spojrzała na kolegów. – Ja chętnie kawę, z odrobiną mleka. A wy? – Dla mnie to samo - zamówił Olaf. – A dla mnie herbatę, niezbyt mocną - poprosił Ivo. Rozsiedli się w fotelach przy małym stoliku dla gości. Ivo zaczął pierwszy. – W sumie jest chyba nieźle, choć czasu było niewiele. Na początek oczywiście braliśmy co popadło. Dobrze, że mieliśmy zezwolenie na gatunki chronione... – Jednak w przyszłości musimy nastawić się na bardziej selektywne zbiory - przerwał mu Olaf. Jeśli w naszym terrarium ma powstać prawidłowy biotop, to nasz dzisiejszy połów należy traktować jako pewien rodzaj zaczynu, dla przygotowania właściwej flory bakteryjnej. – Przecież o to zasadniczo chodziło - wtrącił profesor. Dopiero wasza następna wyprawa... A propos - więc kiedy w końcu planujecie ten wyjazd w Góry Dynarskie? Muszę jeszcze zdążyć ze swoją listą zamówień. – Właściwie to kończymy już przygotowania - odezwał się Ivo popijając herbatą kawałek biszkopta. Najpóźniej za tydzień powinniśmy być gotowi. Zostały jeszcze pewne formalności w ambasadzie, przegląd samochodu i... to chyba wszystko. – To dobrze. Ale bardziej szczegółowo porozmawiamy na ten temat jutro. Chciałbym, żebyście teraz pokierowali laborantami przy wprowadzaniu owadów. Ci studenci z wakacyjnych praktyk potrafią być tacy nieodpowiedzialni. Na chwilę nie można ich zostawić samych. Ja zejdę tam za dwie godziny. Muszę to wszystko jak najszybciej zobaczyć.
***
Część 22 / 6
Była już ósma wieczorem, kiedy profesor Ernest Petz włączał system alarmowy i starannie zamykał za sobą drzwi instytutu. Ostatnio wychodził o tej porze codziennie, choć właśnie teraz była wręcz idealna pogoda na urlop. Upalny sierpień, bezchmurne niebo, lekki, orzeźwiający wiaterek. Ale na razie nie ma o tym mowy. Usiadł na ławce nad stawem i zapatrzył się w toń przejrzystej wody. W tej chwili usiłował nie myśleć o niczym. A jednak jakieś natrętne myśli wciąż nie dawały mu spokoju. Kątem oka zobaczył błyszczącą w zachodzącym słońcu kępę lilii wodnych, nie wiadomo czemu wyrzuconą przez kogoś na brzeg. Wstał, podniósł je delikatnie i ułożył z powrotem w stawie. Lilie uniosły się na wodzie prezentując - jakby z wdzięczności - swoje wspaniałe, herbaciane kwiaty.
W instytucie panował już półmrok. Cisza. Tylko w Laboratorium Adaptacji Gatunków, w ogromnej sali zajmowanej przez wiwarium, od kilku godzin słychać było lekkie brzęczenie aparatury, utrzymującej w równowadze panujący tam ekosystem. Lampy zmieniały stopniowo widmo światła w stronę podczerwieni. Mieszkańcy wiwarium powoli otrząsali się z szoku, wywołanego transportem z macierzystej doliny. Rozproszyli się, każdy w swoją stronę: po piasku, kamieniach, trawach, kwiatach, krzewach... Zajmowali swoje nisze ekologiczne.
Tylko jedna, czerwona dioda migająca przy obiektywie kamery zawieszonej w najwyższym punkcie sali, świadczyła o tym, że obserwacja już trwa.
PIĄTEK
Czarna terenówka mozolnie pięła się w górę po serpentynach łańcucha gór, a zjeżdżając w dół, ostro hamowała na zakrętach pojawiających się w najbardziej niespodziewanych momentach. Na zewnątrz panował nieznośny upał. Dzięki klimatyzacji, w samochodzie można było jeszcze wytrzymać. Krajobraz za oknem zmieniał się co chwilę: raz ukazywał wyrudziałe od słońca zbocza gór, z ubogą roślinnością przeplataną płaszczyznami nagiego piaskowca, innym razem przepastne kotliny z oazami soczystej zieleni. Za kierownicą siedział Ivo – Dzięki, że zmieniłeś mnie już teraz - odezwała się Sonia - szczerze mówiąc miałam dość tej obłędnej huśtawki. – A wiesz, że ja to nawet lubię - znacznie bardziej, niż monotonną jazdę po najlepszej autostradzie. Jak mogłaś zauważyć, autostrady to specjalność Olafa, który wychodził z siebie, żeby wykazać tam swą przewagę nad wszystkim co się rusza. – Ale tylko dlatego dojeżdżamy już prawie do celu. Gdybym prowadził tak jak ty kolego, to pewnie bylibyśmy gdzieś w połowie drogi - odgryzł się Olaf. – Spokojnie, mamy mnóstwo czasu - odparł Ivo. Trzeba przyznać, że stary wykazał się klasą, dając nam te dwa tygodnie. Właściwie to zafundował nam dodatkowy urlop. Bo przecież sama robota nie powinna zająć więcej niż tydzień. Olaf usiłował się zdrzemnąć na tylnym siedzeniu. – Ivo, czy na pewno zabrałeś ten spis... no ten, który profesor dał nam przedwczoraj? - spytała Sonia. – Chodzi ci o listę robali, nad którą szef siedział w instytucie do nocy? Jest, włożyłem ją do innych dokumentów. Ale mam wątpliwości, czy uda się nam pozyskać choć połowę wszystkich, wpisanych tam gatunków. – Ja też. Zapadła cisza. Po dłuższej chwili zmieniła temat. – Chłopaki, czy zauważyliście, że profesor był jakiś nieswój przez kilka ostatnich dni? – Nie, dlaczego... – Był, był! Mówił mi nawet, żebyśmy uważali, bo ma jakieś złe przeczucia. – Przeczucia? Naukowiec? Profesor? - mamrocząc pod nosem, ironizował Olaf. – No wiesz... - ciągnęła Sonia - kiedyś rozmawialiśmy... tak na luzie, już nie pamiętam przy jakiej okazji - aha - na naszej ostatniej Wigilii i właśnie wtedy opowiadał mi, niby trochę żartem, że już przeżył swoje lata, i wierzy w niektóre niewytłumaczalne zjawiska. Mówił też, że jego matka - gdyby żyła w średniowieczu - bez wątpienia skończyłaby na stosie. Podobno potrafi przewidzieć jakieś zdarzenia, a i on trochę też... Nie tyle co ona, ale jednak. Tak, że uważaj Ivo przy tej kierownicy. Znów zapadło milczenie. Samochód pokonał właśnie dość strome wzniesienie i przed jadącymi ukazała się rozległa kotlina, przecięta wijącą się wstęgą górskiej rzeki. Widok był tak urzekający, że Ivo zahamował dość nagle i zjechał na pobocze drogi. Wyłączył silnik. – Słuchajcie, a gdybyśmy nie jechali już dalej, tylko rozbili obóz gdzieś w tej kotlinie...? - zaproponował po dłuższej chwili. Sonia wyjrzała przez okno. – Rzeczywiście. Jest jak piękna, choć nieco kiczowata pocztówka z wakacji... – To fakt, ale nie musielibyśmy się jeszcze telepać kilkadziesiąt kilometrów tylko po to, żeby dobrnąć do miejsca, które wyznaczyliśmy sobie na mapie - przyznał Olaf. – I to miejsca, które znamy wyłącznie z tej mapy. Tak naprawdę nie wiemy przecież jak tam jest. Wysiądźmy na chwilę, rozejrzymy się - odrzekła Sonia.
Rozeszli się, nie oddalając się zbytnio. Ale już po ich minach było widać, że decyzja chyba zapadła. Nie minęło kilka minut, jak znów byli przy samochodzie. – Ja jestem za - powiedział Ivo – Ja też - przytaknęła z nieukrywanym entuzjazmem Sonia. – Czyli większością głosów - zostajemy - zadecydował Olaf. Trudno. Bo uczciwie mówiąc ja - zrobił teatralną pauzę - ja też jestem za. Wiecie co, zauważyłem, że tu zaraz jest droga w dół, dość stroma co prawda, ale nasz łazik powinien dać sobie z nią radę. Chociaż łatwo nie będzie. Pozwolisz Ivo, że ja spróbuję. – OK. Miej chłopie tą satysfakcję! – No to do samochodu i uwaga! Czeka nas ostra jazda! - cieszył się jak dziecko Olaf.
***
Jazda rzeczywiście była ostra, bo ścieżka, stroma i pełna niespodziewanych zakrętów, najwyraźniej nie była uczęszczana od dawna. Kilka razy hamowali w ostatniej chwili, by w pocie czoła usuwać spod kół wielkie kamienie lub kłody. Ale trzeba przyznać, że łazik spisywał się znakomicie i po kilkunastu minutach byli już na dole. Zatrzymali się na dużej polanie, a właściwie nagiej, wysuszonej słońcem łące. Olaf wyłączył silnik. Wysiedli z samochodu i przeciągali się dłuższą chwilę. – Uuch... dziko tu jakoś - stwierdziła Sonia. Trudno zaprzeczyć, cała okolica wyglądała jak nietknięta ludzką stopą wyspa. Tyle, że zamiast bezkresnego oceanu, otoczona była łańcuchem gór, stanowiących rodzaj gigantycznej korony. Z perspektywy dna kotliny nie można było dostrzec jakichkolwiek oznak cywilizacji. Żadnych śladów dalekich zabudowań, dróg - czegokolwiek. Roślinność pokrywająca nieckę kotliny była uboższa, niż to się mogło wydawać z góry. Gdzieniegdzie występowały pojedyncze skupiska buków, jodeł i sosen, pomiędzy którymi rozrastały się stepowe krzewy. Najniższe piętra zajmowały kępy kwiatów, traw i porostów. Właściwie, z punktu widzenia celu ich wyprawy, było to - przynajmniej na pierwszy rzut oka - idealne środowisko. Można powiedzieć: entomologiczny raj. Ivo wyjął telefon komórkowy. Spojrzał na wskaźnik pola. Pokrywał niemal połowę maksymalnej wartości. – Wiecie co, zadzwonię do starego, że już jesteśmy - zerknął na zegarek - może jeszcze nie jest za późno. – Tak tak, powiedz mu, że wszystko jest OK. - niech go te jego przeczucia nie dręczą - poprosiła Sonia. Wystukał numer instytutu. Minęła dłuższa chwila, zanim w słuchawce odezwał się kobiecy głos. – Sekretariat Instytutu Entomologii, słucham. – O, dzień dobry pani Lauro. Jest pani jeszcze... Tu Ivo. Czy mogę rozmawiać z profesorem? – Czy coś się stało Ivo? – Nie, dlaczego, wszystko w porządku. Właśnie dojechaliśmy. Trochę nie tam, gdzie początkowo mieliśmy zamiar, ale też dobrze. Jest szef? – No niestety. Dziś rano profesor jakoś gorzej się poczuł. Już od paru dni widziałam, że coś jest nie tak. Zabrało go pogotowie. Jest w szpitalu. Chyba serce. Ale podobno nie ma większego niebezpieczeństwa. – Rozumiem, że to jakaś przejściowa dolegliwość... – Mam nadzieję że tak... – Nie wiem... Halo... Coraz słabiej panią słychać, pani Lauro. Więc kończę. Jeśli będzie pani miała z nim kontakt, proszę mu przekazać, że dojechaliśmy i wszystko jest w porządku. – Oczywiście, przekażę. – I prosimy go pozdrowić. – No oczywiście. Trzymajcie się. Miłego pobytu. Do widzenia.
Sonia i Olaf z napięciem wpatrywali się w twarz Ivo. – Co się stało ze starym? - zapytał Olaf – Właściwie nie wiadomo. Coś z sercem. Dziwne, nigdy na narzekał. Ale zdaje się, że to nic poważnego, chociaż jest w szpitalu. Przynajmniej tak twierdzi sekretarka. – Pewnie te przeczucia dotyczyły jego - nie nas - stwierdziła Sonia. – Daj spokój, nic mu nie będzie. Kawał chłopa i daleko jeszcze do emerytury - odparł Olaf. Zadzwonimy w poniedziałek i pewnie się wszystko wyjaśni. No, a my teraz musimy znaleźć odpowiednie miejsce na obóz. Najlepiej nad rzeką. Powinna być tu gdzieś w pobliżu.
***
Samochód wolno pokonywał bezdroża kotliny, trzymając się lewego brzegu krętej, niezbyt szerokiej rzeczki. Dobrych miejsc na obozowisko minęli już sporo, ale jakoś żadne specjalnie nie chwytało za serce. Słońce chyliło się ku zachodowi, więc ostatecznie trzeba się było na coś zdecydować. – Panowie, ja mam już dość - rozbijmy obóz w najbliższym możliwym miejscu - jęknęła Sonia. – No nie, mamy tu spędzić prawie dwa tygodnie. Miejsce musi być super - odparł Olaf. – To ja śpię, a wy sobie róbcie co chcecie - zrobiła minę obrażonej dziewczynki. Ivo milczał. Też miał już dosyć tych poszukiwań, ale jak znał Olafa, który w dążeniu do komfortu wykazywał się zawsze niezłomną postawą, wiedział, że nie mają co liczyć na litość. Łazik trząsł niemiłosiernie, więc o żadnym spaniu nie mogło być mowy. Musieli się raczej mocno trzymać uchwytów, żeby podskakując na każdym kamieniu, nie wypaść z foteli. A Olaf wciąż nie był usatysfakcjonowany dostatecznie.
Część 33 / 6
Już myśleli, że to się nigdy nie skończy, gdy samochód stanął wreszcie na niewielkiej, otoczonej bukami polanie. Obok rozrastały się bujne krzewy forsycji. Nieco dalej, kilkadziesiąt metrów stąd, przepływał strumień. Olaf wysiadł, zadowolony z siebie i dokonanego wyboru. – No i co kochani. Jak wam się widzi - spytał z nieukrywaną dumą. Ivo rozejrzał się wokół i stwierdziwszy w duchu, że równie dobrych miejsc minęli już co najmniej dziesięć, odpowiedział: – Wspaniale, prawda Soniu? – Tak, tak. Ładniejszego miejsca nie ma w całej kotlinie. Na pewno. Spojrzeli po sobie, dusząc się z powodu tłumionego z trudem śmiechu. Woleli nie ryzykować, bo znając Olafa, niechybnie przypłaciliby to godziną dalszych poszukiwań. – No to do roboty kochani - Olaf najwyraźniej poczuł się liderem wyprawy - wyładowujemy sprzęt i namioty. Ciuchy i prowiant zostają w samochodzie. Sonia i Ivo nie mieli już najmniejszej ochoty na polemiki, więc posłusznie wykonywali polecenia. Namioty rozstawili w trójkąt, w promieniu kilku metrów, z wejściami skierowanymi do siebie. Pośrodku stanął duży stół kempingowy z rozkładanymi fotelami. Na koniec mężczyźni zajęli się porządkowaniem terenu obozowiska, a Sonia przygotowaniem kolacji. Na gazowej maszynce bulgotał czajnik z wrzątkiem do herbaty. Był już po ósmej i porządnie burczało im w brzuchach. – Chłopaki! Kolacja! - obwieściła wreszcie Sonia i wszyscy rzucili się na jedzenie. Przez dłuższą chwilę nie słychać było nic, tylko głośne przełykanie kanapek, popijanych gorącą herbatą. Dopiero po zaspokojeniu pierwszego głodu, Ivo rozsiadł się wygodnie w fotelu i zaproponował: – Powinniśmy chyba ustalić wstępny plan działania. Mamy dwanaście dni. Do zebrania owadów powinno nam wystarczyć sześć, najwyżej siedem. Zwykle obowiązuje zasada: najpierw obowiązek, a potem przyjemność, ale ponieważ będziemy tu mieli do czynienia z żywymi organizmami, musimy chyba tą kolejność odwrócić. Czyli powiedzmy: pierwsze cztery, pięć dni odpoczywamy i nabieramy sił, a dopiero potem robota. – Słusznie, słusznie prawi - poparł go Olaf. – A co przewidujecie w ciągu tych pierwszych dni? - spytała Sonia. – Mój plan jest taki, żeby nie planować niczego - odpowiedział Olaf. – Wyjątkowo się z tobą zgadzam - powiedział Ivo i spojrzał pytająco na Sonię. Zdajmy się na przypadek. Zresztą, czy to nie przypadkiem znaleźliśmy się właśnie tu, w tej kotlinie? Wyznaczyliśmy sobie przecież inne miejsce. – No właśnie. Przypadek... W ogóle całym naszym życiem rządzi przypadek - Olaf najwyraźniej był w filozoficznym nastroju. – A ja raczej wierzę w przeznaczenie - odparła Sonia. – O! Jak widzę, mamy tu przedstawicieli dwóch przeciwstawnych poglądów - kreacjonizmu i teorii przypadku. No, posprzeczajcie się trochę na ten temat. Może być niezła dyskusja na wieczór - zaproponował Ivo. – A ty co o tym myślisz mądralo - spytała Sonia. – Pozwólcie, że zarezerwuję sobie status komentatora - odpowiedział Ivo. – Niech ci będzie. – Nie wytrzyma - westchnął Olaf - Jak go znam, zaraz zacznie się wtrącać. – Zobaczymy. Więc postawmy sobie takie pytanie: czy to, że jesteśmy tu i teraz, jest tylko dziełem przypadku, czy przeznaczeniem? - zaproponowała Sonia. – Przecież sama doskonale wiesz, że dziełem przypadku - stwierdził Olaf. – No, ale gdyby z tego faktu wyniknęły jakieś poważne konsekwencje - mogłabym mówić o przeznaczeniu - odparła Sonia. – Czyli drobne zdarzenia, nie pociągające za sobą konsekwencji, są dziełem przypadku, a poważne - przeznaczeniem? - spytał Olaf. Więc Ktoś kieruje naszym życiem w sprawach poważnych, a nie zawraca sobie głowy drobiazgami, pozwalając wtedy na działanie przypadku? – Nie odrzucałabym takiej możliwości. – Ale przecież sama wiesz, jak często drobny przypadek uruchamia lawinę poważnych zdarzeń. Komuś z okularów wylatuje durna śrubka, spadają mu na ziemię i nie zauważa rozpędzonego samochodu... Trup. Przypadek czy przeznaczenie? – Trudno powiedzieć. Więc może najpierw postawmy inne, ale zasadnicze pytanie: czy to, że w ogóle jesteśmy tu na tym świecie, jest przypadkiem, czy przeznaczeniem. A jeśli przeznaczeniem, to kto o tym zdecydował, kto nas stworzył. – Jeśli chodzi o ciebie Soniu, to jest akurat proste. Już na tyle cię znam, że wiem to z całą pewnością. Ty niewątpliwie jesteś dziełem szatana. – Ha ha ha. Bardzo jesteś miły Olafku - kwaśno odpowiedziała dziewczyna. Jak przewidywał Olaf, Ivo - który w międzyczasie zajął się zbieraniem leżącego wokół namiotów chrustu i rozpalaniem ogniska - postanowił jednak przerwać milczenie. – Wiecie co, przenieśmy się tutaj - zaproponował. A ponieważ mam na twój temat Soniu nieco odmienne zdanie - które zresztą zaraz ci przedstawię - więc nie obawiaj się, nie szykuję tu stosu dla ciebie. – Ja też uważam, że szkoda naszej Soni na stos. Może za pięćdziesiąt lat... - zaryzykował śmiejąc się Olaf – Nie pogarszaj swojej sytuacji. Widzę, że w tej kotlinie obydwu panom niezwykle wyostrzył się dowcip.
Rozsiedli się wokół ognia, popijając piwo z puszek. Zmiana wyrazu twarzy Ivo pozwalała przypuszczać, że zanosi się na poważną wypowiedź. – Soniu - zaczął wreszcie - kreacjonista ci powie, że jesteś dziełem tego, kto cię stworzył, czyli Stwórcy. Stanowisz element jego planu. Ten plan sięga w twoją przeszłość i przyszłość. A ta przyszłość jest twoim przeznaczeniem. Ale plan obejmuje także przeszłość - bo po to, żebyś ty się mogła urodzić, musiał on wcześniej powołać do życia twoją matkę i ojca, a jeszcze wcześniej dwie babcie i dwóch dziadków, i tak dalej, i tak dalej. – To dość oczywiste - wtrąciła Sonia – Ale przy okazji Stwórca musiał się zająć reżyserią całej serii drobnych, ale koniecznych dla sprawy zdarzeń. Te drobne zdarzenia ty nazywasz przypadkami. – Drobnych? Do jakiego stopnia? – Najdrobniejszych. Wyobraźmy sobie taką sytuację sprzed lat: Pewnego dnia, twoja młoda w owym czasie babcia wyszła z domu, żeby pójść do kina. Pamiętała nawet, żeby wziąć ze sobą zapasową chusteczkę, bo miał to być wyjątkowo smutny film, ale - pech - zapomniała portmonetki. Okazało się to dopiero przy kasie, zbyt późno, żeby jeszcze wrócić i zdążyć na seans. Więc zamiast do kina, poszła do pewnej znajomej, gdzie akurat w tym czasie, bawił z wizytą jej rzadko widywany gość: wytworny i przystojny kuzyn. Od pierwszej chwili kuzyn ten wywarł na twojej babci duże wrażenie i po jakimś czasie został jej mężem, a rezultacie twoim dziadkiem. A zatem istniejesz dlatego, że oprócz wielu innych, z pozoru drobnych, ale koniecznych dla osiągnięcia tego celu przypadków, twoja babcia zapomniała raz portmonetki. – Myślę, że marnujesz się w tej entomologii - przerwała Sonia. Powinieneś pisać powieści. Ivo ciągnął dalej, nie zwracając uwagi na jej drwinę: – Już nie prowadząc tej historyjki głębiej w otchłań czasu i koncentrując się wyłącznie na tym jednym epizodzie z portmonetką - a takich, decydujących o czymś zbiegów okoliczności, musiało być na przestrzeni wieków ogromnie dużo - kreacjonista musi podziwiać misterny, dalekowzroczny plan Stwórcy, który doprowadził wreszcie do twojego pojawienia się na świecie. – A co na ten temat powiedziałby ktoś o przeciwnych poglądach, czyli mówiąc wprost - takich jak twoje? – Zwolennik teorii przypadku ma dużo łatwiej. Powie, że gdyby nie ta zapomniana portmonetka, po prostu by ciebie nie było - ani teraz, ani w przyszłości. Dokładnie tak, jak nie było ciebie sto i tysiąc lat temu. A w konsekwencji związku tamtej kobiety z - załóżmy to, poznanym w kinie gentlemanem - urodziłby się zupełnie ktoś inny. Proste. – Przedstawiłeś kreacjonizm w perspektywie dziejów i masz rację - poparł go Olaf. Ale podobnie jest przecież w biologii, której wszyscy jesteśmy pokornymi sługami. Kreacjonista podziwia doskonałość swojego organizmu, jego złożone układy i narządy wewnętrzne, które tak ściśle ze sobą współpracują, że niekiedy już drobne osłabienie jednego z nich prowadzi do choroby, a nawet śmierci. Podziwia też koherencję organizmu człowieka z całym jego otoczeniem - z czego powietrze, woda, temperatura, zwierzęta i rośliny stanowiące pokarm, są tylko ułamkiem wszystkiego, co jest absolutnie niezbędne do życia. Kreacjonista nigdy nie uwierzy, żeby tak wspaniałą harmonię mógł stworzyć ślepy przypadek. Wierzy, że życie na Ziemi i wszystkie panujące na niej warunki, całe środowisko, które umożliwia trwanie tego życia, są wynikiem realizacji precyzyjnego planu Stwórcy. – Rzeczywiście - wtrącił Ivo - występuje tu analogia. Bo z pewnym uproszczeniem można przyjąć, że neodarwinizm też jest dziedziną teorii przypadku, ponieważ wiemy, że ewolucja posuwa się naprzód poprzez przypadkowe mutacje genów. Geny zmutowane pozytywnie, skutkują lepszym dostosowaniem się organizmów do otoczenia. Jeśli w wyniku mutacji genów, pewne osobniki mają na przykład nieco lepszy wzrok, rzadziej stają się ofiarami drapieżników. Z kolei inne, mniej szczęśliwe mutacje przyczyniają się do szybszego wymarcia. Zatem większy sukces reprodukcyjny osiągają pokolenia, które posiadają te lepsze geny. W efekcie, z upływem setek tysięcy lat, powstają coraz doskonalsze, bardziej złożone organizmy. – Moim zdaniem - przerwała Sonia - na przeszkodzie w ogarnięciu rozumem procesu ewolucji, staje właśnie kłopot ze świadomością ogromnej skali czasu, w jakim ona przebiega. Wyobraźmy sobie milion. Jeśli jest to milion dolarów - to owszem, dużo pieniędzy - ale wystarczy szczęśliwy los na loterii i już. Każdy widział milionera, choćby w telewizji. Świat roi się od milionerów. A co to jest milion lat? A sto milionów? Czy naprawdę potrafimy sobie to wyobrazić? Nie jako suchą liczbę, ale przedział czasu. Jak kolosalne przeobrażenia organizmów mogły dokonać się w takim okresie! – Tu chyba masz zupełną rację Soniu - wtrącił Ivo. Ale gdyby jakiś nagły przypadek - na przykład zderzenie z ogromnym meteorem - sprawił, że na Ziemi zmianie uległaby atmosfera, temperatura - cokolwiek, żyły by tu zupełnie inne organizmy. A może w ogóle nic. I jest też inna, poważna kwestia. Można postawić pytanie, czy proces naturalnej ewolucji człowieka jest jeszcze całkowicie przypadkowy. Czy nie został już zakłócony przez nas samych. Bo ja sądzę, że już tak. Dzisiejszy postęp medycyny zapewniający egzystencję i reprodukcję słabszych jednostek, oraz inżynieria genetyczna, mogą być przyczyną kresu naturalnej ewolucji. – Też się tego obawiam - przytaknął Olaf. A prawdopodobnie, w niedalekiej przyszłości, pojawi się jeszcze problem zapoczątkowania przez postęp technologiczny, samoistnej ewolucji maszyn wyposażonych w sztuczną inteligencję. – Nawiasem mówiąc - dodał Ivo - może się to wymknąć spod kontroli człowieka i w pewnym momencie poważnie mu zagrozić. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze możliwość wybuchu jakiegoś globalnego konfliktu. – Tak, tak - pokiwał głową Olaf - ale nie wybiegając już w przyszłość, dość niepewną jak widać... Powiedz Soniu - jeśli nie masz wątpliwości co do roli przypadku w naturalnym procesie ewolucji całego świata przyrody, jak możesz kwestionować tę rolę w życiu pojedynczego człowieka! Zamyśliła się dłuższą chwilę i... postanowiła zamknąć dyskusję. – Nie garb się Olaf. A w ogóle to pora już spać. Tak moi drodzy. Mieliśmy okropnie ciężki dzień. I na dziś mam już dosyć krzyżowego ognia tych waszych filozofii. Więc żegnam panów. Dobranoc. I po chwili znikła w swoim namiocie. Mężczyźni z rozbawieniem spojrzeli po sobie. – To jest argument! Nie garb się - zaśmiał się Olaf. No to co stary. Proponuję jeszcze po jednym piwie i chyba naprawdę pójdziemy spać. Ognisko już zgasło i nie wiem jak tobie, ale mnie zrobiło się trochę chłodno.
Rzeczywiście, zerwał się dość zimny wiatr. Na niebie pojawiły się tysiące gwiazd, a zza otaczających kotlinę górskich szczytów, wyjrzał księżyc. Była pełnia.
SOBOTA
Ivo obudził się dość wcześnie. Spojrzał na zegarek. Siódma. Rozsunął wejście namiotu i wyjrzał na zewnątrz. Cisza. Błękitne niebo zapowiadało słoneczny dzień. Nie wychodził jednak, nie chcąc budzić reszty towarzystwa. Położył się na śpiworze i rozmyślał nad programem rozpoczynającego się właśnie dnia. Po chwili usłyszał jakąś krzątaninę. Przez rozsuniętą szparę zobaczył, że ze swojego namiotu wyszła Sonia. Ubrana była w niebieskie, dość skąpe bikini i króciutką, białą koszulkę na wąskich ramiączkach. Włosy miała splecione w krótki warkocz, związany czarną tasiemką. Wyglądała prześlicznie. Przeciągnęła się zmysłowo... Serce zabiło mu mocniej. Cieszył się, że tak bezkarnie może patrzyć na jej zgrabne ciało. Kilka chwil robiła coś przy namiocie, potem na moment znikła mu z oczu, a w końcu zdjęła ręcznik ze sznurka i rozejrzawszy się - jakby sprawdzając, czy na pewno jest sama - poszła. Westchnął, że to już i powoli gramolił się ze swojego posłania. Poczuł, że musi się pozbyć porannego nadmiaru płynów. Przebrał się w dres i wyszedł z namiotu, by poszukać nieco bardziej oddalonych krzaków. Otaczająca go zewsząd przyroda dzikiej kotliny, odsłaniała przed nim swe wspaniałe, letnie uroki. Nieco dalej, na jednym z zakrętów płynącej przez kotlinę rzeczki, iskrzyła się w porannym słońcu woda. Postanowił sprawdzić, czy jest taka zimna, jak to zwykle bywa w górskich potokach. Ruszył się w jego stronę, lecz po chwili przystanął. Właściwie to zupełnie nie miał ochoty moczyć się w strumieniu o tak wczesnej porze. A jednak jakiś wewnętrzny przymus pchał go w tamtą stronę. Poszedł.
I wtedy zobaczył ją znowu. Była zupełnie naga. Stała nad brzegiem, przy sąsiednim zakolu strumienia, z twarzą skierowaną w górę. Najwyraźniej przyglądała się czemuś na bezchmurnym niebie. Trwało to dłuższą chwilę. Potem powoli weszła do wody. Zza rozdzielającej ich kępy krzewów, widział jej szczupłe ciało, drobne, ale pełne piersi... Był kompletnie oszołomiony. Jego wewnętrzny anioł błagał: "uciekaj stąd natychmiast", ale diabeł szeptał: "zaczekaj, patrz - to prawdziwy cud natury i nic się nie bój, ona cię nie zobaczy". Więc jeśli nawet próbował odejść w obawie przed dekonspiracją - nie potrafił. Bo przecież, w tajemnicy przed wszystkimi, kochał ją już ponad rok. A może nawet jeszcze dłużej. Ale jak dotąd - platonicznie - co zdarza się częściej w literaturze niż w życiu. Więc trudno w to uwierzyć, a jednak... A teraz, nieoczekiwanie i nagle, tą senną miłość dopełniło drugie, potężne uczucie - pożądanie. Czuł, że od tej chwili nic już nie będzie tak samo. Mijały sekundy, może nawet minuty, a on stał w bezruchu, pragnąc ten obraz zapisać w swej pamięci na zawsze.
Wyszła z wody, dokładnie wytarła się ręcznikiem i przez dłuższą chwilę oglądała sobie coś na ręce. Potem włożyła koszulkę i dół kostiumu. Na szczęście, ani razu nie spojrzała w jego stronę. Spokojnie, w zamyśleniu wróciła do namiotu.
A on długo jeszcze stał nad potokiem i w głowie kręcił mu się wciąż ten sam film.
***
Wrócił do obozu i zaszył się w swoim namiocie. Olaf wciąż jeszcze spał, Soni też jakoś nie było widać. Ucieszył się, że jeszcze trochę może być sam ze swoimi wrażeniami. Obawiał się też, że z wyrazu jego twarzy Sonia mogłaby wyczytać to, co tak chciałby przed nią ukryć. Kobiety mają w tych sprawach przedziwną intuicję.
Położył się na śpiworze i pogrążył we wspomnieniach. Pamiętał, jak przyszła do jego pracowni trzy lata temu - wesoła, beztroska smarkula, do której należał świat. I cała kupa wdzięku. Traktował ją trochę jak swoją studentkę, bo chociaż formalnie doktorat z biochemii porównawczej robiła pod kierunkiem profesora Petza, ale tak naprawdę to on zajmował się jej pracą. Ileż to razy musiał nieco ujarzmiać jej nieposkromiony temperament! Ale polubił ją bardzo, jak chyba wszyscy pracownicy instytutu. Poza tym, była ambitna i zdolna. Akurat kończyła staż, kiedy w wypadku samochodowym zginęli jej rodzice. To był dość makabryczny wypadek - pisały o tym wszystkie gazety. I wtedy Sonia - która jest jedynaczką - w rozpaczy zwróciła się o pomoc właśnie do niego. Zrozumiał, że jest dla niej kimś więcej niż kolegą z pracy. Sądził jednak, że to jest ta przyjaźń, która podobno może się zdarzyć pomiędzy mężczyzną a kobietą. Dopiero rok później, kiedy Sonia poznała Huberta i wprost promieniowała szczęściem, poczuł trudny do opisania, gorzki ucisk w piersi, jakiś przedziwny, prawie fizyczny ból, który - to było wręcz niesamowite - lubił odczuwać, ilekroć widział ich razem, lub nawet, gdy tylko o nich pomyślał. Zastanawiał się nad tym fenomenem, przeczuwając u siebie jakiś rodzaj masochizmu, choć w gruncie rzeczy wiedział, że była to tylko zwykła zazdrość. Zazdrość, którą uświadomił sobie wcześniej niż miłość. A potem, kiedy Hubert okazał się zwykłym draniem i widział rozpacz w oczach Soni wpatrzonej w okno laboratorium, miał szczery zamiar go zabić. Ale nagle ucisk w piersi znikł i powoli wrócił dawny spokój. Wiedział, że zachowuje się jak pies ogrodnika, lecz nie robił nic, żeby to zmienić. A ona nie przeczuwała niczego.
Część 44 / 6
Co teraz? Cóż.... tamten okres trzeba już zamknąć w archiwum najskrytszych wspomnień, a nadszedł czas na ostatni etap: aktywnej walki o miłość. Czuł, że jako przyjaciel jest jej bliski, a jednak obawiał się odrzucenia tego uczucia, które - jak to sobie dziś w pełni uświadomił - przerodziło się w gorące pragnienie kobiety i gotowość dzielenia z nią reszty życia. Miał do siebie żal, że zmarnował już tyle czasu, więc podjął decyzję, stanowczą decyzję, że właśnie tu, w tej dzikiej kotlinie zrobi to, co powinien zrobić już dawno. Musi wreszcie wyznać jej miłość. I niech będzie, co ma być.
***
Minęło południe. Upał, na niebie ani jednej chmurki. Wszyscy troje, leżąc na kąpielowych ręcznikach, opalali się nad brzegiem strumienia, w pobliżu miejsca gdzie dziś rano była dziewczyna. Ale tylko dwojgu z nich czas upływał na słodkim nieróbstwie i paplaninie o niczym. Sonia i Olaf, co chwilę wybuchali śmiechem, nie zwracając większej uwagi na Ivo, który udając senność, nie reagował na słowne zaczepki. Jego myśli wciąż koncentrowały się na niej, na tym co musi zrobić, jak to zrobi i kiedy. Choć nieobecny duchem, zarejestrował fakt, że ich żarty coraz bardziej zaczynają przypominać flirt. Znał Olafa i wiedział, że jeśli ten uzna, że jest taka szansa, zrobi wszystko, żeby zdobyć każdą dziewczyną, a Sonię w szczególności. Bo ona, swoją naturalną urodą, wdziękiem i temperamentem przyciągała uwagę każdego. A i on należał do mężczyzn, którymi większość dziewczyn interesuje się mniej lub bardziej dyskretnie. Wiedział o tym i potrafił to wykorzystać. Na swoim sumieniu miał już niejedno złamane serce. Więc w końcu Ivo uświadomił sobie, do czego prowadzi ta rozmowa. I już od tej chwili słuchał jej z najwyższą uwagą. A Olaf był w swoim żywiole. – Muszę ci powiedzieć - mam nadzieję, że Ivo tego nie słyszy - że promienie słońca bledną dzisiaj przy blasku, który emanuje z ciebie Soniu. Ale kicz - pomyślał Ivo ze złośliwą satysfakcją. – No, no, potrafisz być miły Olafku, jak chcesz - odpowiedziała Sonia. – Oj chcę, bardzo - żebyś wiedziała jak strasznie bardzo. Wręcz okropnie. – No to mów, niech się dowiem wreszcie. – No wiesz, nie mogę tak przy tym, co tam leży i podsłuchuje. – Ivo? No nie... nie znam bardziej dyskretnego człowieka. – To pozory - taki niby spokojny, porządny, a w środku.... Wiesz co Soniu, pozwól, że trochę nasmaruję ci plecy. Masz taką jasną karnację... Myślę, że już nieco za mocno przypiekłaś się na tym słońcu. – Jeśli jesteś taki uprzejmy... Olejek leży przy mojej torbie.
W głowie Ivo zapaliła się lampka ostrzegawcza. A wraz z nią, dawno zapomniane wrażenie bólu w piersi, który czuł, gdy Sonia zakochana była w Hubercie. I choć oczy miał przymknięte, dokładnie widział wszystko. Leżała na brzuchu z rozpiętym stanikiem, a Olaf tuż obok, oparty na prawym ramieniu, lewą ręką delikatnie smarował jej plecy. W pewnej chwili... przypadkiem oczywiście... położył kolano na jej nodze. Nie zareagowała. Gorzki ból w piersi Ivo jeszcze się nasilił. Ale oprócz tego pojawiło się coś, co dotąd obce było jego naturze. Miał ochotę wstać, podejść do niego i strzelić go w tą zadowoloną z siebie gębę. Ale obawiał się, że straciłby w jej oczach wszystko.
Tymczasem ruchy dłoni Olafa coraz mniej miały wspólnego ze zwykłym smarowaniem pleców i najwyraźniej stawały się wyrafinowaną pieszczotą. Ivo czuł, że zaraz eksploduje. Nikt nic nie mówił, ale ta cisza aż rozsadzała jego uszy. To było nie do zniesienia. Na szczęście Sonia przypomniała sobie coś nagle. – Pozwólcie, że na chwilę was opuszczę - powiedziała. Muszę zajrzeć po coś do namiotu. Zaraz wracam. Olaf westchnął i ciężko klapnął na swoim ręczniku. Dziewczyna znikła za zakrętem drogi do obozu.
Ivo jakby tylko na to czekał. Podniósł się jak automat i stanął nad leżącym rywalem. – Ty! Ostrzegam cię. Odpuść ją sobie. I to już! – Co jest, o co ci chodzi... - zaskoczony Olaf spojrzał w górę, zasłaniając sobie ręką oczy od słońca. – Przecież widzę jak ja podrywasz! – A jeśli nawet, to co. Ty mi zabronisz? – Olaf, ja nie żartuję! – Wiesz co... odwal się zanim się zdenerwuję! – Bo co! – Jakie ty masz w ogóle prawo... – Bo ją kocham! - nieoczekiwanie dla samego siebie wypalił Ivo.
Teraz już było mu wszystko jedno. Będzie się bił, choćby Sonia miała go zobaczyć upokorzonego, wdeptanego w ziemię. Wreszcie pozna całą prawdę, a potem niech się dzieje co chce.
Olaf usiadł. Patrzył zdumiony na Ivo. Ale zaczepny wyraz jego oczu znikł. – Cooo? Nigdy nic nie mówiłeś! – Bo to moja sprawa! – Nie wściekaj się do cholery! No nie... Ty poważnie? Ale żeś się ukrywał! Stary, nawet nie podejrzewałem. Ja bardzo lubię Sonię i przyznam się, że mam na nią ogromną... to znaczy, bardzo mi się podoba, ale... A niech to. Ona wie? Ivo czuł, że fala gniewu zaczyna go opuszczać. – Nie, jeszcze jej nie mówiłem. – To na co ty czekasz baranie! – No właśnie chciałem... miałem zamiar... tutaj... A ty... – Przecież znasz mnie już tyle lat! Nigdy świnią nie byłem i na razie nie zamierzam nią zostać. Nawet z jej powodu. Więc trudno, nie będę ci przesz... Przerwał nagle, zobaczywszy powracającą już Sonię. Podążając za jego wzrokiem, Ivo spostrzegł ją także. Pośpiesznie wrócił na swoje miejsce i położył się z zamkniętymi oczami. Nie chciał, żeby mogła wyczytać z nich widoczne jeszcze wzburzenie. Olaf położył się także i natychmiast ogarnęła go... niepohamowana senność. Stanęła nad nimi, demonstracyjnie pociągając nosem. – Oo... Czuję, że atmosfera zwarzyła się jakoś. Czy to z powodu tego okropnego upału? - spytała z lekką ironią. Nikt nic nie odpowiedział. – No tak, widzę, że chłopcy są zmęczeni. Bardzo. To nic dziwnego. Ten upał naprawdę stał się już nieznośny. Cisza. – Więc pośpijcie tu sobie jeszcze godzinkę, a potem zrobimy pyszny obiadek - w głosie Soni można było wyczuć już inną, serdeczniejszą nutę.
***
Obiad, a właściwie uczta przyrządzona przez Sonię, rzeczywiście była wspaniała. Olaf, który od wielu lat cieszył się zasłużoną opinią łasucha, pochłaniał wszystko jak szarańcza. Natychmiast stał się więc obiektem jej złośliwych uwag o klęsce głodu, jaka ich czeka, po rychłym wyczerpaniu się posiadanych zapasów żywności. Ale po dzisiejszym incydencie Ivo odczuwał coś w rodzaju wdzięczności do starego kumpla, więc ochoczo stanął w jego obronie. Tą nagłą metamorfozę w ich relacjach Sonia obserwowała z nieukrywanym rozbawieniem. I nie omieszkała zaproponować: – Ivo, nałóż coś jeszcze na talerz małego Olafka. Cokolwiek, byle pożywnego oczywiście. Bo on nam wciąż rośnie... a szczególnie jego brzuch. – Mówiłem ci już wczoraj i dziś podtrzymuję to w całej rozciągłości. Bez wątpienia, ty Soniu jesteś dziełem sił nieczystych - odgryzł się Olaf. – Tak? A więc nie konsekwencją portmonetki mojej babci!? – Czy chcesz nawiązać do naszej wczorajszej rozmowy, którą zakończyłaś tym wyjątkowo trafnym, rzekłbym nawet - niezbitym argumentem "nie garb się Olaf" - odpowiedział przedrzeźniając ją nieco. – No właśnie. Zatem co by się twoim Olafku zdaniem stało, gdyby moja babcia podjęła inną decyzję i nie poszła do tej znajomej, lecz najzwyczajniej w świecie wróciła do domu i położyła się spać? – Zrobiłaby duży błąd, bo nie mielibyśmy dziś niewątpliwej przyjemności przebywania w twoim uroczym towarzystwie. Jednak, na nasze szczęście, wolą twojej babci było złożenie tej wizyty. Do tych drobnych uszczypliwości postanowił się w końcu włączyć Ivo. – A ja ciągle nie wiem Soniu, czy według ciebie była to decyzja twojej babci, czy raczej Stwórcy, który - czemu się akurat nie dziwię - bardzo chciał Cię oglądać na tej ziemi. – Przecież to moja babcia podjęła taką decyzję. Miała przecież, jak każdy z nas, wolną wolę - odpowiedziała już nieco poważniej Sonia. – Widzisz - odpowiedział Ivo - jako zagorzały zwolennik teorii przypadku nie mam żadnego problemu z pojęciem wolnej woli. Uważam, że ją mam, bo robię to co chcę. Co prawda są też sytuacje, że robię to co muszę, bo nie ma wyboru, ale obiektywnie jest on także i wtedy - tyle, że pewne warianty są nie do przyjęcia. Wiem też, że z każdego mojego kroku wynikają jakieś konsekwencje. Niektóre przewidzieć się da, a inne bywają zupełnie nieprzewidywalne lub przypadkowe. – Nie tak jak u nas, naiwnych kreacjonistów... – No bo jak ty, Soniu pogodzisz postulat wolnej woli z koniecznością realizacji planu Stwórcy dotyczącego twojej osoby. A wcześniej także babci. Jeśli On postanowił, że masz się urodzić, to niestety twoja babcia nie mogła podjąć żadnej innej decyzji, niż udanie się z wizytą do znajomej. Bo przecież nie poznałaby twojego dziadka. Wola Stwórcy, że masz się urodzić, zniweczyła wolną wolę twojej babci w kwestii decyzji o wizycie - jeśli pozostaniemy przy wczorajszej historyjce, bo prawdziwy plan był oczywiście zupełnie inny. – Strasznie jestem ciekawa jaki był naprawdę. – Gdybym go znał, z chęcią zająłbym się - skoro jak twierdzisz, mam talent - napisaniem tej opowieści. Ale muszę ci powiedzieć, że z wolną wolą w ogóle są poważne dylematy. Może być ona atakowana w związku z jedną z podstawowych prawd wiary: o wszechwiedzy Boga. Przećwiczyłem trochę ten temat kilka lat temu, kiedy pewna bliska mi osoba miała w takich sprawach zawsze odmienne zdanie, niż ja. Sonia ożywiła się nagle. – Powiedz coś o tym - proszę... – Cóż... Sądzę, że występuje tu konflikt pomiędzy wszechwiedzą Boga, która obejmuje i przeszłość, i teraźniejszość, i przyszłość, a wolną wolą człowieka. Jeśli Bóg wie co zrobisz, to znaczy, że nie możesz zrobić nic innego, niż to, o czym on wie. A zatem nie masz wolnej woli. Zbrodniarz nie może nie popełnić zbrodni, o której Bóg wie, że zostanie popełniona. Bo Bóg, który wie wszystko, nie może w pewnej chwili powiedzieć: no, no, ale mnie ten niedoszły zbrodniarz zaskoczył - miała być zbrodnia, a nie ma - bo wówczas nie był by wszechwiedzący. Na gruncie religii często przywoływany jest tu przykład Judasza. Czy Judasz mógł nie zdradzić Jezusa? Pomyśleć sobie na przykład, że trzydzieści srebrników to za mało - zażądam trzystu. I ugoda nie doszłaby do skutku. Albo gdyby po prostu ruszyło go sumienie i korzystając ze swojej wolnej woli, w ogóle odmówiłby współpracy z Sanhedrynem? Niestety nie mógł, bo i Bóg, i sam Jezus, a nawet prorok Jeremiasz wcześniej wiedział - wiedział, a nie tylko przypuszczał, że Judasz go zdradzi. – Więc jak z tym problemem radzi sobie teologia? - spytała. – Keener Craig twierdzi: "Robimy coś nie dlatego, że Bóg o tym wie, ale Bóg o tym wie, bo to my kiedyś zdecydowaliśmy, że to zrobimy. Jeśli zdecydujesz, że zrobisz jednak coś innego, to on o tym wie, ale właśnie dlatego, że to ty zmieniłeś zdanie nie on..." Tak by jednak było, gdyby wszechwiedza Boga obejmowała przeszłość i teraźniejszość, a przyszłości już nie. A to jest sprzeczne z prawdami wiary. – Kto to jest ten Cre... - jak mu tam? – Craig - taki profesor, jeden z najpoważniejszych autorytetów z dziedziny teologii. Często cytowany w takich dyskusjach. – Czyli co, znowu problem nierozwiązany. – Dlatego chyba, o czym mało kto wie, podręczniki teologii moralnej głoszą, że nasza wolna wola jest relatywna, niepełna i wolna tylko w pewnym zakresie. Absolutnie wolną wolę ma tylko Bóg. Cóż... niepełna, w pewnym zakresie... A więc w jakim? Zatem za swoje uczynki powinienem ponosić odpowiedzialność niepełną i tylko w pewnym zakresie. A jeśli tak, to kto ponosi współodpowiedzialność? – Więc mamy w końcu wolną wolę czy nie? – Chyba musimy podsumować tą dyskusję tak: ateista ją ma, a chrześcijanin - w ograniczonym zakresie. – Trochę to cyniczne - stwierdziła Sonia. I szczerze mówiąc, mam już dość tych dyskusji. W końcu mieliśmy wypoczywać. Idę na spacer. Sama, bez was mądrale, bo znów coś zaczniecie. Wrócę przed kolacją.
Mężczyźni zostali sami. Olaf przyniósł dwie puszki piwa. – Ale namieszałeś jej w głowie. Chyba poszła to sobie przemyśleć. – No, ale przecież sama chciała. Wiesz, zrobiłem kiedyś takie prywatne, amatorskie badania. Próbowałem sprawdzić, jaki procent osobiście znanych mi osób miało na te tematy jakieś własne refleksje. Wyszło mi, że około trzydzieści. Dokładniej, dwadzieścia sześć, czy siedem. A byli to poniekąd ludzie wykształceni - studenci, absolwenci wyższych uczelni. To pomyśl, jaki byłby wynik dla całego społeczeństwa!? – Może większość ludzi unika takich dylematów. Ludzie nie lubią teorii podważających ich tradycyjny światopogląd. A tak w ogóle, czy nie uważasz Ivo, że jasność argumentów naukowców odrzucających kreacjonizm, stanowi zupełne przeciwieństwo zawiłych dysput filozoficznych prowadzonych przez uczonych teologów? – O tak, spotykałem się z tym dość często. Właściwie prawie zawsze. Niemniej zauważ, jak łatwo jest udowodnić, że dwa razy dwa jest cztery. Ale spróbuj wykazać, że dwa razy dwa jest pięć. Analizowałem kiedyś kilka sofizmatów matematycznych, w tym - o ile dobrze pamiętam - akurat ten właśnie. Był niezwykle skomplikowany, ale według mnie logiczny i te pięć w końcu rzeczywiście wyszło. Nie jestem wytrawnym matematykiem, więc nie wiem, gdzie tkwił haczyk. Myślę, że przy dzisiejszym rozwoju nauki, teolodzy coraz częściej są zmuszeni do zajmowania się sofizmatami filozoficznymi. Olaf przestawił fotel bliżej przyjaciela. – Wiesz co, rzeczywiście zmieńmy już temat - ściszył nagle głos. Kiedy wreszcie zamierzasz jej powiedzieć? – Hm... dzisiaj rano, jeszcze przed tą naszą... nazwijmy to wymianą zdań, podjąłem decyzję, że tu i teraz. – No to do roboty! Jak tak na was patrzę, to myślę, że masz chłopie szanse. – Zrobię to jutro. Olaf... musisz pod jakimś pretekstem zostać w obozie, a ja ją zabiorę na długi spacer. Mogę na ciebie liczyć? – Serce mi się kroi, że taka dziewczyna przechodzi mi koło nosa, ale czego się dla starego kumpla nie robi. – Dzięki. Cholera, nie wiem czy zasnę tej nocy. – Bo nie masz bracie wprawy niestety. Ja bym spał smacznie jak suseł. – To nie tak, ja ją po prostu za bardzo kocham. – Ech, trąba jesteś, że dopiero teraz... – Chyba lepiej późno niż wcale. – Ale niech tam, jutro będę trzymał za ciebie kciuki. No, nasze kawalerskie. Na razie, bo czuję, że ty już nie pożyjesz zbyt długo w tym szlachetnym stanie.
Część 55 / 6
NIEDZIELA
Zapowiadał się kolejny upalny dzień. Cała kotlina tonęła w słońcu i nawet najmniejszy wiaterek nie poruszał liści drzew. Ale mimo to atmosfera w obozie uległa dość osobliwej przemianie. Można w niej było wyczuć napięcie - bez żadnego, widocznego powodu. Zaraz po śniadaniu Olaf oficjalnie zakomunikował, że właśnie postanowił dzisiejszy dzień spędzić w obozie i zająć się lekturą zajmującej nad wyraz książki, którą tu zabrał ze sobą. Zaskoczony przez Sonię, chwilowo nie potrafił wymienić jej tytułu. Ivo, który w trakcie śniadania ogóle nic nie przełknął, krążył wśród namiotów jak tygrys w klatce. Mimo to Sonia starała się podtrzymać dobry nastrój. – To mamy jakiś pomysł na dzisiejsze przedpołudnie, czy nie? - spytała w końcu. Czy ty Olaf zamierzasz czytać to dzieło przez calutki dzień? – Chyba tak. Nie chce mi się znów smażyć na słońcu. – A ty Ivo? Czemu się tak niespokojnie kręcisz!? Zatrzymał się i wyraźnie unikając jej wzroku odpowiedział: – Ja bym się wybrał na dłuższy spacer po okolicy... Przerwał, ale widać było, że chce jeszcze coś dodać. – Może zechcesz mi towarzyszyć? - wydusił wreszcie. – No, już myślałam, że nikt mi nic nie zaproponuje. Chodźmy więc, bo jak tak będzie dalej, to wszyscy zapuścimy tu korzenie. Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Olaf zmarszczył brwi i lekkim ruchem głowy próbował zmobilizować przyjaciela do większej inicjatywy. – To na razie - rzucił mu Ivo. – Miłej wycieczki - odpowiedział Olaf, podnosząc rękę z kciukiem schowanym w zaciśniętej dłoni.
***
Od dłuższego już czasu szli brzegiem strumienia. Ale rozmowa nie kleiła się zupełnie. Sonia, zawsze przekorna, gotowa do wesołych sprzeczek, była zamyślona, jakby daleka. Ivo chcąc jakoś ukryć widoczne zdenerwowanie, trzymał się trochę z tyłu i nie spuszczał z niej wzroku. Czuł, że coś się musi stać teraz, albo już nigdy. Nigdy?! To niemożliwe - a więc teraz. Teraz! Tam przy tych drzewach! Już! – Sonia, stój! Odwróciła się, zaskoczona brzmieniem jego głosu. Twarz Ivo wyrażała taką determinację, że bezwiednie zrobiła krok do tyłu, opierając się o pień drzewa. – Co chcesz Ivo? - jej pytanie było mieszaniną oczekiwania i lęku. Nic nie odpowiedział, tylko patrzył. Była tak cudowna, że nawet nie usiłował oderwać od niej oczu. Spuściła wzrok. Czas się zatrzymał, a on próbował całą mocą swej woli zmusić ją, by znów spojrzała na niego. Ale ona stała oparta o drzewo z głową pochyloną ku ziemi. Nie padło ani jedno słowo. Wiedział, że teraz nie powinno być słów. Czuł, że obydwoje czekają na coś, co w nich dojrzewa i narasta. Jakaś nieposkromiona siła, która za chwilę musi znaleźć swe ujście.
I nagle, pod wpływem tej siły, niemal zupełnie bezwolnie podszedł do dziewczyny i przycisnął ją swym ciałem do drzewa. Podniosła głowę. Oczy wciąż miała zamknięte. Stali tak - twarzą w twarz - przez dłuższą chwilę. Wchłaniał w siebie jej oddech. A potem, niejako wbrew potędze, którą czuł w sobie, zaczął delikatnie całować jej powieki, policzki, usta... Jeszcze nie reagowała, jakby we śnie. Ale po chwili jej wargi rozchyliły się, przyjmując coraz gwałtowniejsze pocałunki.
Nie padło ani jedno słowo, gdy ulegając odwiecznej mocy, osunęli się na ziemię.
***
Sonia wciąż jeszcze leżała na wznak z zamkniętymi oczami. Południowe słońce pieściło jej śliczne, drobne piersi. Obok leżał Ivo z głową na jej brzuchu. Powoli powracała świadomość. Objął ją mocno i przytulił, a potem pokrył jej ciało drobnymi pocałunkami. Otworzyła oczy i zaniosła się cichym, radosnym śmiechem. – Ivo, to łaskocze... – Kocham cię Sonia, kochałem cię już wtedy, kiedy nawet jeszcze o tym nie wiedziałem. Uwierz mi, że to możliwe. – Kocham cię Ivo. Ale nie rozumiem tego co mówisz. Kiedy poczułeś, że mnie kochasz? – Wiesz, na początku traktowałem cię trochę jak dziecko. Niezbyt grzeczne dziecko. Pamiętasz jak wysmarowałaś mi miodem słuchawkę telefoniczną? – Ale byłam głupia! No, ale i ty trochę działałeś mi na nerwy. Kto specjalnie uszkodził program komputerowy, żeby udowodnić, że nie mam racji z tymi węglowodorami? – Sonia, ty naprawdę... że to ja? Nie wiem, co się wtedy stało. Uwierz mi. – Dobrze już, mów kiedy poczułeś, że mnie kochasz. – Najpierw była straszna zazdrość. Jakaś gorycz odrzucenia. To uczucie przyszło nieoczekiwanie i nagle, kiedy w twoim życiu pojawił się Hubert. Od początku go nienawidziłem i wiesz, że miałem wiele powo... Twarz Soni spoważniała. Ivo wycofał się natychmiast. – Ta zazdrość, której przecież nie było, kiedy moja przyjaciółka Emma - a przyznasz, że to naprawdę wspaniała dziewczyna - wychodziła za Piotra, właśnie ta zazdrość uświadomiła mi, że jesteś dla mnie kimś bardzo, bardzo ważnym. I dopiero kiedy to gorzkie uczucie odeszło, no bo wiesz... ujawniło się inne, które musiało już być wcześniej, ale jakby uśpione. Miłość. Do nieznośnej dziewczyny o imieniu Sonia. Zamilkł. Sonia zamyśliła się i zapadła długa cisza. – A ty? - spytał wreszcie Ivo. – Co... - Sonia jakby otrząsnęła się ze snu. – Jak to było z tobą? – Pytasz kiedy ja się zakochałam w tobie? – Jeśli to nie tajemnica... – Ty wariacie - roześmiała się - no... najpierw byłeś dla mnie kimś w rodzaju nauczyciela. Opiekowałeś się mną, to przecież moja pierwsza praca... Słuchaj, ile właściwie lat nas dzieli? – Hm... trzydzieści trzy minus dwadzieścia sześć - czy tak? - czyli siedem! – Masz szczęście, że nie jesteś jeszcze taki stary. – Bo co... – Bo mówiła bym ci wujku! – Sonia bądź grzeczna! Mów mi zaraz, jak to było z tobą! – Już, już. Tylko uprzedzam, że może nie w tej chwili - ale już w najbliższej przyszłości, nie wykluczone nawet, że jutro, wyspowiadasz mi się ze szczegółami z tego, jak to się stało, że uchowałeś się do aż tak podeszłego wieku. Bo chyba nie byłeś jeszcze żonaty? - spojrzała na niego z udawaną podejrzliwością. – Sonia! – Chcesz wiedzieć kiedy się w tobie zakochałam. Czyż tak? Bo kocham cię - wiesz? Miał ochotę ją zjeść. – Więc po tym jak Hubert... - jej twarz znów spoważniała - byłam jakaś wypalona, pusta w środku. Początkowo nie docierało do mnie nic. Ale potem już widziałam twój wzrok, jak patrzysz na mnie, jak chcesz mnie pocieszyć, pomóc. Wtedy czułam wstręt do wszystkich mężczyzn z wyjątkiem ciebie, bo coś mi mówiło - może najpierw rozum, potem dopiero serce - że ty byś nigdy... Teraz wiem, co się z tobą działo, ale wtedy nie mogłam być pewna. Byłam zraniona, wolałam nie podejmować żadnego ryzyka. Chociaż moje serce biło coraz mocniej. Ale ty nie robiłeś żadnych kroków. I patrz, tyle czasu, obydwoje graliśmy role kolegów z pracy. Dopiero dzisiaj.... Ivo miał oczy pełne łez. Uniósł się nieco, by nacieszyć wzrok jej cudownym, nagim ciałem. I znów ogarnęło go to nieodparte pragnienie. Wplótł ręce w jej włosy i gwałtownie całował usta, a potem objął ją mocno i poczuł, jak calutka przylgnęła do niego, by świat znów przestał istnieć.
***
Słońce powoli przesuwało się ku zachodowi, a oni wciąż leżeli patrząc w niebo i trzymając się za ręce. Nie mówili nic, zatopieni w swoich myślach. A więc stało się. Ivo ze wzruszeniem spojrzał na leżącą obok Sonię. Czuł w sobie teraz ten spokój mężczyzny, który zdobył kochaną kobietę i wie, że ta kobieta kocha go także i ufa mu całkowicie. Jej ciało nie miało już dla niego tajemnic. Poznał jego smak, a teraz mógł patrzeć na nie bez końca, bez najmniejszego zawstydzenia pieścić wzrokiem każdy jego zakątek. I był pewien, że ona również nie czuje wstydu, że jego pełen pożądania wzrok sprawia jej radość i rodzi także jej pożądanie. Tak bardzo chciał teraz poznać jej myśli. Czy jest coś jeszcze bardziej intymnego niż myśl? Więc chciał tego i to nie tak wprost - zapytać i uzyskać odpowiedź. Tylko jakoś wkraść się w nie, pozwolić im biec swoim torem i potrafić je czytać. To przecież takie naturalne pragnienie - wiedzieć o kochanej osobie wszystko, wszyściutko, największe tajemnice. Obejrzeć film z każdej chwili jej życia. Przeczuwał, że Sonia też tego chce. Zapowiedziała nawet - niby w żartach, ale kobiety w takich sprawach raczej nie żartują, że czeka go długa spowiedź. Czy ma się z czego spowiadać? Chyba nie. Zawsze starał się żyć tak, żeby nikt przez niego nie płakał. Dzięki temu każdego ranka mógł spojrzeć w lustro bez obrzydzenia. Ale przecież sam - cierpiał. Kiedy Sonia związała się z Hubertem... Kiedy odeszła Wiktoria... O tym będzie jej musiał opowiedzieć i to będzie ta spowiedź.
Część 66 / 6
Długie milczenie przerwała Sonia. – Wiesz Ivo, to dziwne. Jest tak cudownie... Ale od pewnego czasu w mojej podświadomości tli się jakieś niejasne podejrzenie, że jesteśmy przez kogoś obserwowani. Ivo przypomniał sobie wczorajszy poranek i poczuł, że zaczynają go piec uszy. Co za kretyńska przywara. Od dzieciństwa. Spojrzała na niego uważnie i po chwili w jej oczach zaiskrzyły się wesołe diabełki. – Ivo, czemu masz takie czerwone uszy? Czuł, że pieką go jeszcze bardziej. Więc nagle zaczął wykazywać niezwykłe zainteresowanie kilkoma kamykami, leżącymi tuż obok. – Mhm, co takiego? O! Popatrz jaki dziwny kształt ma ten... Ale Sonia była bezlitosna. – No uszy masz takie czerwone. Czy to nie dlatego, że wczoraj rano podglądałeś mnie, jak się kąpałam w strumieniu? Poczuł coś, jakby mocne uderzenie obuchem. Przełknął ślinę, a jego oczy rozpoczęły gwałtowne poszukiwanie jakiejś mysiej dziury. Ale nie było ratunku. – Widziałaś... – No pewnie, że widziałam, kobiety zawsze widzą takie rzeczy. Zwłaszcza, jeśli same je prowokują. – Cooo?! – No tak... Chodź tu do mnie, przytul się, to coś ci powiem. Jak myślisz - ile jeszcze miałam czekać na jakiś krok z twojej strony? Wiedziałam już, że mnie kochasz, patrzyłeś na mnie tak jakoś... I nic. Ivo leżał w bezruchu z twarzą wtuloną w jej piersi. Cieszył się, że nie mogła widzieć wyrazu jego oczu. – No więc musiałam wziąć sprawę w swoje ręce. Podpalić lont, żeby wreszcie bomba wybuchła. Wczoraj rano, przez szparę w twoim namiocie widziałam, że już nie śpisz i chyba na mnie patrzysz. Olaf jeszcze spał, chrapanie rozlegało się na całą kotlinę. Pokręciłam się więc trochę z ręcznikiem na ramieniu, a usiłowałam to robić tak seksownie, jak tylko umiałam i poszłam. – Sonia, ale ja naprawdę nie miałem zamiaru... W każdym razie na początku... – Ivo! No wiesz co! A ja się tak starałam! – Boże! A ja miałem takie wyrzuty sumienia! I te cholerne czerwone uszy! Sonia, jesteś czarownicą! Oczami wyobraźni zobaczył tą scenę nad strumieniem jeszcze raz. Był pewien, że go nie widzi. Kobiety to naprawdę narzędzie szatana. – A wczoraj z tym Olafem, choć biedak nawet się tego nie domyślał, to też był - nie gniewaj się - element pracy nad tobą. – Nad rzeką?! Te rozmówki, smarowanie pleców? Myślałem, że go zabiję. Soniu, ja zaczynam się bać. Ależ ty musisz mieć o mnie opinię! Co to za chłop... Koniec! Od dziś będę jak rasowy samiec! – I tak trzymać - roześmiała się na cały głos.
Zapadła cisza. Dopiero po dłuższej chwili odezwała się znowu. Lecz diabełki już zgasły i była zupełnie poważna. – Wiesz, ale ja naprawdę mam podświadome podejrzenie, że jesteśmy przez kogoś obserwowani. Nie mówiłam ci - nawet kilka razy sprawdzałam, czy przypadkiem nie ma tu gdzieś Olafa. Nie, żebym go o coś podejrzewała, ale przecież jesteśmy sami w tej kotlinie. I dopiero teraz... Ale to głupie... – Co kochanie? – Spójrz w niebo. Na wschód od słońca. Jakieś trzydzieści stopni. Ivo usiadł i patrzył w górę osłaniając sobie dłonią oczy od słońca. – Nic nie widzę. – Przyjrzyj się. Wiesz jak czasami wygląda w dzień księżyc w pełni. Taki blady, świecący krążek. Czy widzisz podobny krążek, tylko mniejszy? – A rzeczywiście. Jest coś takiego. Ale to pewnie jakieś złudzenie optyczne, czy załamanie światła - jak fatamorgana. – Tylko, że teraz uświadomiłam sobie, że ten krążek, czy co to tam jest, widziałam też wczoraj i przedwczoraj. I to dokładnie w tym samym miejscu na niebie. To znaczy - słońce przesuwa się ze wschodu na zachód, a to coś jest ciągle tam, gdzie teraz. – Dziwne. Nie wygląda na sztucznego satelitę. Za duże, widoczne w dzień... Jednak nie powinniśmy się chyba tym specjalnie przejmować. – Mam nadzieję. Chociaż moja babska intuicja mówi mi, że to nie jest coś naturalnego. I będę cię miała na oku, ty wścibski obserwatorze!
***
Siedzieli nad brzegiem potoku na pniu powalonego drzewa. Zbliżał się wieczór, a oni wciąż nie myśleli jeszcze o powrocie do obozu. Sonia położyła głowę na jego ramieniu. – Chcę cię o coś poprosić - odezwała się cicho. – Wiesz Soniu, że dziś spełnię każde twoje życzenie. – Mówiłam już - po tym jak kochaliśmy się pierwszy raz - że chciałabym, żebyś opowiedział mi... wiesz, o tym co nazwałam spowiedzią. Więc opowiedz mi teraz. – Co? Teraz? Mówiłaś, że kiedyś! – Ale nie wytrzymam. Chcę wiedzieć o tobie wszystko. Już! Coś tam nawet kiedyś przypadkiem słyszałam - jakieś urywki zdań, kiedy Ida i Melania plotkowały o tobie na jakimś lunchu. Siedziałam dwa stoliki dalej i ucho wyciągnęło mi się na metr. Ale było dość głośno i prawie nic nie zrozumiałam. A teraz aż mnie ssie w środku ta moja babska ciekawość. Zresztą po tym co było dzisiaj, muszę wiedzieć o tobie wszystko. Natychmiast! Ivo miał wyraźnie zakłopotaną minę. – Chciałbym to sobie jakoś wcześniej poukładać w głowie... – Żadnego układania i pamiętaj - żadnej cenzury. Ma być jak na spowiedzi. Za to obiecuję rozgrzeszenie, a nawet odpust zupełny. – Sonia, jesteś straszna! – Jestem! Wiem o tym! Mówić mi tu zaraz jak było! Ivo westchnął ciężko. A ona usiadła na ziemi i położyła głowę na jego kolanach, patrząc w mu prosto w twarz. Jej oczy wyrażały oczekiwanie i jakąś tajoną obawę. Wyczuł to, więc powiedział: – Chyba cię trochę zawiodę, bo nie byłem znowu takim strasznym grzesznikiem i moja spowiedź może okazać się nudna. Dobrze, że to powiedział, bo obawa w jej oczach przygasła. Chrząknął i rozpoczął swoją opowieść: – Jak wiesz Soniu, Casanovą raczej nie jestem, więc szkolne lata możemy sobie odpuścić, bo z twojego punktu widzenia nie zdarzyło się w nich nic interesującego. – Nie jestem taka pewna, ale jeśli tak twierdzisz, to ten okres zostawimy sobie na późniejsze przesłuchania. Mów co było potem. – Więc potem poszedłem na biologię. Na pierwszym roku to wiesz... właściwie było tylko wkuwanie, na drugim to samo. Dopiero w wakacje... Poznaliśmy się na studenckim obozie żeglarskim. Miała na imię Wiktoria. Od razu rzuciła mi się w oczy, bo nie bardzo integrowała się z obozową gawiedzią. To były jeszcze szczenięce lata, więc wiesz jak to jest: wszyscy - chłopaki i dziewczyny rozrabiali jak wariaci, a ona jedna zachowywała się jak księżniczka. Gracja, elegancja, dyskretny dystans. Wszystko w najlepszym stylu. I chociaż uważam, że była naprawdę piękna, bo określenie "śliczna" jakoś do niej nie pasowało, nie należała do szczególnie obleganych dziewczyn. A ja, ponieważ zawsze byłem trochę poważniejszy od rówieśników, spędzałem z nią więcej czasu niż inni. Było lato, upalne noce, gwiazdy - ta cała scenografia każdej wakacyjnej miłości, więc i ja, i ona, no wiesz - zakochaliśmy się. I którejś nocy był nasz pierwszy raz. Bo przedtem, ani ja, ani ona jeszcze nigdy... Sonia zamknęła oczy. A Ivo czuł, co się w niej teraz dzieje. – Potem, wbrew powszechnej opinii o wakacyjnych miłościach nasz związek trwał i rozwijał się dalej. Pół roku później mieszkaliśmy już razem w wynajętej kawalerce. Kochaliśmy się i myśleliśmy nawet o małżeństwie. Dla niej było to bardzo istotne. Szczególnie istotne. Bo Wiktoria była studentką teologii. Wiesz... jest wiele studentek teologii, dla których ten fakt nie miałby najmniejszego wpływu na życie osobiste - ale nie, jeśli chodzi o Wiktorię. Wiktorię bardzo uwierało to, że nasz związek nie spełniał pewnych, istotnych z moralnego punktu widzenia kryteriów. Miało to nawet konsekwencje w naszym hm... pożyciu, bo choć zdarzało się jej grzeszyć w chwili zapomnienia, to robiła wiele, żeby w to zapomnienie nie popadać zbyt często. Początkowo bardzo cierpiałem z tego powodu, ale potem przyzwyczaiłem się do pewnej wstrzemięźliwości. Jednak jej poglądy były częstym powodem naszych konfliktów. Stały się też one niewyczerpanym źródłem wielu dyskusji na temat prawd wiary i dogmatów katolickich. – To o tym wspomniałeś wczoraj w dyskusji? – Tak. – Wiedziałam... Spojrzał na nią z czułością i ciągnął dalej: – No więc, im bardziej żarliwie Wiktoria broniła wyznawanych przez siebie wartości, tym więcej ja wysuwałem argumentów przeciwnych. Zawsze zarzucałem jej koszmarne gmatwanie toku rozumowania i ciągłe powoływanie się na poglądy świętych i nazwiska bliżej nikomu nie znanych filozofów. Zwykle takie dyskusje kończyły się niczym, czyli używanym przez nią stale argumentem ostatecznym: "bo ty nie masz w sobie łaski wiary". – Musiała chyba pochodzić z bardzo tradycyjnego domu - przerwała Sonia. – Otóż nie. Może to dziwne, ale Wiktoria miała zwyczajną rodzinę, w której matka i ojciec odwiedzali kościół raczej tylko w największe święta, a siostra, młodsza o dwa lata, w żadnym przypadku i w żadnej dziedzinie nie mogłaby - zdaniem Wiktorii - stanowić wzoru godnego naśladowania. Moje stosunki z jej ojcem, który w sumie był dość równym facetem, układały się znakomicie. Nieraz wyrażał on nawet nadzieję, że zrobię z niej nieco bardziej normalną dziewczynę. Nie mieli też nigdy uwag na temat naszego wspólnego mieszkania, ani zbytnio nie naciskali na małżeństwo. Przerwał, poszukując przez chwilę zagubionego wątku. – I co było dalej? - ponaglała Sonia. – Mimo wszystko nadal kochaliśmy się bardzo i robiliśmy wspólne plany na przyszłość. Przyzwyczaiłem się już do tego, że Wiktoria dość często wymykała się do pobliskiego kościoła - prawdopodobnie by pokutować za swoje grzeszne życie. Między innymi z tego powodu pewnego dnia oficjalnie zaproponowałem jej małżeństwo. Kupiłem jej pierścionek, wiesz... nie taki specjalnie drogi, bo z pieniędzmi u nas nie było za dobrze, ale ucieszyła się tak bardzo, że rano znów musiała pędzić do spowiedzi i przepraszać za grzech. Ustaliliśmy już datę ślubu - niestety dość odległą, ze względu na jej żałobę po niedawno zmarłej, ukochanej babci. Wspominając o babci muszę powiedzieć, że właśnie Wiktoria była uosobieniem wszystkich jej cech - po niej odziedziczyła zarówno klasę księżniczki jak i umiłowanie wiary. To babcia namówiła ją do podjęcia studiów teologicznych. Przez krótką chwilę zastanawiał się, jak to powiedzieć... – Pięć miesięcy przed ustaloną datą ślubu Wiktoria zaszła w ciążę. Na twarzy Soni pojawił się niepokój. A Ivo patrzył w przestrzeń i ciągnął dalej: – Początkowo nie myśleliśmy jeszcze o dzieciach. Studia, nienadzwyczajna sytuacja finansowa... Ale ze względu na jej poglądy, stosowane przez nas metody... no wiesz, nie należały do szczególnie skutecznych. Poza tym, nie miałem wtedy jeszcze nieodpartej potrzeby zostania ojcem. Trzeba jednak powiedzieć, że z czasem zacząłem odczuwać ogromną radość z tego oczekiwanego, choć dość nieoczekiwanego jednocześnie maleństwa. Wiktora też była szczęśliwa pomimo, że poczęte zostało przed ślubem. Obydwoje w przyszłości planowaliśmy dwójkę dzieci. Wybraliśmy już nawet imiona i dla chłopca, i dla dziewczynki. Bo nie chcieliśmy wcześniej wiedzieć, co się nam urodzi. Wszystko zapowiadało się znakomicie, Wiktoria dość dobrze znosiła pierwsze miesiące ciąży, aż nagle pewnego dnia... poroniła.
Zamknęła oczy i odwróciła głowę. Już nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy. I od tej chwili nie pytała o nic. A Ivo mówił drewnianym głosem: – Stało się to w połowie czwartego miesiąca. Lekarze wspominali o jakichś przyczynach, coś tam nawet próbowali tłumaczyć, ale Wiktoria wiedziała swoje: to była kara za jej grzech. Po powrocie ze szpitala, całkiem zamknęła się w sobie i przez miesiąc nie odzywała się prawie zupełnie. Niemal pół dnia spędzała w kościele. Ja też bardzo cierpiałem. Jednak miałem nadzieję, że czas jakoś wyleczy jej rany i zachowywałem się tak, jakby mnie nie było. Skończyły się dawne dyskusje, nie próbowałem nawet zbliżyć się do niej w nocy. Ale nie następowała żadna poprawa. Któregoś dnia nie zastałem Wiktorii w domu. Ponieważ nieobecność ta przedłużała się już ponad miarę, zadzwoniłem do jej rodziców sądząc, że pewnie zasiedziała się u nich. Ale tam jej nie było. Czekałem więc dalej z rosnącym niepokojem. Nie przychodziła. Tknięty jakimś niedobrym przeczuciem zajrzałem do szafy i łazienki - lecz wszystkie jej rzeczy pozostały na swoim miejscu. Nie spałem przez całą noc. Ale nie wróciła. Obdzwoniłem wszystkie szpitale. Nie było żadnego wypadku. Rano natychmiast zgłosiłem zaginięcie na policji. Nic nie wiedzieli. Mieli zacząć poszukiwania od jutra. Cały dzień spędziłem z jej rodzicami gubiąc się w domysłach. Wiktoria niewątpliwie była - jak to się mówi - atrakcyjną dziewczyną, ale nie należała do lekkomyślnych panienek narażających się na niebezpieczne sytuacje w klubach, dyskotekach, czy innych tego rodzaju miejscach.
Znów przerwał, zbierając myśli. Sonia leżała cicho, jakby usnęła. – No i Wiktoria przepadła. Nie pojawiła się ani następnego dnia, ani po tygodniu, ani po miesiącu. Rodzice odchodzili od zmysłów, ja prawie nie wychodziłem z domu. Zawaliłem nawet przez to semestr. Któregoś dnia przyszła mi do głowy myśl... Zgłosiłem na policji sugestię, że Wiktoria może być w jakimś klasztorze. Co prawda nigdy nic nie wspominała o klasztorach, ale w tej sytuacji... Na policji piętrzyli jakieś trudności, ale w końcu obiecali pomoc. Potem zapadła kilkutygodniowa cisza, aż wreszcie nie ja, ale jej rodzice otrzymali wiadomość, że istotnie, Wiktora jest w jednym z klasztorów. Dwieście kilometrów od domu. Zadzwonili natychmiast do mnie z płaczem - z jednej strony radości, że ich dziecko żyje, z drugiej - z niepokoju o dalszy jej los. Przyznam się, że obawiałem się wyrzutów i niesprawiedliwych ocen z ich strony, ale nic takiego nie nastąpiło. Pojechaliśmy tam natychmiast. Razem. Był to klasztor o dość surowych regułach i matka przełożona zgodziła się jedynie na krótką rozmowę Wiktorii z rodzicami. O widzeniu ze mną nie było nawet mowy. Z chłodnego spojrzenia i tonu jej głosu mogłem wnioskować, że uważa mnie za sprawcę nieszczęścia Wiktorii. Po rozmowie, która trwała równo piętnaście minut, rodzice wyszli załamani. Ich córka podjęła nieodwołalną decyzję o pozostaniu w klasztorze. Potem, bo przecież wciąż ją jeszcze kochałem, przez wiele miesięcy usiłowałem wszelkimi sposobami nawiązać z nią jakiś kontakt. Bezskutecznie. Dopiero dwa lata temu otrzymałem od jej rodziców wiadomość, że Wiktoria wyjechała z wieloletnią misją na Madagaskar. To wszystko.
Z oczu Soni popłynęły dwie cienkie strużki.
PONIEDZIAŁEK
Śniadanie dobiegało już końca. Olaf dość natarczywie patrzył na przyjaciela, ale ten wciąż unikał jego wzroku. Wczoraj wieczorem, w trakcie pożegnalnych pocałunków, Ivo i Sonia przyrzekli sobie, że na razie nie będą demonstrować swoich uczuć w jego obecności. Teraz są kolegami na delegacji służbowej i on nie może nagle poczuć się jak intruz. Owszem, wymieniali czułe, ukradkowe spojrzenia, lecz ani słowem nie wspominali o tym, co zaszło. Jednak Olaf nie dawał za wygraną. Wreszcie, kiedy na moment Sonia oddaliła się nieco, ściszonym głosem zapytał. – No jak tam! Gadaj Ivo! Jak było! – Kiedyś ci opowiem, ale nie teraz. Może tylko to, że chyba będziesz drużbą na naszym ślubie... – No nareszcie, już się bałem, że znów dałeś pla... Przerwał bo pojawiła się Sonia. – Kto ma dziś dyżur przy zmywaku - spytał głośno z nadzieją, że to nie on. – Mogę ja - na ochotnika - odrzekła Sonia.
Usiłowała być wesoła, ale widać było, że coś ją gryzie. Nie wiedziała, czy powinna dzielić się tym z resztą ekipy. – Wiecie co - zdecydowała się wreszcie - dziś w nocy śnił mi się profesor. I był to dziwny, niezwykle wyrazisty sen, zupełnie jak kolorowy film. Siedział jakiś zamyślony na ławce, przy stawie, przed instytutem. Jakby czymś zatroskany - nie, to zbyt słabo powiedziane - przygnieciony. – Sonia! - przerwał jej Ivo - to niesamowite, bo mnie się też dziś tak przyśnił. Dokładnie tak samo jak tobie. A potem wstał i wrzucił do stawu jakąś kępę lilii wodnych. Sonia zbladła. – Tak tak! - krzyknęła prawie - Wrzucił lilie do stawu. Słuchajcie, czy to może być przypadek, żeby dwóm osobom przyśnił się identyczny sen? Olaf siedział z dość niewyraźną miną. – I co, może te lilie były herbaciane? - spytał z naciskiem. Szeroko otwarte oczy Ivo i Soni zwróciły się w jego stronę. – Cooo? Tobie też?! Herbaciane! Tak, takie właśnie były! - krzyknęła Sonia - Ivo, czy w twoim śnie... Wyraz jego twarzy był wyraźnym potwierdzeniem. Minęło kilka pełnych napięcia chwil, zanim Olaf powiedział: – Tak, mnie też się to śniło! Nie wiem jak to wytłumaczyć. Dwie osoby to może być jeszcze jakiś przypadek, zbieg okoliczności. Ale trzy! – Słuchajcie, to musi coś znaczyć - Sonia była już pewna - Coś się stało z profesorem! Koniecznie, natychmiast dzwonimy do instytutu! Olaf aprobująco kiwnął głową. Ivo wyjął z kieszeni telefon i szybko wprowadził numer. Ale aparat był martwy. Spojrzał na wskaźnik pola. Zero. – Nie ma zasięgu. Albo coś się z stało z moją komórką. Sonia daj mi swoją. – Pewnie bateria - zwrócił uwagę Olaf. – Niee, pokazuje prawie sto procent. Zresztą dzwoniłem tylko raz, już tutaj i przecież wiecie - rozmawiałem zaledwie chwilę. – No nie... u mnie też nie ma zasięgu - przerwała Sonia. Olaf zobacz u siebie! No leć po telefon! Prędko! Skoczył do namiotu. Po chwili był już z powrotem.…