Inne · 6 min czytania
Obserwator
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Siedzieliśmy w barze i piliśmy piwo. Wieczorny wiatr przynosił nam ulgę po upalnym dniu. Mój stary druh podróży, zwanej przez niektórych życiem wspomniał historię sprzed paru lat. Przygotowywaliśmy wtedy sesję fotograficzną dla firmy pogrzebowej "Lepsze jutro". Zmęczeni rozmowami poprzedniej nocy ustawialiśmy statywy i wyczekiwaliśmy na odpowiednie światło. Dwoje młodych ludzi zapalało znicze przy zniszczonym przez czas nagrobku. Ich dialog zagłuszał tętniący ból głowy, jaki zwykle towarzyszył nam z rana: - Musisz poznać moją babcię, jest wspaniała... - ekscytował się jeden z młodzieńców i kontynuował. Kolega wpatrzony w nagrobek nie mógł pojąć, dlaczego rozmawiają o zmarłej. - Stary, ale ona nie żyje?! - nie wytrzymał i wtrącił się koledze zdziwionym głosem jego kompan. - Tak, ale nadal umie słuchać - dokończył rozmówca. To wspomnienie przypomina mi jak późno doceniamy ulotne chwile, które niczym ziarna piasku uciekają nam między palcami. Nie jesteśmy w stanie ich zatrzymać. Tak jak my, równo posunięci przez czas, nie odwrócimy klepsydry, jedynie zapisujemy kolejne dni... - To co, po maluchu? - zapytałem mojego przyjaciela. Ten skinął jedynie głową nawet nie odpowiadając. Poznaliśmy się trzydzieści lat temu na ulicach Rio. Byłem wtedy początkującym fotografem, spełniającym swoje marzenie o wyjeździe do Brazylii, a Fabio ulicznym włóczęgą. Gdy zapuściłem się za coraz bardziej pochłaniającym mnie tematem w nieznane zakamarki niebezpiecznych faweli, ocalił mi życie i mój aparat. Dzięki tamtej sesji zyskałem uznanie w branży jako młody, zdolny i odważny fotoreporter. Bardzo szybko posypały się propozycje. Nie zapomniałem o moim zbawcy, którego wkład w moje życie sprawił, że stałem się tym, kim jestem obecnie. Zaproponowałem mu pracę mojego asystenta z wdzięczności, bez namysłu. Na początku nie był przekonany. Jego angielski niewiele się różnił od mojego portugalskiego, ale parę butelek kaszasy otworzyło mu oczy na możliwości jakie niesie za sobą praca, przynajmniej tak wtedy myślałem. Ja zaś zyskałem przewodnika, a z czasem najbardziej oddanego towarzysza, którego spojrzenie poszerzyło moje horyzonty. Fotograf powinien dostrzec kadry w każdej sytuacji. Gdy mrugnie to tak, jakby nacisnął spust migawki, a Fabio miał oczy szeroko otwarte na życie. Pokazał mi świat jakiego nie znałem i nigdy bym nie poznał. Z czasem początkowa bariera językowa się zatarła. Szybko się przekonałem, że nasze ścieżki połączyło przeznaczenie. Przez pierwsze lata przemierzaliśmy kraje Ameryki Południowej, pstrykając dla europejskich i amerykańskich biur turystycznych oraz czasopism egzotyczne zakątki. Ale prawdziwą sławę przyniosły mi zdjęcia, które robiliśmy po pijaku, bawiąc się w rytmach samby, salsy, tango czy też foho. Gdy zwiedzaliśmy biedne dzielnice,…