melodramat · 16 min czytania
Obudź się
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}{i}Obudź się{/i}{/b}
Mdłe światło zachodzącego słońca wpadało do szpitalnej sali, muskając twarz mężczyzny ostatnimi tego dnia promieniami. Jego ciało, owinięte grubymi bandażami, trwało jednak w bezruchu. Jedynym źródłem dźwięku w ciasnym pomieszczeniu była skomplikowana aparatura, pilnująca, by funkcje życiowe pacjenta nie ustały. Miał przecież dla kogo żyć. Na korytarzu, za zimną szybą, stali jego bliscy. Rodzice, brat, schorowana babcia. Stali tam w milczeniu i patrzyli, przepełnieni lękiem i współczuciem. Młody mężczyzna, dla nich nadal pozostający małym chłopcem, otarł się przecież o tę cienką granicę, zza której nie ma powrotu. Śmierć musnęła go, lecz w porywie niezrozumiałej łaskawości wypuściła z rąk, dając drugą szansę, pozwalając wrócić i spróbować na nowo cieszyć się życiem. Może to dzięki staraniom lekarzy udało się zatrzymać uciekające z jego młodego ciała życie? Ale walka trwała nadal i każda chwila mogła być tą decydującą. Każdy wieczór i towarzyszący mu zachód słońca mógł być tym ostatnim. Wiedzieli o tym wszyscy, z wyjątkiem pogrążonego w błogiej nieświadomości pacjenta. W nieznośnym i niedającym ukojenia milczeniu bliscy przypatrywali się Adrianowi. Ale i oni musieli kiedyś odpocząć. Tak doradzali im lekarze i pielęgniarki. Mimo iż zapierali się, że chcieliby jeszcze tylko raz, choć na chwilę wejść do sali, niedające się przebłagać pielęgniarki nie chciały przyjąć tego do wiadomości. Stali tam przecież od kilku godzin. Mimo iż nie mogli z nim jeszcze porozmawiać, doskonale wiedzieli, że cieszyłby się z ich obecności w tak trudnym dla siebie okresie. Nie oni jedyni chcieli go jednak zobaczyć. Za oknem zapadał już przedwczesny, jesienny zmrok. Zbliżał się wieczór, inny jednak niż wszystkie dotychczasowe. Inny, bo przepełniony wątpliwością, tak rzadko goszczącą w pełnym szaleństw i radości życiu młodego pacjenta. — Stary, nawet nie wiesz, jak bym chciał… — zaczął przyjaciel Adriana, przysuwając do łóżka plastikowy taboret i siadając na nim. Głos ugrzązł mu jednak w gardle. Głos ugrzązł mu jednak w gardle. Spojrzawszy z uwagą na bezwładne ciało kolegi podniósł wzrok w stronę wiszącego na korytarzu, a dobrze widocznego przez szybę, drewnianego krzyża. — Ern… Cichy, niewyraźny szept zmącił panującą wokół łóżka ciszę. Leżący tam od kilku dni dwudziestolatek drgnął, co nie uszło uwadze czuwającej nad nim aparatury. — Ernest — powtórzył Adrian, nieco wyraźniej, delikatnie uchylając powieki. Wyraźnie brakowało mu sił, ale najwidoczniej rozpoznał przyjaciela, bo na jego poranionej twarzy po raz pierwszy od dłuższego czasu zagościł wątły lecz niewątpliwie szczery uśmiech, zmącony chwilę później grymasem bólu. Po kilku bezowocnych próbach szerszego otwarcia zeschniętych ust, wyszeptał: — Co ty tutaj… Co ja… — Spokojnie! Ernest błyskawicznie poderwał się z miejsca. Widok poruszającego się Adriana bardzo go zmieszał. Próbując wyjaśnić sytuację, rzekł spokojnie: — Nie denerwuj się. Jestem tutaj. Zdarzył się wypadek, ale nic ci się nie stało. Odpoczywaj, jeszcze chwilę z tobą posiedzę. — Jaki wypadek? — Adrian otworzył szerzej oczy, a gdy próbował się poruszyć, na jego twarzy kolejny już raz zagościł niemy grymas bólu. — Nic poważnego. — Ernest z niepokojem obserwował aparaturę, odmierzającą coraz szybsze bicie serca jego przyjaciela. — Leż spokojnie, nie ruszaj się. Wyjdziesz z tego, mówię ci. Jego kolega nie zamierzał jednak ustępować. Rozejrzawszy się niepewnie po szpitalnej sali, wyszeptał, wyraźnie już słabszym głosem: — Ja nic nie pamiętam. Proszę, powiedz mi. — Nie myśl teraz o tym, kiedyś…
{i}Słońce leniwie wspinało się po bezchmurnym niebie, niespiesznie celebrując ostatnie ciepłe dni tej jesieni. Zanosiło się na naprawdę piękny weekend. Pusta, wiejska droga zdawała się dopraszać o pełniejsze wykorzystanie mocy dopiero co zakupionego auta. Wszystko byłoby idealne w tej scenie, gdyby nie ten piekielny, niedający się zagłuszyć pisk, dobiegający z każdego zakamarka wiejskiego otoczenia. Niewytłumaczalny hałas mącił ten iście sielski obrazek. Adrian dobrze znał okolicę. Wiedział, że wybaczy mu ona odrobinę zdrowej brawury. Zawsze wybaczała.{/i}
To ciemność sali, w której ponownie się znalazł, zmusiła Adriana do próby szerszego otwarcia opuchniętych powiek. Chciał zobaczyć Ernesta, dowiedzieć się od niego wszystkiego. Zrozumieć, jak znalazł się w szpitalu. — Ern, powiedz, proszę! — Dzisiaj nie ma już na to czasu, będą inne okazje. Jest późno. — Przyjaciel uparcie milczał, co tylko pogłębiało frustrację leżącego na łóżku dwudziestolatka. — Proszę! — Nie! — Ernest zaprotestował ostro. — Po co chcesz pamiętać?! Tak będzie lepiej. Posiedzę z tobą jeszcze chwilę. Była tutaj twoja rodzina — dodał pospiesznie, chcąc zmienić temat rozmowy. Na korytarzu rozległy się jakieś głosy. Chwilę później za szklaną szybą mignęły sylwetki kilku ubranych na biało osób, najpewniej personelu medycznego, biegnących gdzieś w pośpiechu. — Musisz mi wszystko wyjaśnić — nie ustępował Adrian, ponownie podniósłszy wzrok na kolegę. — Pielęgniarka zaraz cię stąd wyrzuci, pospiesz się! — Jezus, ratujcie go! Odgłosy z korytarza ponownie zmąciły ciszę szpitalnego wnętrza. Ernest mimowolnie odwrócił się w kierunku szyby, za którą tym razem przemknęły dwie inne postaci. Z pewnością nie byli to jednak lekarze. Ubrani w jednorazowe, szpitalne fartuchy, mężczyzna i kobieta sprawiali wrażenie wystraszonych. Najprawdopodobniej gdzieś niedaleko toczyła się właśnie walka o życie kogoś im bliskiego. Żadne z nich nie próbowało pocieszać drugiego. Idąc w pośpiechu znaleźli jednak chwilę czasu by przystanąć i zerknąć pozbawionymi wyrazu oczyma do sali, w której leżał Adrian. Mimo że chłopak nie mógł ich zobaczyć, pozbawiony możliwości poruszania karkiem, najwyraźniej poczuł na sobie przenikliwe spojrzenia tych nieznanych mu ludzi. Widzący tę scenę Ernest wyraźnie sposępniał. Nigdy nie przepadał za szpitalami, a jednak, mimo iż widać było, że czuł się tutaj nieswojo, został w sali tak długo. Pobladł wprawdzie, ale najwyraźniej nie zamierzał odchodzić. Dopiero widok maszerującej korytarzem pielęgniarki ożywił go nieco bardziej. — Pójdę już — zaczął ostrożnie, po czym widząc protestujące spojrzenie Adriana dodał — Naprawdę późno się zrobiło, na pewno przecież jeszcze nie raz się spotkamy. Wszyscy na mnie czekają, nie mogę stać tutaj wiecznie. Muszę iść. — Zostań, proszę — zaprotestował ostatkiem sił jego przyjaciel. — Zobacz, w jakim jestem stanie.
{i}Ponownie siedział w samochodzie. Towarzyszący mu nieustannie pisk nie był już tak uciążliwy. Może zdążył się do niego przyzwyczaić? Teraz zdawał się rozlegać jakby w innym wymiarze, brzmiał, jak dochodzący zza niewidzialnej mgły. — Będzie grubo — powiedział nagle, choć mógłby przysiąc, że nawet nie poruszył ustami. Jego głos brzmiał dziwnie. Odbijał się głuchym echem od niewidocznych barier, był wzmocniony, a mimo to nienaturalnie głuchy. — Kupiłem, co trzeba. Artur zaprosił swoją nową dziewczynę, ale w porównaniu do mojej Zosi… Sugestywnie uderzając dłońmi w kierownicę Adrian mocniej wciągnął powietrze, po czym docisnął pedał gazu. — Jeśli w ogóle będzie okazja się nią pochwalić, kretynie! — zabrzmiał niespodziewanie inny, obcy głos. Zniekształcony, a jednak wiążący się z najwyraźniej mocnymi wspomnieniami. — Zwolnij, bo się rozpierdolimy zanim się napierdolimy! Adrian po raz pierwszy uświadomił sobie, że ktoś obok niego siedzi. Nie mógł jednak poruszyć szyją, by zobaczyć twarz towarzysza. Próbował, wił się, ale nie dawał rady. Kark tymczasem bolał go coraz mocniej.{/i}
Ucisk stawał się nie do zniesienia. Zlany potem, chłopak przestał więc się wiercić. — Spokojnie, bo coś sobie zrobisz! — Ernest nadal stał obok łóżka. Sprawiał wrażenie mocno wystraszonego. — Zobacz — dodał, wskazując ręką na szybę. — Poszła sobie, jeszcze…