Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 13 min czytania

Obudziłem się o północy [tytuł roboczy] - Część 2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}Proszę wziąć pod uwagę, że jest to wciąż wersja robocza - do poprawki i zapewne zawiera trochę błędów. Pierwsza część opowiadania dostępna jest w moim portfolio. Zapraszam do czytania!{/i}

Świadomość wracała powoli, jakby to była gra wstępna do rzeczywistości. Jej eteryczne place najpierw delikatnie dotknęły mojego zmysłu smaku. Intensywnego, metaliczno-słonego, wdzierającego się w kubki smakowe na języku. Zanim zdążyłem się dobrze zastanowić, wrócił mi również słuch – do moich uszu zaczęły docierać ciche dźwięki pianina. Otworzyłem oczy i rozpoznałem pomarańczowożółte słońce namalowane na błękitnym tle sufitu w mojej sypialni – byłem w domu. Potwornie łupała mnie głowa i czułem wprost proporcjonalne to tego łupania pragnienie. Całkiem jak po tygodniu ostrego imprezowania. Chciałem wstać z łóżka, ale ledwo mogłem się ruszać – wszystkie mięśnie bolały mnie jakbym przebiegł sprintem maraton. Powoli usiadłem i przytrzymując się krzesła stojącego przy łóżku podniosłem się na nogi. Po podłodze porozrzucane były rzeczy, które miałem na sobie wczoraj, na kremowym dywanie było widać brunatne smugi i plamy. Nie mając siły by się nad tym zastanowić zacząłem posuwać się w stronę kuchni podpierając się o ścianę. Otworzyłem drzwi do przedpokoju i dźwięki pianina nasiliły się, dochodziły z drugiego pokoju – musiałem włączyć hajfi zanim się położyłem. Co właściwie się stało? Nie mogłem trzeźwo myśleć, jedyne o czym myślałem to wiadro wody, które mógłbym w siebie wlać. Dowlokłem się do kuchni i wypłukałem usta. Smak zniknął, woda którą wyplułem miała ciemnoczerwony kolor. Wypiłem jeszcze duszkiem cztery szklanki. Oczyszczacz szumiał jednostajnie. Poczułem się nieco lepiej, wyciągnąłem z lodówki pojemnik z gotowym jedzeniem i nie patrząc co to jest, wrzuciłem do nanofalowki, którą nastawiłem na pięć sekund. Zapachniało kurczakiem, nieźle trafiłem. Zostawiłem jedzenie w nanofali żeby trochę ostygło i poszedłem do pokoju wyłączyć hajfi, głowa wciąż łupała mnie niemiłosiernie i pianino zaczynało działać mi na nerwy. To chyba jeden z bluerayow z kolekcja archaicznej muzyki poważnej, pewnie Rachmaninow albo inny Szopen – nie potrafiłem rozpoznać w stanie, w jakim się znajdowałem. Lubiłem czasem posłuchać przedpotopowych kawałków, które komponowano bez użycia jakiejkolwiek elektroniki, czysty geniusz muzyków w stanie transu twórczego, rozczochrane siwe włosy, nabiegłe krwią nieobecne oczy i porozrzucane kartki zapisane drobnymi nutkami na szalonych pięcioliniach. Przechodząc obok lustra mimowolnie odwróciłem się plecami i spojrzałem. Blizny nie było. Ani śladu, jak gdyby nigdy nie istniała. Może to jednak był cholerny sen, wszystko co się zdarzyło od... Właściwie od kiedy? Dźwięki dochodzące z pokoju nagle ucichły. Po chwili zaczął się kolejny utwór, który tym razem rozpoznałem: IX Symfonia Beethovena. Tylko tego mi teraz było trzeba, pieprzonej ody do radości! Ruszyłem do pokoju z zamiarem roztrzaskania całego zestawu hajfi w drzazgi. Łącznie z drogim hologramowym wyświetlaczem wizualizacji. Otworzyłem gwałtownie drzwi i stanąłem jak wryty. Siedział na kanapie, miał przymknięte oczy i odchylona do tylu głowę. Skrzydła kładły się na oparciu i siedzisku, długie włosy opadały swobodnie do tylu. Tym razem anioł ubrany był w białą tunikę przewiązaną w pasie złotą szarfa. U boku miał ta samą czarną pochwę co poprzednio, wystawała z niej krótka rękojeść z prostym jelcem, ozdobiona na końcu pojedynczym kamieniem piaskowego koloru. Dłonie trzymał płasko na kolanach, obydwa palce wskazujące poruszały się w górę i w dół w rytm muzyki. - Witaj Mateuszu. – powiedział nagle. Drgnąłem. Anioł powoli podniósł głowę i jeszcze wolniej otworzył oczy. Spojrzałem w ich otchłań. Pomarańczową, nie niebieską. – Nazywam się Fanuel – znów odezwał się anioł i zamilkł, patrząc na mnie. Wiedziałem jakoś, że patrzy mi prosto w oczy, mimo ze nie miał źrenic. Czułem jego uwagę na sobie. W sobie. Zwróciłem teraz uwagę na drobne szczegóły w budowie jego twarzy, które sprawiały że wyglądał zupełnie inaczej niż Mal’ach. - Ty... jesteś... – tylko tyle zdołałem z siebie wydusić. - Ja jestem Fanuel. Tak brzmi moje prawdziwe imię. Czy wiesz co ono oznacza? – pokręciłem powoli głową i oparłem się o framugę. Kolana ugięły się pode mną. - Zapytaj Posłańca. Zapytaj Mal’acha o jego prawdziwe imię. Zapytaj, a będzie musiał ci powiedzieć. Nie wszystko jest tym czym się wydaje, Mateuszu. Pozory mylą, rzeczywistość jest ulotna, a sny się sprawdzają. Śnisz, Mateuszu. Śnisz mnie teraz, a ja rosnę w sile w tobie. Fanuel oznacza Boży Ogień. Ja jestem tym, który stoi z płonącym mieczem u bram Edenu, jam jest Uriel, jam jest Uriah, Jego Ręka, Jego Ogień, Piorun, Grzmot i Przerażenie! – Mówiąc to anioł zaczął rosnąć w oczach. Jego glos stal się tak głośny i potężny, że przestał być słyszalny, do moich uszu dochodził jedynie głuchy huk gromu, znaczenie słów docierało bezpośrednio do mojego umysłu, chociaż nie był to już znany mi język. Anioł był teraz ogromny, większy niż cały pokój, a jednak niewiadomym sposobem wciąż mieścił się w nim i był tutaj, patrzył na mnie z góry, w jego oczach płonęło piekło. Mieszkanie zaczęło się ruszać, ściany zdawały się przenikać nawzajem, rozszerzając i zwężając, jak w ruchomym gabinecie krzywych zwierciadeł rzeczywistości. Upadłem na kolana, zwinąłem się w kłębek i zacząłem się trząść jak w padaczce. Anioł wciąż wypełniał całą przestrzeń swym jestestwem i straszliwym głosem – Jam jest Nasieniem w tobie, Mateuszu Marucie! Ja jestem tym, który zsyła ci sny i kieruje twoimi czynami! Jam jest ogniem zemsty i żarem odkupienia! Obudź się teraz i podpal świat! – Zaczęło od niego bić jasne światło, poczułem je w swoim umyśle, w swoim ciele, w każdej komórce, w każdym nerwie i w każdej mojej myśli. Nagle wszystko się urwało, jakby ktoś uciął skalpelem linie czasu. W ułamku sekundy zapadła cisza, która wypełniła jednostajnym cichym piskiem moje uszy, jasność zgasła, mój świat za zamkniętymi powiekami spowiła spokojna ciemność i straciłem przytomność.

O_O_O

Obudziłem się. Świadomość wracała powoli, jakby to była gra wstępna do rzeczywistości. Jej eteryczne place najpierw delikatnie dotknęły mojego zmysłu smaku. Intensywnego, metaliczno-słonego, wdzierającego się w kubki smakowe na języku. Zanim zdążyłem się dobrze zastanowić, wrócił mi również słuch – do moich uszu zaczęły docierać ciche dźwięki pianina. Otworzyłem oczy i rozpoznałem pomarańczowożółte słońce namalowane na błękitnym tle…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Obudziłem się o północy [tytuł roboczy] - Część 2 — czytnik · opowiadania