Fantasy · 9 min czytania
Ocean śmierci
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Przenikliwy krzyk wyrwał mnie ze snu. To był mój krzyk. Siedziałem spocony, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch, aż uświadomiłem sobie, że to tylko sen. To jednak nie był zwykły koszmar, tylko cholerna broń niszcząca umysł mój i całej załogi. Wszyscy spaliśmy krótko, a następnie budziliśmy się z krzykiem. Piekielna postać z koszmaru prześladowała mnie na każdym kroku. Przeklęty ocean. Utknęliśmy tu gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Podniosłem się z łóżka przecierając oczy. Wszędzie wokół tylko ciemność. Idąc do wyjścia potykałem się o wszystko co zalegało na podłodze. To, że moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności nic nie pomagało. Żeby widzieć coś więcej niż czubek własnego nosa, musiałbym być jakimś kotem. Otworzyłem drzwi kajuty. Na zewnątrz panował ten sam mrok. Ciemność, przez którą nawet nie potrafiłem określić czasu. Wiedziałem tylko, że gniliśmy tam bardzo długo. Zdążyłem już zapomnieć jak to jest, kiedy na pokładzie wita mnie słońce i powiew wiatru. A to wszystko przez czas, lub mrok roztaczany przez samą śmierć. Mrok doprowadzający nas do utraty zmysłów. Nie pamiętam nawet jakim prawem znaleźliśmy się w tym miejscu. W innym wymiarze, czy też w zaświatach. - Niech będzie przeklęty dzień, kiedy to się stało. Mówię sam do siebie? Tak. Wszyscy zaczynamy wariować. Wlepiłem wzrok w jedną ze słabo świecących lamp. Tylko dzięki nim miałem jakąkolwiek orientację. Nawet one nie przenikały ciemności tak jak powinny, ale dzięki nim miałem szansa zobaczyć twarze załogi. Wtedy widziałem zmiany jakie w nich zaszły. Ich oczy były puste a twarze stare. Ciekawe co z Teru. Poszedłem go szukać, starając się nie wpaść na kogoś z załogi. Mój młodszy brat siedział w pobliżu zejścia do ładowni. Przybliżyłem lampę do jego twarzy i zobaczyłem obłęd. - Teru, wszystko w porządku? – Zapytałem beznamiętnym głosem. Biedak wlepił we mnie wzrok nic nie mówiąc. Niemal czułem jego ból. Odwróciłem twarz, nie mogłem tego znieść. Teru klęczał w jednej pozycji, po czym osunął się na deski pogrążając się we śnie. Chciałem zapłakać, ale nie potrafiłem już nawet tego. To co ludzkie zaczęło mnie opuszczać. Moja twarz pozostawała niewzruszona. Nie potrafiłem okazać jakichkolwiek uczuć. Nawet ich nie odczuwałem. Jedyne co pozostało to ból i ciemność. Opuściła mnie już cała nadzieja. Postanowiłem przejść się w stronę rufy. Potykałem się o wszystko o co Można się potknąć. Na miejscu spojrzałem w pustą, czarną przestrzeń. Wychyliłem się lekko i spojrzałem w dół. Nie widziałem, ani nie słyszałem wody. Można by pomyśleć, że stoimy w miejscu, a jednak w jakiś niewytłumaczalny sposób wiedziałem, że płyniemy. Wlepiałem wzrok w pustkę, mając wrażenie, że zaraz coś zobaczę. Miałem rację. Dostrzegłem coś wyłaniającego się z ciemności. To były trupy. Ocean był wypełniony ludzkimi ciałami. Do moich nozdrzy dotarł smród zgnilizny. Chciałem się cofnąć, ale coś sprawiało, że nadal wpatrywałem się w niezliczoną ilość zmarłych, zapewne czekających, aż do nich dołączę. - A może takie jest moje przeznaczenie. – zacząłem szeptać do siebie. – Czy dołączając do ofiar oceanu śmierci uwolnię resztę załogi? Zawładnęła mną myśl o skoku. Wychyliłem się jeszcze bardziej. - Tam coś jest! – usłyszałem jakiś głos w oddali. Miałem wypełnić swoje przeznaczenie. Skoczyć dla dobra innych. Dla Teru. Puściłem się zamykając oczy. - Kapitanie! – poczułem czyjąś rękę na ramieniu. - Akbar? Co ty tu robisz? – Wykrztusiłem, z trudem łapiąc oddech jakbym przed chwilą tonął. - Kruk. – Odparł czarnoskóry mężczyzna. - Kruk? Tutaj? – Żywa istota oznaczała nadzieje, a ja i tak wciąż mówiłem tym bezbarwnym głosem. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę, z której dobiegły mnie ludzkie głosy. Załoga wymieniała komentarze wskazując palcami na ledwo dostrzegalnego kruka, który usiadł przy jednej z lamp. Podszedłem bliżej. Ptaszysko zerwało się do lotu. Poleciał za lewą burtę. Światła… Wszyscy zobaczyliśmy jak pojedyncze światła zaczęły ukazywać się na horyzoncie. Płyniemy w tamta stronę! – krzyknąłem. Ktoś pogramolił się do steru i poprowadził statek ku coraz wyraźniejszym płomieniom. Po jakimś czasie statek zatrzymał…