srodowisko · 7 min czytania
October
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"October And the trees are stripped bare of all they wear What do I care? October and Kingdoms rise and Kingdoms fall but You go on... and on..."
Wychodzę wczesnym rankiem. Zostawiam za sobą pośpiech, służbową garsonkę i tysiące stresujących myśli, które jakby naładowane prądem krążą w pustym mieszkaniu. Ubrana w wygodny strój, z plecakiem na plecach i uśmiechem na twarzy wyruszam.
Na zakręcie mijam krzew śnieguliczki ozdobiony białymi kuleczkami, na które lubię patrzeć i czasem, dla zabawy, rozdeptywać butem – wtedy trzaskają. Przy śmietniku, jak co dzień, stoją pan i pani. Ona wsparta o niebieski, plastikowy pojemnik na kółkach. On ściska miotłę z długim trzonkiem. Pogrążeni w rozmowie ledwie mnie dostrzegają, gdy ich pozdrawiam, jakby to była ich tajemna schadzka, może nie ta pierwsza, ale kolejna. Ci sami ludzie, te same czynności, zmienia się tylko otoczenie, pory roku i ich ubrania. Teraz zamiatają spadłe tej nocy liście, zimą zgarniają łopatami śnieg, aby ludzie z blokowisk bez przeszkód mogli dreptać po chodniku. Sprzątają też wszechobecne psie kupy i inne nieczystości. To ich praca, z tego żyją.
W moją stronę zmierza kobieta w trudnym do określenia wieku. Ma jaskrawo-rude włosy, ciemne okulary na nosie, czarną kurtkę, spodnie i buty na wysokim koturnie takiego samego koloru. W ręku trzyma pustą, dużą, niebieską torbę z IKEI. Znam tę panią z widzenia, spotykam ją codziennie. Dzisiaj dopiero zmierza do śmietnika, gdzie będzie szukać potrzebnych jej rzeczy, jedzenia, części garderoby i czegokolwiek, co uzna za przydatne. Zazwyczaj idziemy razem w tym samym kierunku, ja z laptopem do pracy, a ona wraca dokądś tam dźwigając ciężki wór na plecach. Z pozoru niczym się nie wyróżnia, nie wygląda na bezdomną, jest czysta i nie śmierdzi z daleka. Znam jej sekret, za ciemnymi szkłami okularów ukrywa pozbawione blasku nadziei oczy.
Schodzę do metra. Tutaj wszyscy wyglądają jednakowo nieprzystępnie, chłodno i służbowo. Siedzący wpatrują się w swoje smartfony, czytają książki lub po prostu drzemią. Młodzież odrabia zapomnianą pracę domową lub ze spuszczonym wzrokiem udaje, że nie dostrzega stojącej tuż przed nimi ciężarnej kobiety lub starszej pani, która też chciałaby spocząć. Cały ten tłum, upchnięty jak śledzie w beczce, jest jakiś mdły, bez wyrazu, szary jak popiół z wygasłego ogniska. Jakby wszyscy wzięli rano taką samą pigułkę, która odbiera radość życia i optymizm. Kołysani ruchem pociągu pochylają się rytmicznie to w jedną, to w drugą stronę. Zaczynam kaszleć i zanoszę się coraz bardziej. To moja dolegliwość, której żaden lekarz, a byłam już u kilku specjalistów i zrobiłam wiele badań, nie potrafi wyleczyć. W przerwie między kolejnymi atakami kaszlu słyszę ciche: „Proszę” i zauważam dłoń wyciągniętą w moją stronę ze spoczywającym na niej cukierkiem. Mężczyzna obok mnie wyjaśnia, że one tłumią kaszel i sam używa ich od lat. Opowiada, że kupuje je w Niemczech, bo u nas takich dostać nie można. Rzeczywiście działają, męczący napad ustaje, a ja spoglądam na nieznajomego. Rozmawiamy o różnych sprawach, o cudownych landrynkach i papierosach, których nigdy nie paliłam. Pan snuje opowieść o małej dziewczynce, która jest jego słoneczkiem. Podarował jej całe pudełko książek, a ona w podzięce uzbierała dla niego bukiecik polnych kwiatów, które dziś rano znalazł na wycieraczce pod drzwiami. Jest szczęśliwy, wyróżnia się z milczącej ściany smutnych istot. Gdy wysiadam wręcza mi z uśmiechem garść cukierków i życzy zdrowia. Czasem można…