Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 13 min czytania

Oczami Emily cz. I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pewnego bardzo zimnego dnia lutego, w roku dwa tysiące szóstym, około godziny dziewiętnastej trzydzieści wszyscy mieszkańcy małego przedmieścia w stanie Massachusetts już dawno pozaszywali się w ciepłych domach. Stare małżeństwa w ciszy i spokoju czytały swoje ulubione książki, a młodzi nowożeńcy ogrzewali się wzajemnie na kanapach oglądając filmy dokumentalne. Mamusie i tatusiowie z wielką radością obserwowali swoje pociechy, kiedy na ich twarzyczkach pojawił się szeroki uśmiech, gdy spadł biały śnieg. Niektóre zakochane po uszy w sobie pary przechadzały się po pustych ścieżkach białego miasteczka, trzymając się za ręce i rozmyślając na temat swojej wspólnej przyszłości. Niestety nie wszystkim parom było dane spędzić razem resztę swojego życia. Tego mroźnego dnia wiele ludzi zostało połączonych węzłem małżeńskim, ale też wiele ludzi rozłączyła śmierć. Straszna, okropna i przerażająca śmierć, której nikt nie jest w stanie uniknąć. Poszczególnym ludziom udaje się przeżyć, a niektórzy po prostu mimowolnie oddają jej swoją duszę. Na takiej krawędzi, pomiędzy życiem a śmiercią znajdował się Carl Dean. Mężczyzna średniego wzrostu, o brązowych, krótkich włosach i ciemnobrązowych, niemalże czarnych oczu. Był typem człowieka, którego życie było niczym niewyróżniającą się egzystencją zwykłego trzydziesto-siedmio latka. Codziennie powtarzała się ta sama rutyna. Carl wstawał o równej godzinie piątej. Brał prysznic, mył zęby, ubierał się, a następnie przygotowywał sobie śniadanie, które spożywał pomiędzy godzinami piętnastą a szesnastą: dwie duże bułki z serem oraz mała puszka dietetycznej coli. Około godziny szóstej Carl wsiadał do samochodu, a dopiero o godzinie siódmej był w budynku, w którym pracował jako analityk biznesowy. Dokładnie dziesięć godzin później Carl Dean Znajdował się już w domu planując kolejne dni swojego życia. Ten zwykły, szary i nudny mężczyzna nigdy nie spodziewał się, ze spotka taką kobietę jak Emily Maddows. Ta wspaniała osoba była jego przeciwieństwem. Dwudziesto-ośmio latka o czerwonych jak krew włosach, dużych, pięknych błękitnych oczach i szczupłej sylwetce była kobietą niezorganizowaną i roztrzepaną, chociaż bardzo inteligentną i mądrą. Carl nie przyszedł do pracy tylko raz. Było to wtedy, gdy spotkał Emily. O godzinie szóstej mężczyzna włożył swój lekko pordzewiały, srebrny klucz do zamka, dwa razy go przekręcił, wyjął i włożył do prawej kieszeni szarych spodni, upewniając się, iż nie ma ona ani jednej małej dziurki. Brunet wyjął tym razem z lewej kieszeni klucz od swojego czarnego samochodu i zszedł powoli po schodach, mijając przy tym swoją pięćdziesięcioletnią sąsiadkę ze sklerozą, która mówiła mu, tym razem po raz pierwszy „dzień dobry”. Carl wszedł do swojego samochodu, przekręcił kluczyki, włączył ogrzewanie, po czym zaczął spokojnie jechać do swojej nudnej pracy. Dziesięć minut później Carl zbliżał się do sygnalizacji świetlnej. Widząc pojawiające się pomarańczowe światło, zwolnił. Wtem zza rogu wybiegł potężny mężczyzna, który trzymał w swoich ogromnych rękach promieniejącą wiosennymi kolorami torebkę, której trudno był nie zauważyć. Carl nadal jechał powoli, lecz nie zdając sobie sprawę z tego, że pomarańczowe światło zmieniło się w czerwony kolor. Jego wzrok był całkowicie skupiony na mężczyźnie. Niespodziewanie zza tego samego rogu wybiegła kobieta, o pięknych, długich, dziwnie czerwonych włosach. Krzyczała wniebogłosy, targając sobie przy tym włosy. Carl nie mógł odciągnąć wzroku od niej. Jego oczy powoli przebiegały w stronę maski jego samochodu, która znajdowała się coraz bliżej zachwycającej kobiety. W jednym ułamku sekundy z potwornego trzasku było słychać tylko głuchą ciszę. Przechodnie, obserwujący już wcześniej całe zdarzenie, stali w tamtej chwili jak słupy i wlepiali wzrok już w samochód, a nie w złodzieja, który zdążył już dawno uciec wraz z torebką kobiety. Carl obudził się w szpitalu. Kiedy próbował otworzyć oczy, poczuł silny ból nad lewą powieką. Chcąc rozpatrzyć sytuację, ranny zamierzał dotknąć swojej powieki ręką, lecz powstrzymała go starsza pielęgniarka z zaniedbanie spiętymi włosami w kok. - Dzień dobry! – wykrzyczała mu wprost do ucha. - Dzień dobry.. Gdzie jestem? – zapytał oszołomiony Carl - W Szpitalu Świętego Krzysztofa! Miał pan wypadek, panie Dean. Ta śliczna dziewczyna, którą pan poszkodował tez jest w tym szpitalu. Co za wstyd, młodzieńcze, co za wstyd! - Gdzie ona leży? - Gdzieś tam na końcu korytarza chyba w sali sze.. młodzieńcze! Nigdzie się stąd nie ruszysz, lekarz ci tego zabronił. Obchód będzie za około piętnaście minut. Wtedy sobie porozmawiacie. Dla Carla te marne piętnaście minut trwały wieczność. Rozmyślał o tym, co zrobił, a czego nie. Dlaczego nie zwolnił? Co sprawiło, że ta niezwykła kobieta oplotła jego umysł? Na te pytania nigdy nie uzyskał odpowiedzi. - Dzień dobry, panie Dean. – powiedział niziutki, starszy mężczyzna z siwą czupryną. - Witam.. pan.. ? - Simons Bell. - Czy mógłby mi pan wytłumaczyć szczegółowo co mi się przytrafiło? - Co? Nie mam kompletnego pojęcia, dlaczego nie stanął pan na czerwonym. Nie mówię już o tym, jakim cudem potrącił pan tą kobietę, skoro ją pan widział, a z tego co mi wiadomo nie spożywał pan alkoholu. - Ja.. za bardzo się.. zapatrzyłem. – powiedział zakłopotany. - W takiej pięknej pannie trudno się nie zapatrzyć! – westchnął doktor Simons. – Tak na poważnie, to doznał pan tylko lekkiego wstrząsu mózgu. Gorzej z tą piękną. - Coś jej się stało?! - Mówiąc gorzej, miałem na myśli to, że lekko złamała żebra. Również doznała wstrząsu mózgu, tylko bardziej poważniejszego, ale wyjdzie z tego, bez obaw, panie Dean. - Eh.. – westchnął z ulgą. – Czy ja mogę.. ją odwiedzić? - Oczywiście, leży w szesnastce. W każdym bądź razie i tak wypisujemy pana jutro ze szpitala. Pani Maddows spędzi tutaj odrobinę więcej czasu. – uśmiechnął się doktor i opuścił pomieszczenie. Carl wstał z łóżka i skierował się do drzwi pomieszczenia, w którym się znajdował. Najpierw udał się do łazienki (z wielkim trudem ją odnajdując) żeby zobaczyć, co było przyczyną jego bólu powieki. Spojrzał w lustro i ujrzał mężczyznę wyglądającego jak siedem nieszczęść. Prawa powieka była spuchnięta, przez co bardziej przypominała bardziej śliwkę niż powiekę. Jego…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%