Fantastyka · 17 min czytania
Oczy Bestii
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{i}„Przeszkodzić komuś w śmierci wcale nie oznacza wrócić go życiu”{/i} ~Luise Rinser
Okrzyki były teraz inne: wyższe i bardziej przenikliwe. W głosach ludzi, bo tylko ludzie potrafią wydobyć ze swoich gardeł tak rozpaczliwe dźwięki, brzmiała histeryczna groza. Umierali, a dzięki wewnętrznemu systemowi łączności ich śmierć rozbrzmiewała w każdym korytarzu i sali statku. Od dłuższego czasu wsłuchiwałem się w nie zahipnotyzowany, zdumiony barwą dźwięku przebijającego się przez ściany komory regeneracyjnej. Orgię strachu przerwało stacatto wystrzałów z broni maszynowej, wybuch i cisza. Gdzieś w zakątku umysłu wiedziałem, że nie udało im się. Kimkolwiek byli, wszyscy nie żyją. Minęła dłuższa chwila zanim uświadomiłem sobie, że absolutnie mnie to nie obchodzi. Ich krzyki nie poruszyły we mnie struny smutku czy współczucia. Nie uroniłem nawet jednej łzy. Przeciwnie, na krawędzi świadomości czaiła się niezwykła, gadzia satysfakcja. Liczyła się tylko jedna myśl. Kupili mi trochę czasu. Niewiele, ale być może wystarczy. ON będzie zajęty. Skupi uwagę na kimś innym. Na razie, byłem bezpieczny. Zielona dioda zgasła dając znać, iż proces został zakończony. Drzwi komory otwarły się z sykiem, a płyny regeneracyjne chlusnęły na podłogę laboratorium. Wolno wygramoliłem się na zewnątrz. Wrzaski umierających zastąpiła specyficzna odmiana ciszy panująca tylko na pokładach statków kosmicznych. Ledwo wyczuwalne drżenie podłogi oznaczało, iż silniki nadal funkcjonują. Nadal się poruszaliśmy. {i}Tylko dokąd?{/i} W laboratorium panował półmrok. Główne oświetlenie padło już na początku tego koszmaru. Cały świat skąpany był w słabym zielonym świetle lamp alarmowych. Dobrze. Przynajmniej nie widziałem plam krwi pokrywających ściany. Zmasakrowane ciała wydawały się pokrywać każdy cal podłogi. Naukowcy ginęli od kul, pazurów, kłów i gazu. Nienaturalne pozycje, w jakich leżały ich zimne, martwe ciała, w każdym człowieku wywołałyby mdłości. W każdym normalnym człowieku. Nie we mnie. Ja byłem w tym wszystkim od samego początku. {i}Przetrwałem.{/i}
{b}2017.10.11 Raport Priorytetowy Dzisiaj, we wczesnych godzinach porannych straciliśmy kontakt z placówką naukową Pandora. Wszelkie próby nawiązania łączności spełzły na niczym. O 1100 czasu wschodniego do kompleksu wysłany został oddział interwencyjny. Straty w ludziach 93%. Mimo bliskości obszarów zaludnionych zalecamy natychmiastową anihilację zagrożonego obszaru.{/b}
Ciało reagowało ospale. Zbyt wolno. Zbyt leniwie. Niestety, taka była cena regeneracji tkanki. Oczy też nie funkcjonowały tak, jak powinny. Świat wokół mnie był zamazany. Zamglony. Ledwie dostrzegałem kontury przedmiotów. Bezgłośnie przekląłem nieudolność lekarzy. Nie jestem głupcem. Nie odważyłbym się kląć na głos. ON miał doskonały słuch, a ten, który schrzanił regenerację najprawdopodobniej smażył się już w piekle, wraz z resztą tej żałosnej ludzkiej załogi. Przynajmniej byli na tyle inteligentni by zostawić mi broń. Leżała pod drzwiami laboratorium, cała uświniona zielonkawą, lepką mazią, której znajomy zapach drażnił me nozdrza. Ciężka i nieporęczna. Zabójczo skuteczna. Obca. Po raz pierwszy w życiu pomyślałem, że zupełnie nie pasuje mi do dłoni. Wzruszyłem ramionami. Zawsze wolałem walkę na bliskim zasięgu. Zapomnieli o ubraniu. Nieistotne. Miałem wrażenie, że już mi nie będzie potrzebne. Musiałem wypełnić misję.
{b}2017.10.15 Raport Priorytetowy Pluton Alfa i Beta zniszczone. Prosimy o wsparcie powietrzne. Podaję namiary celu Delta, trzy, pięć, osiem, osiem. Gamma, dwa, dwa, siedem, jeden. Wróg naciera. Nie utrzymamy się. Powtarzam, nie utrzymamy się. Zarządzić ewakuację Bostonu. Natychmiast….O, Boże, wyrwały się z tunelu… Boże… SŁYSZYCIE MNIE SKURWIELE!!! TO NAS ZABIJA…BOŻE…ZRZUĆCIE NAPALM, PÓKI JESZCZE NIE WIE, JAK SIĘ PRZED TYM ... Boże, zmiłuj się… <odgłos wystrzału> {/b}
Część 22 / 2
Wąskie korytarze nawet w normalnych okolicznościach przyprawiały mnie o zimne dreszcze. Teraz okoliczności były dalekie od normalności. Szedłem wolno, uważnie stawiając stopy. Krok za krokiem, wiedziony obcym przeczuciem mijałem kolejne pomieszczenia i ciemne odnogi labiryntu przejść. Nigdy nie wiesz, co kryje się za rogiem. Nie wiesz, co przemyka w cieniach. Nasłuchiwałem. Nadal nie mogłem skupić spojrzenia. Mózgowcy znowu się pomylili. Barwa światła alarmowego miała przeszkadzać potworowi. Dezorientować go. Tak twierdzili. Właśnie przekonywałem się na własnej skórze, że znacznie bardziej szkodziła mojemu postrzeganiu otoczenia. System podtrzymywania życia działał na pełnych obrotach, lecz mimo to w powietrzu unosił się słodki zapach śmierci. ‘Ile czasu spędziłem w komorze? Czy jeszcze ktoś przeżył?’. Pytania niepotrzebnie zaprzątały mi myśli. {i}Najważniejsze to przetrwać.{/i}Za wszelką cenę. Wreszcie dotarłem do końca sektora medycznego. Drzwi oddzielające go od pokładu mieszkalnego syczały cicho usiłując zamknąć się na kolejnym ciele. Kobieta leżała twarzą do ziemi. Zimna. Przykucnąłem przy niej zmuszając umysł do skupienia się na szczegółach. Zakrzepnięta krew. Marmurowo biała skóra. Trzy rany wielkości pięści na plecach. Zginęła od kul. Przecież ON nigdy wcześniej nie używał broni palnej. {i}Zabiły ich ssaki.{/i} Musieli poddać się działaniu gazu. Kolejny wynalazek stożkogłowych. Zmusiłem się, by spojrzeć na twarz trupa. Azjatyckie rysy wykrzywił grymas szaleństwa. W kącikach ust zebrała się zaschnięta już ślina. W głębi umysłu zadudniły obce słowa: ‘Li Huaqing.’ Dotknąłem ich delikatnie i obróciłem kilka razy w myślach próbując przypomnieć sobie, co znaczyły. ‘Li Huaqing’. {i}Zabójca.{/i} Ofiara własnego wynalazku. Tak miała na imię.
{b}2017.10.24. Raport Wywiadu. Ściśle Tajne. Technik-biolog Li Huaqing, przedstawiła teorię wspólnej świadomości prowadzonej przez niezwykle szybko uczącą się jednostkę-matkę. Wyjaśniałoby to doskonale skoordynowane ataki, jakie wróg przypuszcza na nasze pozycje. Powstała strategia ataku chemicznego, który być może nie wyeliminuje poszczególnych jednostek, ale w 80% zneutralizuje ich komunikację. Wykorzystany zostanie stworzony przez panią Li gaz ETH 39002. Przewidywane straty w ludziach: dopuszczalne. Technik-biolog przedstawiła propozycję przechwycenia i wywiezienia obiektu-matki w przestrzeń kosmiczną w celu przeprowadzenia dalszych badań.{/b}
Szaleniec prawie mnie zaskoczył. Wyskoczył zza drzwi wrzeszcząc jak opętany. Cały fartuch pokryty miał krwią poprzednich ofiar. I tylko jeden cel. Zabić. Wyczułem jego obecność na ułamek sekundy przed atakiem i tylko dlatego ostrze skalpela zamiast w karku, utkwiło w mym ramieniu. Nawet nie poczułem bólu. Za to obudziła się we mnie niekontrolowana wściekłość. Bez większego trudu rzuciłem nim w głąb korytarza. Uderzył w ścianę niczym szmaciana lalka. Wyrwany skalpel zadźwięczał nienaturalnie głośno na metalowej podłodze. Ramię wyglądało na nieuszkodzone. Poruszyłem nim ostrożnie z zafascynowaniem obserwując zabarwiony wszechobecną zgniłą zielenią strumyk krwi. {i}Ta rana wkrótce się zasklepi.{/i} Człowiek odczołgał się pod drzwi bełkocząc coś pod nosem. Po jego twarzy płynęły łzy. Gdy podszedłem bliżej, powietrze zanieczyścił odór moczu. Sięgnąłem ku niemu, a on wrzasnął. Nazwał mnie bestią. {i}Gdy go zabijałem, rozszerzonymi źrenicami wpatrywał się w moje oczy.{/i} Czerń.
{b}2017.11.01 Raport Specjalny. Obiekt Dominujący Alfa, został schwytany. Straty w oddziale 35%. Cel praktycznie poddał się bez walki. Obiekt został uśpiony i przewieziony na pokład ‘Czarnej Wdowy’. Jednostki liniowe donoszą o nagłym załamani się ataku na licznych odcinkach frontu. Zalecamy natychmiastową eksterminację.{/b}
Biegłem. Bez przerwy, bez wytchnienia. Okrzyki umierających i serie z broni maszynowej dobiegały z każdego głośnika. Rzeź raz po raz rozbrzmiewała w każdym zakątku statku. ONA polowała. Mogła być wszędzie. Za rogiem, za drzwiami, w wentylacji. Wskoczyłem w otwarty luk. Zatrzasnąłem śluzę i zablokowałem zamek. Byle dalej od laboratorium. Wziąłem kilka głębokich oddechów, ale nie czułem zmęczenia. Tylko zimno. Wcześniej chyba w jakimś ciemnym korytarzu zrzuciłem zakrwawione ubrania. Nie pamiętałem. Gdzieś po drodze musiałem zgubić skalpel. Na szczęście z ciała zabitego marines zabrałem karabin. Sprawdziłem magazynek. Dziewięćdziesiąt trzy pociski. Mało. Za drzwiami coś głucho uderzyło w ziemię. Zamarłem. Stukot butów. Człowiek czy bestia? To już nie miało znaczenia. Gaz zrobił swoje. Ludzie stali się potworami. Dwa kroki, trzeci.