Historia · 14 min czytania
Od krwi do śmiechu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Tjost – czyli turniej rycerski.
Słońce wstało wcześnie i powoli poczęło rozświetlać leśną krainę. Gęste promienie światła próbowały przebić się przez liście drzew. Przyroda z wolna budziła się do życia, by przeżyć kolejny piękny dzień. W powietrzu unosiła się woń traw muskanych poranną rosą. Pojedyncze gromady ptactwa rozpoczynały pierwszy tego dnia lot ponad knieją. Gdzieś na polanie pastuszek pasł kozy i krowy, gdzie indziej dało się słyszeć nawoływania drużyny wojów, która zabawiała się w okolicznych wioskach. Ponad lasy i łagodne wzgórza wypływały chmury kłębiące się jak spiętrzona woda na rzece. Gdzieniegdzie popadał z nich lekki deszczyk, który dodawał roślinom świeżości. Kropelki ciepłego deszczu wirowały w tańcu miłości na liściach, by potem połączyć się w jedną całość. Gdzieś niedaleko znajdowało się miejsce niezwykłe, w którym miał się rozegrać wielki turniej rycerski. Turniej w St. Inglevert w pobliżu Calais. Zorganizowany on został przez trzech francuskich rycerzy – Boucicauta Młodszego, Reginalda z Roye i pana z Saimpi. Ogłosili oni, iż będą oczekiwać rycerzy chętnych do zmierzenia się z nimi przez trzydzieści dni. Wieść o nadchodzącym turnieju rozeszła się szybko po całej Europie, a szczególnie w Anglii, gdzie wielu rycerzy i giermków uznało, że wielkim nietaktem byłoby nie odpowiedzieć na tak godne i podniecające wyzwanie. Znajdowali się wśród nich między innymi: Jan Holland, hrabia Huntingtonu, Wilhelm Clinton, Jan Goulouffre, Gotfryd z Seton Jan Arundel czy też Henryk Beaumont. W sumie ponad setka rycerzy i giermków odważyła się przekroczyć kanał La Manche, mówiąc: „Przygotujmy się do udziału w tym turnieju w pobliżu Calais, ponieważ ci francuscy rycerze zorganizowali go, aby mieć nasze towarzystwo: nie zawiedźmy ich!” Wieść o turnieju rozeszła się tak szeroko, że nawet osoby, które nie miały zamiaru uczestniczyć w nim, też przybyły na miejsce, by móc obserwować innych dzielnych mężów uzbrojonych w długie kopie. Sami rycerze wysłali najpierw swoją broń i ekwipunek do Calais. Trzej francuscy bojownicy udali się do Boulogne, a następnie do klasztoru St. Inglevert, gdzie dotarły do nich miłe wieści o przyjęciu wyzwania przez wielu Anglików, którzy byli już w drodze do Calais. Francuzi rozbili trzy wielkie cynobrowe namioty. Przed każdym namiotem jeden z rycerzy umieścił swą tarczę tak, że każdy, kto chciałby się z nim potykać, miał jedynie dotknąć jej lub polecić to zadanie swemu giermkowi.
Był 21 maja 1390 roku, poniedziałek. Rycerze angielscy wyruszyli z Calais do St. Inglevert. Po dotarciu na miejsce mogli się przekonać, że wszystko zostało starannie przygotowane na ich przyjazd, i z zadowoleniem przyglądali się soczystej zieleni pola, na którym miał się odbyć turniej. Rycerskie rozgrywki rozpoczął Jan Holland, który posłał swojego giermka, aby dotknął tarczy Boucicaunta. Francuski rycerz natychmiast stawił się na miejscu pojedynku. Obydwaj przeciwnicy dosiedli koni, przyglądali się sobie bardzo długo i wreszcie ruszyli z kopiami w ręku. Spięli konie ostrogami, by nie wypaść przy uderzeniu o kopię przeciwnika. Wreszcie ruszyli. Po chwili spotkali się pośrodku toru. Kopia Francuza uderzyła wroga w ramię i przebiła jego zbroję. Anglik nie odniósł jednak żadnej rany. Był to ekscytujący początek turnieju i publiczność nagrodziła ich brawami. Podczas drugiej gonitwy minęli się, a ich konie odmówiły posłuszeństwa i nie stanęły do następnego pojedynku. Holland pragnął walczyć jeszcze raz, ale Boucicaunt oświadczył, że nie chce się znowu potykać z Anglikiem tego dnia. Holland zszedł z konia. Urosła w nim wola walki, więc podszedł do swojego giermka, który właśnie dosiadał konia, by odprowadzić go do stajni i powiedział: - Zostaw go. Dobrze się spisał, ale to nie koniec. Biegnij szybko wyzwać niejakiego pana z Saimpi. To dopiero będzie pojedynek… - Dobrze, mój panie, już biegnę – odpowiedział posłusznie giermek. Przed namiotem pana z Saimpi stała kopia i tarcza. Giermek Hollanda pozostawił po sobie znak, kiedy nowy przeciwnik jego pana wychodził z namiotu. Zabrał swój rynsztunek i ruszył w kierunku miejsca walki. Anglik już czekał na swym koniu. Obaj rycerze spięli konie ostrogami i ruszyli do szarży, trzymając kopie wycelowane w siebie. Kopia pana z Saimpi trafiła Jana w hełm, który pod wpływem uderzenia spadł mu z głowy. Holland zwrócił się do giermka, który podał mu drugi hełm. Druga gonitwa. Tym razem to Francuz stracił swój hełm. Zgromadzeni widzowie wiwatowali, ponieważ bardzo im się to podobało. Niezwykle pochlebnie wyrażali się też oni o umiejętnościach trzech rycerzy z Francji, którzy podjęli się organizacji turnieju. Tymczasem Jan Holland ogłosił chęć do kolejnej potyczki, do której jednak nie doszło. Anglik musiał ustąpić miejsca innym, którzy przystąpili do walki tego dnia. A było ich naprawdę wielu. Jednym z nich był młody i niedoświadczony Piotr Shirbourne. To, że był mało doświadczony, wcale nie oznaczało, że mało odważny. Wysłał swego giermka do pana Boucicauta. Kiedy doszło wreszcie do pierwszej gonitwy, na polu walki zebrało się bardzo liczne audytorium. Wszyscy chcieli obejrzeć klęskę reprezentanta królestwa zza kanału La Manche. Shirbourne dosiadł swego rumaka. Chudy koń brązowej maści był bardzo niespokojny. Parsknął głośno, gdy jego właściciel spiął go swymi ostrogami. Mimo wszystko ruszył szybko, o sekundę wcześniej. Obydwaj ucierpieli w spotkaniu. Uderzyli sobie nawzajem w zasłonę przyłbicy. Pan Boucicaut, w odróżnieniu od swojego młodego przeciwnika złamał swoją kopię, a hełm zleciał mu z głowy. Strumień przeszywającego bólu przeszedł przez jego umięśnione ciało. Po chwili poczuł krew płynącą z nosa. Wytarł twarz kawałkiem materiału i zsiadł z konia. Nie był w stanie stanąć do kolejnej walki, więc postanowił udać się na spoczynek. Piotr Shirbourne jednak czuł niedosyt, chciał wykorzystać swój limit sześciu gonitw, a zbliżała się pora nieszporów – kanoniczna godzina szósta. Zawołał swojego giermka i nakazał mu dotknąć tarczę pana z Saimpi. Francuski wojownik przyjął wyzwanie i nie trzeba było na niego długo czekać. Od razu ruszyli do natarcia. Z wielką prędkością. Ich spotkanie mogło się zakończyć nieszczęściem, bowiem (nawet wszyscy widzowie byli co do tego zgodni) gdyby wymierzyli swoje kopie niżej niż na poziom hełmu, wtedy odnieśliby poważne rany. Podczas drugiej gonitwy połamali swoje kopie na trzy części, kiedy z impetem uderzyli w swoje tarcze. Angielski rycerz został tak mocno uderzony, że spadł z siodła. Uderzył o ziemię, ale na szczęście nic mu się nie stało. Wraz ze swoimi towarzyszami wrócił do obozu. Organizatorzy turnieju zdecydowali się zakończyć rozgrywki tego dnia. Rycerze angielscy wyruszyli z powrotem do Calais i swoich gospod, by spędzić tam czas na ożywionych rozmowach na temat wielu pojedynków, które miały miejsce tego dnia. Jako pierwszy głos zabrał Jan Holland, którego walka otwierała turniej: - Szczerze mówiąc, myślę, że nie macie większych szans