Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 7 min czytania

Od: żywy trup

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}Ciekawe, że ludzie dzielą się na tych, którzy panicznie boją się śmierci i tych, którzy jej z całej siły pragną. Obie postawy są dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Przecież umieramy tyle razy w życiu…{/i}

Doskonale pamiętam pierwszą swoją śmierć. Miałam zaledwie pięć lat, a moja rodzina przeprowadziła się z bezpiecznych przedmieść, zapełnionych jednorodzinnymi domkami, do niemal centrum, w którym wznosiły się pod chmury bezkresne bloki mieszkalne. Ludzie mieszkali na sobie warstwami, co było dla mnie całkowitą nowością. Pierwszy raz miałam styczność z tyloma swoimi rówieśnikami, bo wcześniej mogłam bawić się jedynie z wymyśloną przyjaciółką. Pamiętam radość, z jaką od razu wybiegłam z szarej klatki, żeby dołączyć się do grających w piłkę dzieci. Pamiętam też własne zaskoczenie na ich twarde: nie! To wtedy odezwała się jedna z dziewczynek, starsza ode mnie zaledwie o rok. Najpierw powiedziała coś po cichu do pozostałych, a potem odwróciła się do mnie z uśmiechem. - Będziesz się z nami bawić, ale najpierw chcemy ci coś pokazać. Nie wiedziałam, gdzie idziemy. Ufnie pozwoliłam im się prowadzić, bo przecież to oni doskonale znali swój teren, a ja byłam nowa, niczego nieświadoma. Nie uszliśmy daleko, ale ja zapamiętałam tę drogę jako naprawdę długi spacer. Wszystko było obce, dziwiło i przerażało, jednocześnie łaskocząc w brzuchu swoją nowością. Bardzo wysokie budynki, niemal identyczne uliczki i alejki, bujne drzewa. Posłusznie trzymałam się grupy, żeby nie zgubić się pośród tego wszystkiego. A potem nagle znalazłam się całkiem sama. Wokół mnie widać było tylko brudne, szare ściany garaży i pełen śmieci trawnik, na którym z przerażeniem dostrzegłam sylwetki kilku półprzytomnych, śmierdzących mężczyzn, ściskających w dłoniach butelki piwa. Zdążyłam jeszcze usłyszeć chichot uciekających dzieciaków, ale złudne echo nie pozwoliło za nimi podążyć. Zostałam sama, mała i przestraszona, pośród obcego, wrogiego terenu i betonowych ścian, zasłaniających mi nawet niebo. W zaułku było ciemno, a głosy pijanych mężczyzn zdawały się przybierać na sile. Niebezpieczeństwo bardziej się wyczuwa niż rozumie, zwłaszcza gdy jest się dzieckiem. Niestety, gdy jest się dzieckiem, także trudniej jest na nie zareagować. Poczułam narastającą panikę, która przyspieszyła mi oddech i nie pozwoliła racjonalnie myśleć. Wtedy właśnie umarłam ze strachu.

{i}Niektóre śmierci pamięta się lepiej, inne gorzej. Niektóre są nawet całkiem miłe i dobrze się kojarzą. Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek w życiu umarł ze śmiechu. Większość jednak pozostawia po sobie trwały ślad, wyraźną rysę na psychice. Jak pęknięcie na szkle. Można je zalepić i nawet nic nie będzie w stanie się przez tę rysę przedostać, ale ona już na zawsze będzie widoczna. Jeszcze wtedy nie miałam pojęcia, skąd ta rysa się bierze. Teraz już wiem, że za każdym razem rzeczywiście jakaś cząstka nas umiera. Tracimy ją bezpowrotnie, żeby już na zawsze pozostać ogołoconym z kolejnego fragmentu własnej osobowości. Czasem to będą dziecinne złudzenia, czasem zaufanie, a innym razem mało znaczące marzenie. Jednak zawsze będziemy odrobinę ubożsi. Trochę bardziej martwi.{/i}

Kiedy leżałam w szpitalu, przygotowywałam się na tę ostatnią, zwykłą śmierć. Na tę, która zatrzyma moje serce, oziębi krew i ugasi mózg. Mimo nieustających słów otuchy, którymi darzyło mnie tylu ludzi, spojrzenia lekarzy i wyniki badań wyraźnie mówiły mi o zbliżającym się końcu. A ja się nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Od: żywy trup — czytnik · opowiadania