Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

melodramat · 13 min czytania

Odchodzę

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}{b}Odchodzę{/b}{/i}

Silny podmuch wiatru poruszył koronami drzew. Kilka czarnych kruków wzbiło się w powietrze, łopocząc złowieszczo skrzydłami. Razem z nimi uniósł się i on, zostawiając na ulicy swe zakrwawione ciało. Był młody, zaledwie kilkunastoletni. Gdyby nie ten czerwony samochód, pewnie wróciłby już do domu. Czekała tam na niego mama z obiadem. Nie wiedziała jeszcze, dlaczego się spóźniał. On sam też nie wiedział. Nie pamiętał, co stało się przed chwilą, tam na dole. Widział jedynie wielkie zamieszanie wokół własnego, bezwładnego już ciała. Tak, to musiał być on. Jego ulubiona niebieska bluza z każdą chwilą coraz bardziej przesiąkała krwią. Był już wysoko. Nic nie słyszał. Zauważył, jak z roztrzaskanego auta wybiegł jakiś mężczyzna. Krwawił, lecz nie robiło to na nim wrażenia. Chyba nie czuł bólu. Podbiegł do leżącego na ulicy ciała, trzymając się za głowę. Nie wiedział, że było już za późno. Uklęknął obok i rozpłakał się, zupełnie jak dziecko. Dusza tymczasem przestała się wznosić. Nie wiedzieć czemu, coś ją zatrzymało. Wisiała w miejscu. Chłopiec wisiał w miejscu, kilkanaście metrów nad własnym ciałem. Widział, jak na ziemi toczyła się walka o jego życie. Chyba już przegrana, skoro mógł ją stąd obserwować. Nie pamiętał, co się stało.

Na ulicy zebrał się już tłum ludzi. Byli mu obcy, a jednak wyglądali na przejętych całą sytuacją. Kilka osób płakało. To dziwne, przecież nie mogli go znać. On nie znał ich na pewno. A jednak płakali. Dwóch mężczyzn podbiegło do roztrzęsionego kierowcy. Odciągnęli go na bok. Jeden wyjął telefon i gdzieś zadzwonił. Ciekawe gdzie, czyżby po karetkę? Ale na nią było już chyba za późno. Otaczającą chłopca ciszę przerwał nagle jakiś dźwięk. Początkowo niewyraźny, z każdą chwilą narastał. W końcu można już było wyodrębnić z niego słowa. {i}Boże, niech on przeżyje, błagam! Niech ten chłopak tylko nie umiera. Mam żonę i dziecko, przecież wiesz. Nie mogę iść do więzienia! Błagam, nie rób mi tego!{/i} To dziwne. Stojący na ziemi ludzie zdawali się owego głosu nie słyszeć. Kierowca samochodu nie otworzył nawet ust. Czyżby to... Nie, niemożliwe. {i}Przecież nie chciałem!{/i} — Ponownie rozległ się głos, teraz jakby nieco bardziej wyraźny. Przepełniony żałością lament odbijał się echem od niewidocznych ścian. Tych samych, które chroniły teraz chłopca przed chłodem. {i}Nigdy więcej nie tknę alkoholu, tylko proszę, pomóż mi, Boże!{/i}

Tłum gęstniał. Kilka osób rozmawiało przez telefon. Wszyscy wyglądali na przejętych. Jakaś kobieta wbiegła na ulicę. Uklękła przy nim i krzycząc coś, czego nie mógł usłyszeć, przywołała jednego z gapiów. Ten przybył natychmiast. To dziwne, chłopiec nigdy wcześniej jej nie spotkał. A mimo to próbowała go teraz ratować. Może była lekarką? Chciał krzyknąć, by nie brudziła swoich białych spodni. I tak było już chyba za późno. Czy jednak posłuchałaby go? Odrzuciwszy torebkę na bok, przyłożyła palec do jego szyi. Choć wydawało się to nieprawdopodobne, w tym momencie przeszedł go dreszcz. Ponownie zawiał wiatr, a niebo przykryły gęste, czarne chmury. Zbierało się na burzę. Po chwili spadły nawet pierwsze krople deszczu. Mimo że zmoczyły jego bladą, zakrwawioną twarz, nie poczuł chłodu. Nie poczuł niczego. Widział, jak kobieta uciskała mu klatkę piersiową. Wyglądała na bardzo skupioną. Pomagający jej mężczyzna, poczekawszy na jakiś gest, przyłożył swoje usta do jego ust. Kolejny dreszcz przeszedł duszę chłopca. Czyżby nie wszystko było stracone? Przecież dusza nie może chyba odczuwać dreszczy. Czym w takim razie teraz był, jeśli nie duszą?

Kolejny podmuch wiatru zakołysał koronami drzew. Daleko, na horyzoncie, niebo przeszyła niewyraźna błyskawica. Ludzie na dole nie mogli jej widzieć. Słyszeć zresztą też. Z pewnością burza była jeszcze daleko stąd. Ale zbliżała się. Na dole jednak działo się coś znacznie bardziej interesującego. Oto bowiem nadjechała karetka. Wybiegło z niej dwóch ratowników. Wyglądali na niezwykle przejętych. Chyba nie powinni, to w końcu tylko kolejny wypadek. Jeden z tych, które zdarzają się codziennie. Niższy z ratowników odciągnął na bok klęczącą na ziemi kobietę. Chyba płakała. Nie mogła przywrócić życia w to młode ciało. W tego młodego człowieka, który dla wielu zapewne był całym światem. {i}Przepraszam, nie potrafię{/i} — Błogą ciszę ponownie rozdarł głos, tym razem kobiecy. Tymczasem ratownicy uparcie walczyli o choćby jeden oddech. Nie swój lecz dziecka leżącego przed nimi na ziemi. Chyba coś zaczynało się dziać, bo w jednej chwili obraz zatłoczonej ulicy zawirował. Nie, nie znikł całkowicie. Stał się jedynie nieco mniej ostry. Mężczyźni błyskawicznie przenieśli bezwładne, zakrwawione ciało na nosze. Lewa ręka chłopca zsunęła się na bok. Wisiała nieszczęśliwie, lecz nie mógł jej podnieść. Próbował, ale nie dał rady. Spod przemoczonego rękawa wypłynęła wąska stróżka krwi. Kilka kropel spadło na ziemię, mieszając się z deszczem. Nim wiatr zawiał ponownie, karetka mknęła już ulicami miasta, zostawiając w tyle zatłoczone skrzyżowanie. Niebieskie światła na jej białym, dobrze widocznym z góry dachu, migotały na przemian. Ludzie idący akurat chodnikiem spoglądali spod parasoli z zaciekawieniem. Owym światłom towarzyszył pewnie dźwięk syreny. Tutaj jednak nie było go słychać. Niewidzialna siła pociągnęła duszę chłopca za ambulansem. Nie wiedział, dlaczego nie mógł tak po prostu odejść. Przecież umarł. Co mogło go wciąż zniewalać? Chciał jak najszybciej udać się do mamy. Zobaczyć ją po raz ostatni szczęśliwą i uśmiechniętą. Ona pewnie jeszcze na niego czekała. Razem z tatą pomstowali na kolejne w tym tygodniu spóźnienie. Znowu trzeba będzie odgrzewać ziemniaki! Nadal nie wiedzieli... Skąd mieli wiedzieć? Cokolwiek działo się teraz w karetce, sprawiło że obraz ponownie stał się wyraźny. Nieco nawet ostrzejszy niż na początku. Wiatr przybierał na sile. Targane nim drzewa uginały się coraz bardziej. Ulewa narastała, lecz tu, w tej dziwnej próżni, nie dosięgła go nawet kropla. Czy tak wygląda Niebo? Całe życie mówiono mu o wiecznym szczęściu, czekającym dobrych ludzi po śmierci. Chyba był dobry. Dlaczego więc nie czuł teraz szczęścia? Niczego nie czuł. W momencie gdy ambulans dojechał do szpitala, na dworze rozpętała się prawdziwa wichura. Tysiące liści, zerwanych przedwcześnie z drzew, wzbiło się w powietrze,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Odchodzę — czytnik · opowiadania