Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 15 min czytania

Odgryzłem rękę... Całość

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Słowem wstępu -zamieściłem tu kiedyś opowiadanie pod tytułem "Odgryzłem rękę wujkowi mojej matki". Był to wstęp do tego, co widzicie teraz. Miłej lektury.

----

Odgryzłem rękę wujkowi mojej matki. Spojrzał na mnie smutno i polał następną kolejkę, rozlewając nieco po stole. - A co to jest hipokryzja? - spytał czarny niewolnik, zjadłszy resztki z podłogi. - Hipokryzja to na przykład lesbijki kupujące gumowego penisa - odparłem. Wujek mojej matki chlapnął kielona i wycharczał: - Albo jak pedał nie lubi czopków. Zastanowiłem się chwilę - na tyle, na ile pozwalał mi szumiący w mózgu opar spirytusu. Toć powszechnie wiadomo, że homoseksualści męscy dzielą się na biernych i tych drugich, czynnych, to znaczy na wkładających i wkładanych, a nie każdy czynny musi czerpać przyjemność z tego, z czego czerpie ją bierny. Tutaj przerwałem proces myślenia, gdyż coś innego zaprzątnęło mi świadome resztki mózgu. - Wujku mojej matki, co ty zrobisz bez ręki? - Nie martw się - rzekł, a przecież się nie martwiłem. Spytałem z ciekawości. - I tak nie była mi do niczego potrzebna. - A zmieniać biegi w skrzyni biegów w samochodzie? A kiwać transparentem partyjnym na pochodach pierwszomajowych? A bić brawo rodzinie akrobatów, kiedy matka spadnie z trapezu i roztrzaska głowę i wstyd będzie jakkolwiek nie zareagować? Ha? Jak będziesz? - Murzyn pomoże - zapewnił czarny niewolnik. - Murzyn do tego służy. Murzyn służy dla Wujka twojej matki. - To miło z twojej strony, ty świńskie popychadło - uśmiechnąłem się i rzuciłem mu kawałek pieczeni z morświna. - Murzyn nie lubić pieczeni z morświna... Wpadłem w furię. W mózgowym ośrodku kreacji emocji zawrzało, po czym powstał twór niepodobny do żadnego, jaki opuścił kiedykolwiek czeluście mojej podświadomości. Poczułem coś, co było emocjonalnym mutantem; abstrakcyjnym, uczuciowym odpowiednikiem Godzilli. Nienawidzę bowiem ludzi nienawidzących pieczeni z morświna i doprowadziłoby to do brutalnych rękoczynów, gdyby nagle nie przyszedł telegram. - Patrz, Wujku mojej matki! - krzyknąłem z radością. - Wygrałem! Po czym przeczytałem wiadomość. - Co wygrałeś, Synu mojej bratanicy? - Jedną używaną dębową trumnę, rozmiar dowolny, do odebrania w terminie tygodnia lub wcale. Chlapnęliśmy triumfalnego kielona. - A na co trumna białym panom? - odezwał się czarny niewolnik. - No właśnie, na co? - zawtórował Wujek mojej matki. - Ktoś umarł? - Nie, nie umarł. - Ktoś ma umrzeć? - Chyba nie. - A termin odbioru nagrody upływa za tydzień - zaniepokoił się Wujek mojej matki. - Co teraz zrobisz? Zastanowiłem się w cichym skupieniu, obserwując karaluchy dreptające po suficie. - Zabijemy czarnego. - Nie możemy zabić czarnego! - oburzył się Wujek mojej matki. - Kto mi będzie robił za odgryzioną rękę? No tak, teraz żałowałem swojej pochopnej decyzji. Mogłem nie odgryzać ręki Wujkowi mojej matki. Nienawidzę żałować pochopnych decyzji. - Kupimy ci protezę. Przynajmniej nie będzie czarna. - Dajże spokój, chłopcze - nalegał Wujek mojej matki, chlapiąc kolejnego kielona i rzucając ochłap czarnemu niewolnikowi. - Możemy zabić kogoś innego. - Kogo? - Mało to Rumunów się kręci po ulicach? Rumuni, Żydzi, Murzyni, katolicy, świadkowie Jehowy, ateiści, latynosi, cygani, wietnamce, jugole, chinole, kobiety... - Kobiety? - Kobiety. Podrapałem się w wyciętą na środku głowy sfastykę z włosów. - Dlaczego kobiety? Wujek mojej matki wzruszył ramionami i zaczął pojękiwać w dialekcie szoszonów. Dopiero teraz zauważyłem, że stroszy swój monsturalny niczym indor-gigant pióropusz. A może monstrualny niczym paw-mutant. Mniejsza z tym. Stroszył to piekielne "coś" na głowie, a ja dostawałem przejmujących dreszczy. Co za głupi film - pomyślałem. Nigdy nie widziałem filmu, w którym wszystko jest tak realne i dzieje się dookoła. Wówczas w mózgu z wysiłkiem uformowała się wymamrotana myśl - "co ja tu, do cholery, robię?". Nie wiedziałem; na dodatek zaczynałem się oblewać zimnym potem. Dreszcze stawały się silniejsze i zaczynałem się bać, że stracę nad sobą kontrolę, a gigantyczne jaszczurki oblegające salę kinową zaczną się gapić i odkryją że jestem inny, że Tysia też jest inna, że jesteśmy inni i zawsze byliśmy inni, że tego nie zaakceptują, że obślinią nas swoją toksyczną plwociną i kiedy się rozpuścimy a nasze kości zmiękną i staną się zdatne do rozerwania przez ich płaskie, tępe zęby, jaszczurki powrócą do oglądania filmu jak gdyby nigdy nic. Jak gdybyśby nigdy nie byli, a nasze roztopione truchło wzięło się z powietrza. To tylko narkotyk! To tylko narkotyk! Weź się w garść, Wariacie - szepnąłem sobie do ucha. Nie uczestniczysz w filmie, nikomu nie odgryzłeś ręki, na sali kinowej nic nie grozi ani tobie, ani Tysi. Nie ma tutaj żadnych jaszczurek. Są tylko ludzie. Cholera, to chyba nawet gorzej...

Leżymy w słońcu, na łące. Opieram głowę na jej brzuchu, Tysia wpatruje się w chmury, ja w Tysię, pies we mnie, znudzony wędkarz w psa, płochliwe ryby w wędkarza, krążące ptaki w ryby, a Bóg w to wszystko, co dzieje się pewnego letniego przedpołudnia na łące nieopodal małego jeziorka. Tandeta. Ale taka przyjemna... - Obudź się! Budzę się. Stoimy przed kinem. Najwyraźniej jest wieczór, choć nie mogę być tego pewny. Ledwo trzymam się na nogach, czując musujący mózg który zaraz wypłynie przez każdy możliwy otwór mojego ciała. Tysia podrzymuje mnie coraz słabiej. Traci siły. Zaraz runę na glebę i nie wstanę, i umrę, zaćpany, przed wejściem do kina, mijany przez tłumy przyglądających się z pogardą ludzi, dla których widok człowieka z odjazdem jest nieporównywalnie gorszy od znanego na co dzień widoku ich pijanych, wrzeszczących mężów i wyobracanych przez przyjaciół z pracy żon. - Za dużo wziąłeś - mówi z obawą Tysia. Ona nie brała nic. Chciała tylko obejrzeć film. Ja też nie powinienem był brać, bo obiecałem jej że obejrzymy go wspólnie. Chce mi się rzygać. - Dojdziesz do autobusu? Oczywiście, że nie dojdę. Oprę się o ścianę i to wyczerpie wszystkie pozostałe we mnie siły, a następnie zwalę się z nóg i umrę, zaćpany, przed wejściem do kina, mijany przez tłumy bezbarwnych ludzi, dla których widok człowieka z odjazdem jest na tyle powszechny, że szkoda marnować oczy i czas, by choć zwrócić ku temu wzrok. Opieram się o ścianę. Chce mi się spać.

(Kiedyśtam w końcu wytrzeźwieję, czy raczej oprzytomnieję, wiem to choć nie robi mi to różnicy. Tak to jest, że niektórzy lubią wódkę, niektórzy lubią prochy, niektórzy lubią seks, niektórzy są uzależnieni od wódki, niektórzy są uzależnieni od prochów, niektórzy są uzależnieni od seksu, a ja jestem uzależniony od tego wszystkiego, choć na seks okazja zdarza się rzadko a samozaspokajanie nie jest szczególnie zabawne. Z tego powodu lubię nadużywać różnych rzeczy, bo to uspokaja mój popęd. Wówczas, znaczy po zażyciu, widzę różne dziwne obrazy i czasem jest strasznie, a czasem zabawnie, ale przynajmniej nie muszę czuć, bo jeśli miałbym wymienić dwie najgorsze rzeczy w życiu, to byłoby to czucie i czucie.)

Budzę się, trzeźwy już chyba, gdzieś. Nie wiem gdzie. Stacja kolejowa może. Dworzec. Pusty, bo noc jest. Gwiazd nie widać za oknem, ale świeci kilka lamp w poczekalni, rzucając mdły blask na pomiętego mnie. Ze ścian odpada tynk, na metalowych ławkach osadza się rdza a robactwo czasem przepełznie chrobocząc włochatymi odnóżami. Dookoła wszystko jest brunatne takie, szare nawet, choć może i nie, bo kolor szary mniej przygnębia niż…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%