Fantasy · 25 min czytania
Odkrycie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na wydziale archeologicznym uniwersytetu w Oxfordzie studiowali dwaj mężczyźni. Mianowicie John Kent i Tom Deth. Byli jednymi z najlepszych uczniów w ostatniej klasie. Za niecały tydzień wyruszają do Egiptu na badania dotyczące wykopalisk. Jest piątek. Godzina 530 po południu. John Kent właśnie wraca do domu toyotą. — Cześć kochanie! Gdzie dzieciaki? O, nareszcie jesteś. Dzieci są w ogrodzie razem z chłopcem z sąsiedztwa. Właśnie kończę obiad, więc mógłbyś ich zawołać – było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Nie ma problemu. Zaraz pójdę, tylko trochę się obmyję. Za niecałe pięć minut wszyscy się zajadali jak zwykle przepysznym obiadem. Gdy skończyli John razem z synami, Philipem i Samem pojechali rowerami na dłuższą przejażdżkę, natomiast Margaret wzięła się za codzienne porządki. Później położyła się na kanapie i zaczęła czytać książkę. A w tym samym czasie reszta rodziny była już ponad dwa kilometry od domu. Kentowie mieli o tyle lepiej od reszty rodziny i przyjaciół, że mieszkali na wsi. Po około czterdziestu minutach jazdy John zauważył swojego najlepszego kumpla Toma Detha. - Witaj stary! Jak się masz? - zaczął John. - U mnie wszystko O.K. Mam nadzieję, że pamiętasz o naszej wycieczce? - Oczywiście. Jak mógłbym zapomnieć o tak ważnej sprawie, przecież nie mam jeszcze sklerozy. - To będę uciekał, bo muszę coś załatwić. To cześć! Do czwartku. - Cześć. Po tej krótkiej rozmowie przejechali jeszcze dwa kilometry dojeżdżając do lasu, po czym zaczęli wracać do domu. Zajechali o 1942, akurat na gotową kolację. Dzieci poszły spać o 2100. Niedługo później to samo zrobili John i Margaret. Kolejne dwa dni były identyczne. Dopiero w środę zaczęło się szaleństwo przygotowywania do wyjazdu, który przypuszczalnie miał trwać trzy miesiące. Spakowali prawie wszystkie ubrania, jakie tylko miał, szczoteczkę do zębów, kilka maszynek do golenia oraz oczywiście jedzenie (kanapki, picie, owoce i warzywa). A po za tym nie zapomniano o pościeli. Przygotowywania skończyli późnym wieczorem. Z powodu zmęczenia natychmiast się położyli spać. Następnego ranka John wstał wcześniej niż reszta rodziny, aby zapakować wszystko do samochodu, gdyż w raz z Tomem ustalili, że pojadą swoimi samochodami. Trasa, którą obrali liczy ponad 9400 kilometrów. Właśnie wkładał ostatnią torbę, gdy dzieci swym okrzykiem radości powiadomiły go o gotowym śniadaniu. - No kochanie, będę się zbierał, żeby się nie spóźnić. Dzieciaki, dajcie tacie całusa na do widzenia. Będę się starał raz po raz zadzwonić, jeśli będzie taka możliwość. Jeszcze raz się pożegnał, po czym ucałował żonę i wyszedł z domu. Punktualnie o 700 w umówionym miejscu spotkali się. Jechali ponad dziesięć godzin. Dopiero w małym miasteczku postanowili zrobić sobie punkt postojowy. Po krótkim odpoczynku ponownie uszyli w długą drogę. Na miejscu byli sześć dni później. Dotarli jako drudzy z czterech ekip. Pierwszy dzień służył do rozpakowania się i poznania obszaru wykopalisk. Prace rozpocząć się miały kolejnego dnia po przyjeździe ostatniej grupy. I jak szacowano był to czwartek. Każda grupa miała wytyczony obszar, na którym pracowali, i do którego tylko ona miała dostęp. Wykopaliska podzielono, ponieważ Uniwersytet przygotował pewne dość znaczące sumy pieniężne dla grup. Ich wysokość zależała od wartości znalezionego wykopaliska. W pierwszych dniach John i Tom należący do grupy pierwszej znaleźli pewne kawałki naczyń i kości należące jak określili do ludów zamieszkujących te tereny przed kilku tysiącami lat. Nie były to najcenniejsze znaleziska, gdyż pozostałe grupy mogły poszczycić się podobnymi odkryciami. Prawie po dwóch tygodniach nie znaleziono skamieniałości o większej wartości niż dotychczasowe. Pewnego dnia, a było to 25 dni po przyjeździe Johna z przyjacielem pogoda zmusiła wszystkich do zakończenia prac na jakiś czas. Około godziny drugiej z minutami po południu zaczął dość intensywnie padać deszcz. Dlatego w wielkim pośpiechu trzeba było teren całych wykopalisk szczelnie zakryć folią, aby żmudna praca nie poszła na marne. Taka pogoda utrzymywała się przez kilka kolejnych dni. Dopiero we wtorek rozpoczęto kontynuację prac. Tego samego dnia pierwsza grupa natrafiła na pewne kości nie należące z całą pewnością do człowieka. Oczyszczanie kości z piasku zajęło im kolejnych parę dni. Pięć dni później zakończyli pracę. Kości zajmowały teren 25 na 42 metry. Po długotrwałym wysiłku wszystkich uczestniczących grup udało się ostatecznie stworzyć szkielet z małymi ubytkami. Nie należał on do żadnego zwierzęcia żyjącego kiedykolwiek na ziemi. Niektórzy sądzili, że może to być szkielet dinozaura nie odkrytego jeszcze przez człowieka. Opinia ta mogła być bardzo prawdopodobna, ale nie koniecznie. Jeżeli rzeczywiście był to dinozaur, to należał do mięsożernych. Sugerowano tak po budowie zębów. Kilka godzin później zaczęto zabezpieczanie kości przez zniszczeniem i pozostawiono je rozłożone. W kolejnym tygodniu przyjechały jeszcze trzy grupy. Łącznie było 45 osób. Wśród tych grup był człowiek, który został wychowany w tej kulturze. Miał około pięćdziesięciu lat. John postanowił poprosić go o pomoc. - Dzień dobry. Jestem John Kent, student Uniwersytetu Oksfordzkiego i chciałbym pana prosić o pomoc w zidentyfikowaniu szkieletu, ponieważ może on mieć związek z wierzeniami lub mitami tutejszej kultury. Mógłby pan przyjść do stanowiska nr.1 bo tam mamy ten szkielet? - Nie ma najmniejszego problemu. Przyjdę za mniej więcej godzinę, bo muszę coś załatwić. Dobrze? - Tak. Oczywiście. Jak panu pasuje. Gdy przyszedł na umówione miejsce, jakiś czas się zastanawiał, po czym powiedział: - Tak. Mmmmmh. Jak sądzę jest to szkielet mitycznego stwora. Nazywał się Meniwar, co w języku tutejszej kultury oznacza mniej więcej „krwiożerca”. Jak mówią mity zabijał tylko ludzi. Lecz nie w całości, ale tylko niektóre narządy. - Jeśli można wiedzieć, czemu tylko niektóre i jakie? – wtrącił Tom. - Już wyjaśniam. Otóż zdobywał mózg, serce, jelita i wątrobę. A to, dlatego, ponieważ były one dla człowieka nie zbędne do życia. - Obrzydliwe – stwierdził John. - Ma pan zupełną rację, ale trzeba pamiętać, że to tylko i wyłącznie mity wymyślone przez dawne kultury jedynie dla urozmaicenia czasu. - Dziękujemy za poświęcony dla nas pański cenny czas. A może spotkalibyśmy się dziś wieczorem u nas na piwie, ponieważ chcielibyśmy się dowiedzieć czegoś więcej o tym stworze. Może o 8.00 jeśli panu, panie... - Wystarczy Steven. - ...Steven pasuje. - Oczywiście, z wielką chęcią. - No to do wieczora – zakończył John. Reszta dnia upłynęła spokojnie. Wszyscy pracowali w pocie czoła odkrywając, co jakiś czas nowe kawałki kości lub naczyń, ale o wiele mniejszej wartości niż tajemniczy szkielet grupy pierwszej. John i Tom z wykopalisk wrócili po siódmej, aby się przygotować na przyjęcie gościa. Pukanie do drzwi usłyszeli, gdy zegar wybił właśnie ósmą. - O, dzień dobry. Już czekamy. Prosimy do środka. Piwo już czeka – zaczął Tom. - Mówiliście, że chcecie wiedzieć więcej o Meniwarze. No, więc słuchajcie. Specjalnie pojechałem do najbliższej biblioteki i znalazłem ciekawe informacje. W jednej z książek pisali, że Meniwar to skrócona nazwa od Mefolunikowarusa, czyli mitycznego stwora żyjącego około dziesięciu wieków temu w północnej części dzisiejszego Egiptu, czyli mniej więcej tu gdzie jesteśmy, o czym świadczy wasz szkielet. Był potworem najstraszniejszym, jakiego można sobie wyobrazić. Zamiast skóry miał łuski grubości ośmiu centymetrów, posiadał dwie głowy zaopatrzone w dwa rzędy ostrych jak brzytwa zębów ociekających śliną, a z pyska wyrzucał kwas, który wszystko zżerał. A co do tych głów to lepiej ich było nie ucinać, (jeśli komuś to się udało), ponieważ po ucięciu z jednej wyrastały dwie. Jego ogon zaopatrzony był w potężny kolec. Jego skrzydła miały rozpiętość dziesięciu metrów. - A czy komuś udało się go pokonać? – wtrącił John. - Tak, ale nie na długo. - Jak to? - Już wam wyjaśniam. Otóż był śmiałek, a dokładniej, Aukolitas, któremu udało się go uwięzić i pociąć na kawałki. Lecz nie na długo, ponieważ za parę minut kawałki zaczęły się ze sobą ponownie łączyć w jedną całość. A gdy zakończył ponowne tworzenie siebie zabił Aukolitasa, wydostał się z pułapki i zaczął ponownie zabijać, aby najprawdopodobniej przeżyć. - Mam jeszcze kilka pytań – kontynuował Tom. - Proszę śmiało pytać, a postaram się pomóc. - Mianowicie. Czy wiesz może, czy stwór przebywał w innych rejonach niż Egipt i czy jest informacja jak zginął. - O ile się dowiedziałem to nie ma nic o tym, że żył po za Egiptem, a na drugie pytanie nie potrafię wam odpowiedzieć. Ale jeszcze znam jedną informację. Podobno sądzono, że czerpie jakąś moc z tego miejsca, dlatego nie musiał cały czas zabijać. No dziękuję za zaproszenie, ale muszę już uciekać, bo jestem z kimś umówiony. - To my dziękujemy za świetną opowieść. Do spotkania jutro – zakończył Tom. Kolejnych parę dni nic nowego nie przyniosło. Pogoda dopisywała pod względem temperatury wynoszącej 25 stopni jak i również braku opadów. Dopiero trzy doby po wizycie Stevena u Johna i Toma trochę pokropiło, dzięki czemu powietrze stało się bardziej rześkie, co ułatwiało pracę. W przyszłym tygodniu, gdy wszyscy pracowali, mit o Meniwarze zaczął się urzeczywistniać. Kości szkieletu zaczęły się łączyć. Najpierw kości nóg, później kręgosłup, (który był w całości), następnie żebra, skrzydła, a na końcu głowa. Gdy proces powrócenia do życia zakończył się potwór odleciał w stronę pobliskich gór, aby tam zregenerować siły uśpione przez setki lat. Ukrył się w grocie, w której dwanaście wieków temu się narodził. Zasnął, żeby następnego dnia zacząć zabijać. Prace tego samego dnia zakończyły się wcześniej, więc John i Tom poszli z kumplami na piwo. Gdy wracali było jeszcze dość jasno, na tyle, żeby widzieć ziemię, lecz z powodu „wstawienia” nie zauważyli braku szkieletu. Natychmiast położyli się spać. Wcześnie rano około godziny szóstej z minutami John postanowił zaczerpnąć świeżego powietrza w celu zmniejszenia kaca. Dopiero po chwili, gdy doszedł do siebie zauważył puste miejsce na miejscu wykopaliska. Natychmiast wrócił do domku i obudził kumpla. - Ej! Tom! Obudź się! Szybko! - Co jest? O co chodzi? - Nie ma szkieletu. Ktoś go ukradł, albo... - Albo co? - Nie, to głupie. - No powiedz. - No dobra. Może on się obudził i uciekł tak jak podaje mit, że potrafił łączyć się w całość. Dlatego może połączył kości. - Przecież to mit, bajka, i ty w to wierzysz. Na pewno ktoś zazdrosny podprowadził go i ukrył. - Muszę gdzieś skoczyć Tom. Niedługo wrócę. Po chwili ubrał się, wyszedł z domku i udał się do Stevena. - Cześć. Słuchaj, moglibyśmy porozmawiać. - Oczywiście. O co chodzi? - Czy wiesz może jeszcze coś o tym, Meniwarze. A dokładniej, ile żył lub ten, co zdechł, to co ile czasu się odradzał? – spytał John. - A czemu się pytasz? - Później ci powiem. - O ile dobrze się orientuję, żył około trzystu lat, a ten, co zdechł odradzał się w roku mającym trzy zera, czyli na przykład dzisiejszy dwutysięczny. - O Boże. O by to był tylko mit. - Ale o co chodzi? - Już ci mówię. Otóż szkielet zniknął. Po prostu zniknął. A wątpię żeby ktoś go ukradł dla zysku. Ale popytam się. I tak na pytaniu stracił trzy godziny nie uzyskując żadnej informacji. Za jakiś czas wrócił do domku i wszystko opowiedział Tomowi. Około czwartej po południu wyszli na zewnątrz, aby zwiedzić tutejsze tereny. Po przejściu mniej więcej kilometra zauważyli leżące ciało. Natychmiast ruszyli w jego stronę. Był to jeden z pracowników. Jego ciało pozbawione było serca, mózgu, wątroby i co dziwne kości nóg. - I nadal uważasz, że to tylko i wyłącznie wymyślony przez człowieka kolejny głupkowaty mit, a może zbieg okoliczności, że szkielet ginie, natomiast następnego dnia odnajdujemy zakrwawione zwłoki ze śladami wskazującymi ewidentnie na działalność szkieletu tego przebrzydłego stwora - powiedział John. - Chyba miałeś rację, że on zmartwychwstał. Ale jak to możliwe i akurat nam to się przytrafiło. To, co będzie dalej, jeśli mit się w całości sprawdzi. - Będzie tragicznie. No dobra, wracajmy z powrotem powiadomić innych, a zwłaszcza Stevena. Wróciwszy…