Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 8 min czytania

Odmieńcy: Epizod I, r.4

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Zrób to jeszcze raz… - wymruczałam, całując mój deser prosto w smakowite usteczka. Tym razem miałam ochotę na coś ostrego i szybkiego, dlatego zadzwoniłam do Marca, który oczywiście natychmiast się zjawił. Luis tymczasem odpoczywał w pokoju obok po wcześniejszych igraszkach.

Oto raj, a me drugie imię brzmi Rozpusta.

- Gwen… - Marco oderwał się od moich ust. Niezadowolona chwyciłam go za brodę i z powrotem przyciągnęłam do siebie. - Telefon! - wykrztusił, a że udało mu się powiedzieć, to co miał powiedzieć, wrócił do całowania moich ust. Jednak to jedno słowo zburzyło rodzący się między nami grzeszny nastrój, w związku z czym zrzuciłam go z siebie jednym szybkim ruchem i wstałam. Nago podeszłam do sterty ubrań walających się w kącie pokoju i wyłuskałam z kieszeni dżinsów komórkę.

- Czego? - warknęłam, udając, że nie słyszę żałosnych jęków za plecami.

- Gwen! Boże, Gwen, ratuj! On zwariował! Aaa! Nie, zostaw to! - Usłyszałam po drugiej stronie jakieś trzaski i szamotaninę, a to wszystko zwieńczone dość dosadnym przekleństwem. - Max oszalał! Błagam, pomóż mi! Zaprosiłam go do siebie pod prysznic, wiesz, do wspólnej kąpieli, ale on pomyślał, że to jakaś zasadzka, że podstępem usiłuję zmusić go, żeby się umył! Max! O nie, poczekaj! - rzuciła. Ubierając się w pośpiechu, z niepokojem nasłuchiwałam kolejnych wrzasków. - Uciekł! - usłyszałam w końcu zasapany głos przyjaciółki. - No, nie wierzę własnym oczom, co za palant! Wybiegł przez otwarte drzwi i już myślałam, że się opamiętał, bo wpadł z powrotem do domu, ale on to zrobił tylko po to, aby potem wyskoczyć przez okno! Dasz wiarę? Wyskoczył przez cholerne okno i teraz będę musiała wstawiać cholerną nową szybę, co za makabra!

- Gwen, on stanowi zagrożenie dla otoczenia - przerwałam jej wywody, chwytając w biegu kosmetyczkę i torebkę. - Leć za nim, znajdę was!

Okręciłam się w miejscu i omal nie wpadłam na wciąż leżącego na podłodze Marca. Zmarszczyłam brwi. Szturchnęłam go nogą, ale się nie poruszył. Wtedy spostrzegłam wystający z jego piersi szpikulec.

I krew. Mnóstwo krwi.

Zdjęta zgrozą upadłam na kolana i obróciłam go na brzuch. Nasapałam się przy tym niesamowicie, bo niezły z niego kolos, ale zaraz zapomniałam o zmęczeniu, gdy zobaczyłam moje nowe, srebrne szpilki. Biedaczek, musiał nadziać się na nie, gdy spadał z łóżka...

- Oh, kochanie… - wyszeptałam czule. - I skąd ja teraz wezmę drugą taką parę? Tamte kupiłam na wyprzedaży, ale była to ostatnia… Zresztą nie pora na to, muszę ratować ludzkość przed psychopatą! - przypomniałam sobie nagle.

Wbiegłam na klatkę schodową (niestety nie miałam tego komfortu, aby tak jak Zoya mieszkać we własnym, wielkim domu, toteż wynajmowałam mieszkanie na blokowisku) i zatrzasnęłam drzwi. Zbiegłam po schodach, następnie skupiłam się i zaczęłam biec w specjalnym wampirzym tempie. Czułam jak wiatr rozwiewa moje falujące włosy, jak z każdym krokiem przybliżam się do wyznaczonego celu, a płuca walczą o najmniejszy haust powietrza…

!?

Zatrzymałam się, oddychając ciężko. Rozejrzałam się i aż się we mnie zagotowało. Przebiegłam raptem kilka metrów, a powinnam już być na miejscu! Co jest, przecież dopiero co się pożywiłam, i to nie byle czym!

Warknęłam rozzłoszczona i pobiegłam dalej, wykręcając numer.

*

- Gwen, tutaj!

Dotarłam na parking w samą porę, aby zobaczyć jak Max rozwala kolejny samochód. Bez najmniejszego wysiłku podniósł go i wrzucił na wciąż rosnącą stertę na środku placu. Co za szczęście, że nastał już wieczór, przynajmniej nie będzie się nam tu kręcił żaden śmiertelnik, przemknęło mi przez głowę. Skąd ta pewność? Merdaville to miasto wampirów - dzieciaki od małego są surowo…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%