fantastyka · 30 min czytania
Odnaleźć drogę
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
ODNALEŹĆ DROGĘ
Szedł całkiem sam. Znał cel, lecz nie pamiętał drogi. Podążał przez mgliste pustkowie wędrówką, której początku nie pamiętał, a w koniec zwątpił. Nie odróżniał dnia, od nocy. Czas mijał nieuchwytnie i ulotnie. Chwilami wydawało mu się, że gdyby nie świadomość nadal rejestrująca ruchy przynależnego jej ciała, czas stałby się zupełną iluzją. Czy jednak było to jeszcze prawdziwe ciało, z krwi i kości? Raz po razie mężczyzna podnosił do góry ręce. Oddychał z ulgą widząc znajomy kształt dłoni, aby po chwili załkać rozpaczliwie, patrząc jak nikną, rozpływają się niczym pustynny miraż. Czuł je nadal, choć wzrok zadawał temu kłam. Popychany paniką dotykał piersi, bojąc się, że i one funkcjonują tylko w jego ułomnej pamięci. Nie bezpodstawnie. Jeśli nawet napotykał ich znajomy kształt, to tylko po to, by stwierdzić, że nie unosiły się nawet o włos w oddechu. Mało tego. Zupełnie nie wyczuwał, tak dotąd niezmordowanego, stukotu serca. Reszta ciała również ukazywała się tylko chwilami, w sposób zupełnie losowy i niezrozumiały. Chciał zapłakać, ale ani jedna łza nie spływała po twarzy. Nie odważył się jej dotknąć. Obawiał się tego, co mógłby tam znaleźć, albo raczej, czego nie znajdzie. Ciągle widział, ale skądś czerpał pewność, że nie patrzy na ten dziwny świat swoimi oczami. Tak myślał, bo choć bardzo chciał,…nie mógł ich zamknąć. Musiał patrzeć. Cały czas. Nie było przed tym ucieczki. Nie rozumiał jak to możliwe… Nie miał pojęcia kim jest, jak i dlaczego się tu znalazł. Nie mógł określić jak długo tu błądzi. Przede wszystkim zaś, nie wiedział gdzie jest… Jedyne czego był pewien to to, że musiał dotrzeć do stanicy. Był już w niej, lecz zapomniał drogę. Ona była jego jedyną szansą. Jedyną i ostatnią…
Mgła otaczała go ze wszystkich stron. Była gęsta, całkiem biała i… sprawiała wrażenie żywej. Ograniczała widzialność do kilkunastu kroków, ale w sposób ciągły usuwała się przed nadchodzącym mężczyzną utrzymując stały dystans. Jedynie czasami wypuszczała w jego stronę wijące się, ciągliwe wypustki-macki; dotykały go, owiewały i spowijały na krótki moment. Wydawać by się mogło, że sprawdzają, czy nadal kontynuuje swą daremną wędrówkę. Brodził po kostki w mętnej wodzie. Chwilami widział swe bose stopy wynurzające się z toni, częściej dostrzegał tylko rozchodzące się w miejscu stawianych kroków kręgi. Starał się nie patrzeć na wodną taflę. Gdy tylko to robił zaczynał spostrzegać pod jej powierzchnią niepokojące ruchy, niewyraźne cienie. Wcześniej niejednokrotnie pochylał się ku wodzie, by natychmiast odskakiwać w przerażeniu. Tuż pod jej wierzchnią warstwą pojawiały się twarze. Bezkrwiste oblicza bez oczu, bez uszu albo nosów, wykrzywione w nieludzkich grymasach. Jedynym organem zmysłów, który wszystkie nadal posiadały, były usta. Choć niczego nie słyszał, wiedział, że wydobywa się z nich przeraźliwy krzyk niewyobrażalnego przerażenia. Strachu, który bez trudu doprowadza do szaleństwa. Pojawiały się gdzieś z niewidocznych głębi, lecz nim dosięgły powierzchni nagle znikały, jakby ściągnięte w dół porażającą siłą. Były też chwile, gdy zamiast nich dostrzegał wydobywające się na powierzchnie bąble gazu. Pękały rozsiewając koszmarny odór, mieszankę smrodu świeżo otwartych grobów i odkrywki siarki. Nie on był jednak najgorszy… W kipiących rozbryzgach pojawiały się dłonie. Rozwarte, z naciągniętymi do granic wytrzymałości ścięgnami palców, pokryte odpadającymi płatami skóry i mięsa, lub zupełnie sczerniałe, jakby spalone. Wyciągnięte w rozpaczliwym geście, szukające nadludzkim wysiłkiem ratunku, pomocnego uchwytu w swej próbie ucieczki. Nie znajdowały go. Podobnie jak twarze ginęły w odmętach, wszarpnięte w głębinę przez niewidzialnych prześladowców . Próbował patrzeć wyłącznie w górę. Choć na mglistym firmamencie nie pojawiały się żadne koszmarne zjawy, jego strach, nie wiedzieć czemu, był jeszcze większy. Nie było na nim widać chmur, ani gwiazdy dającej stłumione światło. Nie było nic, oprócz falującej bieli…Jednak z tej mlecznej powłoki biła jakaś niewypowiedziana groza. Lęk każący zgiąć kark i zasłonić niegodne tego widoku oczy. Przez krótkie momenty, gdy ośmielał się unieść twarz ku niebiosom, widywał , jak mgliste kłęby rozwiewane są na krótkie momenty majestatycznym ruchem niewidocznych wachlarzy, wiatraków, a może…skrzydeł. I wtedy natychmiast opuszczał głowę zdrętwiały ze strachu; wiedział, że nie ma takich stworzeń. Przynajmniej nigdy o nich nie słyszał. Chyba, że… Jeśli tak, to tym bardziej nie chciał zobaczyć ich właścicieli, nie czuł się na to gotowy. Nie mógł zamknąć oczu, nie chciał patrzeć pod nogi, ani w górę. Był skazany na spoglądanie przed siebie. Szedł w ciągłym niepokoju i napięciu, na próżno wypatrując jakichkolwiek drogowskazów. Natężał słuch z całych sił, próbując wychwycić choćby najmarniejszy szmer mogący udzielić mu wskazówek, a może raczej negujący jego samotność. Czuł się przeraźliwie opuszczony choć, o dziwo, wiedział, że… nie był tu sam. Częściej niż by chciał mijali go towarzysze niedoli. Czy rzeczywiście nimi byli? Tak przypuszczał. Niczego nie wiedział dokładnie i niczego do końca nie był pewien. Bywały chwile, gdy zasłona mgły nagle rzedła, napinała się niczym powłoka nadmuchiwanego do granic możliwości balonu, ale… nie pękała. Opinała się na niewidocznym konturze rozpychającego ją obiektu, kształtem przypominającego do złudzenia ludzkie ciało. Mężczyzna krzyczał wtedy ile sił, w rozpaczliwym pragnieniu kontaktu, bliskości i solidarności. Nic z tego. Najlżejszy szept nie wydobywał się z jego ust, żadne słowo nie dobiegło też ze strony obcego. W desperacji szedł w jego stronę, choćby miał się z nim boleśnie zderzyć… Nic takiego nie następowało. Przenikali przez siebie bez najmniejszego oporu, bez żadnego zahamowania. Jedynie fala rozpaczy wypełniająca umysł obcego wędrowca opadała na świadomość mężczyzny, napełniając ją bezgraniczną boleścią. W takich momentach żal i ból rozrywał jego jestestwo na strzępy. Uświadamiał sobie, że stracił coś nieocenionego i niepowtarzalnego. Dławiła go niezrozumiała, niewypowiedziana tęsknota… Za kim? Za czym? Tego też nie wiedział… Szedł przed siebie.
Usłyszał szepty. Przystanął podekscytowany. Zdarzyło mu się to już kiedyś. Pamiętał to, choć nie wiedział dlaczego uznał za coś godnego uwagi. Nadbiegały ze wszystkich stron, tłukły mu się w głowie, natrętne, nieustające, ale też jakby …błagalne. Nie rozróżniał słów, ani głosów. Nie miał pojęcia skąd dochodzą i kto je emituje. To nie było ważne. Istotne było tylko, że za ich przyczyną poczuł przypływ, zdawało by się, zupełnie irracjonalnej nadziei, otuchy i…wskazówek dotyczących dalszej marszruty. Enigmatyczne szepty wskazywały mu drogę. Posłuchał ich. Napędzany świeżo nabytą wiarą podążał przed siebie nie zwracając uwagi na otoczenie. Mijał nieliczne wystające z wody kępy anemicznej trawy i jeszcze rzadsze pnie mizernych drzewek, czy kłączy. Były szare, obłaziły z cuchnącej kory. Pokrywały je niemal bezbarwne pąki, jakby nie mogące się zdecydować, czy szczeznąć, czy rozkwitnąć. Był śmiertelnie zmęczony, ale jakimś cudem nadal stawiał niezgrabne kroki, nękał go nieznośny głód i paliło pragnienie, lecz w niezrozumiały sposób ciągle funkcjonował. Droga wydawała się nie mieć końca…
Część 22 / 2
Nagle mignęły przed nim, jeden po drugim, wszystkie kolory tęczy. Cała przestrzeń zafalowała, drgnęła i owinęła się wokół mężczyzny ze zręcznością wygłodniałego gada. Stał osłu-piały patrząc, jak niczym w kalejdoskopie, przepływają przed nim z szaloną szybkością barwne obrazy. Ludzie, krajobrazy, zdarzenia i sytuacje, coś mu przypominające i takie, o których nic nie mógł powiedzieć. Zmieniały się z oszałamiającą częstotliwością, zamykając go w wielkim, bezdennym wirze. Całe otoczenie rotowało zamazując barwne odsłony. Mężczyzna krzyknął w przerażeniu. Chciał ze wszystkich sił zacisnąć nieistniejące powieki, pragnął powstrzymać eksplodujące w głowie szaleństwo… Wszystko rozjarzyło się w ogromnym rozbłysku niczym w wybuchu supernowej. W mgnieniu oka zimne światło przeniknęło ciało i umysł człowieka. Nie było to bolesne, ani straszne doświadczenie. Wręcz przeciwnie. Z ulgą poczuł jak blask go oczyszcza, pozbawia dotychczasowego lęku i rozpaczy. Znalazł się teraz w prawie całkowitych ciemnościach. Prawie, bo nad głową i pod nogami widział miriady migoczących iskier. Jak gwiazdy… To były gwiazdy. Wydawało mu się nawet, że kiedyś potrafiłby nazwać niektóre z konfiguracji w jakie je ułożono. Teraz jednak były tylko plamkami światła rozrzuconymi hojną dłonią niebiańskiego siewcy. Przez moment myślał, że pod nogami ma wodne odbicie gwiaździstego sklepienia, ale po pierwszym kroku zorientował się, że był w błędzie. Trwał zawieszony w przestrzeni niewidzialną, niepojętą mocą; gwiazdozbiory pod stopami różniły się w swych kombinacjach od tych w górze. Dziwne, ale nie bał się. Był spokojny, czuł się częścią bezkresnego kosmosu, bez obawy wpatrywał się w rozedrgane oblicza gwiezdnych sióstr i braci. Potrafiłby sobie nawet wyobrazić, że jest jednym z nich. Wreszcie wiedział gdzie jest. Zupełnie znikąd pojawił się przed nim pochyły, przygnieciony wiekiem budynek stanicy. Tak jak mężczyzna, trwał zawieszony w rozbłyszczonym uniwersum. Wszystko ma swój koniec, droga też. Nawet ta zapomniana. Człowiek dotarł do celu.
Tak musieli czuć się astronauci po długotrwałej nieważkości. Mężczyźnie wydawało się, że narzucono mu na plecy gigantyczny ciężar. W jednej chwili ogarnęło go niewyobrażalne zmęczenie. Wnętrze boleśnie skręcił głód, gardło zapłonęło pragnieniem. Zachwiał się, zatoczył niczym pijany. Opał się o zimne i mokre kamienie ściany. Przymknął powieki. Drgnął zaskoczony i natychmiast je otworzył… Jak to zamknął? Popatrzył na ręce. Nie znikały przez dłuższą chwilę. Chyba…Tak. Odzyskał swoje, w pełni materialne, ciało. Oparł się o ścianę. Rozejrzał się. Nie wiedział jak znalazł się wewnątrz budynku, ale pozna-wał otoczenie. Był tu już, wiedział to na pewno. Z każdą chwilą przypominał sobie coraz więcej szczegółów. Czuł się, jak człowiek przebudzony z realistycznego koszmaru, próbujący uporządkować poplątaną świadomość. Wnętrze było niezmiernie stare i zniszczone; budowla wyraźnie chyliła się ku upadkowi. Kamienie ścian były tak wiekowe, że miejscami kruszyły się, pokrywał je odrażający kożuch mchu, a z każdego kąta zwieszały się prawdziwe girlandy pajęczyn. Jedynie kilka świec, umieszczonych na drewnianym kole wiszącym pod sufitem izby, bez większego powodzenia tworzyło namiastkę oświetlenia. Nie wiadomo kto je zmieniał, ani kiedy zaczął to robić. Na popękanej polepie podłogi, pod każdym z ogarków, sterczały istne piramidy ściekającego, chyba przez wieki, wosku. W częściowo zapadłej gardzieli paleniska tliło się parę potężnych bierwion. Na próżno byłoby szukać przy nim odrobiny ciepła. Najwidoczniej drewno było zbyt mokre, by trawiący je ogień mógł w pełni rozgorzeć. Dymiło leniwie, a niedrożny komin z trudem odprowadzał gryzący dym. Oleiste smugi snuły się przy podłodze zaciemniając i tak mroczne wnętrze. Mężczyzna spojrzał na przeciwległą ścianę. Widniała w niej para drzwi, każde w innym jej końcu. Były zbite z grubo ciosanych desek i ciężko okute. Wyglądało, że niełatwo będzie je uchylić. Mężczyzna od razu zdecydował do których podejść. Tylko na jednych widniała wielka zardzewiała zasuwa; widać drugie zamykano od środka. Podszedł do wybranych wierzei. Zaparł się mocno, by je pchnąć całym ciałem, ale odemknęły się bez najmniejszego trudu…
Przez panoramiczne okno wpadał do środka ostry, słoneczny blask. Krzysztof z trudem rozkleił powieki, aby natychmiast zamknąć je z powrotem. Lubił słońce, lecz w tej chwili było ostatnią rzeczą której widok mógł mu poprawić samopoczucie. Chciał spać. Przekręcił się na bok. Coś było nie tak. Po chwili już wiedział. To wcale nie poranne słońce go przebudziło. To natrętny sygnał telefonu przerwał jego miting z Morfeuszem. Postanowił go przeczekać. Uciążliwe brzęczenie nie ustępowało. Niech to szlag! Namacał aparat. Nawet nie zdążył się odezwać. - Kurwa Krzysiek! Gdzie jesteś do cholery?! Mężczyzna jęknął bezgłośnie. Oczywiście od razu poznał głos Edwarda. - Po co te nerwy? Zrobiłem sobie mały urlop. Co się stało? – udało mu się w końcu otworzyć oczy. - Urlop? Człowieku, tu się waży nasza przyszłość. Być, albo nie być! - Nie przesadzaj – zdrętwiał cały. Obrócił się z powrotem na wznak. Poczuł na boku dotyk czegoś miękkiego i ciepłego. Uśmiechnął się. To przypomniał sobie natychmiast. Wyciągnął rękę i przesunął dłonią po krągłym pośladku śpiącej obok kobiety. - Jesteś tam? – właściciel głosu w komórce z trudem hamował rozdrażnienie. - Jestem… - Krzysztof zamruczał wsuwając palce między uda dziewczyny. – To właściwie o co ci chodzi? - Niech cię cholera! Dzisiaj jest głosowanie idioto! Chyba nie zapomniałeś, ile wynosi zachęta za odpowiednie zakwalifikowanie tej działki? – Edward przestał powstrzymywać emocje. - No ile? – mężczyzna dotarł do celu. Zaczął z wolna torować sobie drogę dalej, w głąb… - No kretyn… To są pieniądze, które mogą nas na długo ustawić. Pamiętaj, nie będziesz do końca życia burmistrzem. Kobieta obudziła się. Poruszyła się leniwie. Ułożyła się tak, by ułatwić Krzysztofowi dalsze manewry. - Daj spokój, widziałem większe. Nie muszę być na tym głosowaniu – i nie chcę, pomyślał. - Bez ciebie połowa tych baranów będzie się bała poprzeć nasz projekt. Bez wielkiej satysfakcji stwierdzam, że posiadasz niezrozumiały dar przekonywania wątpiących. Chyba zastraszania, przebiegło Krzysztofowi przez głowę. Kobieta zaczęła pomrukiwać zmysłowo, co sprawiało mu wyraźną satysfakcję; wręcz namacalną. - Przesadzasz – dziewczyna obróciła się na wznak. Wyciągnęła ramiona za głowę. Rozłożyła ugięte w kolanach nogi. Mężczyzna przełknął ślinę. Pieprzyć głosowanie,.. a co do pieprzenia…– Edward nie truj, nie chce mi się wracać. Tu jest całkiem miło, a ty dasz sobie radę beze mnie. - Twoje lenistwo robi się obrzydliwe – Edward sapał bezsilnie w słuchawkę. – Nie mogę tego zrozumieć, że facet o takich zdolnościach i możliwościach woli leżeć do góry jajami, zamiast robić kasę. Do góry, jak do góry. Krzysztof usiadł na łóżku. Przesunął ręką wzdłuż ciała kobiety. Rozmowa zaczęła go męczyć. - Ok. Powiedz naszemu znajomemu, że interesuje mnie tylko podwójna stawka. Inaczej na tej działce staną jednak te śliczne, kolorowe baraki socjalne. - Nie przeginaj. To już jest podwójna stawka. Przesuwał się na pośladkach próbując dotrzeć pomiędzy nogi partnerki. Cholera, potrzebna mu była druga ręka. - No to niech będzie potrójna. Nie jestem tani – jak ta pani, przemknęło mu przez głowę. - Chciwość kiedyś cię zgubi. I mnie przy okazji. Przyjeżdżasz, czy nie? - Mówiłem już, że mi się nie chce. - No to pierdol się! – Edward rozłączył rozmowę. - Niegłupi pomysł…- mruknął pod nosem mężczyzna. Popatrzył na leżące przed nim ciało. Dziewczyna w zapraszającym geście poruszyła miękko biodrami. Spojrzała wyzywająco spod na wpół przymkniętych powiek. Niewiarygodnej długości rzęsy rzuciły cień, aż na policzki. Krzysztof cmoknął z uznaniem. Nie ma jak…