Melodramat · 2 godz. 12 min czytania
Odnaleźć Siebie: Część I - Rejs
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Odnaleźć Siebie: Część I - Rejs
Słońce przypiekało tego ranka bardziej niż zwykle. West Point tonęło w jego ciepłych promieniach, zmuszając, źle znoszących upały, ludzi do pozostania w swoich domach. Większość ulic była opustoszała. Jedynie w centrum miasta można było dostrzec jakiś ruch, i to tylko, dlatego, ze niektórych mieszkańców naszła chęć na robienie zakupów. Aż trudnym do uwierzenia był fakt, że kończyło się lato. Sierpień okazał się być o wiele cieplejszym miesiącem niż lipiec. Julie była zdecydowanie jedną z tych osób, które nadmierny upał wręcz odstraszał i zmuszał do pozostania w domu. Było jej to nawet na rękę. Od tygodnia planowała wrócić do rodzinnego Nowego Yorku. Owe miasto nadal bardzo ją do siebie przyciągało, mimo, iż przeżyła tam istny koszmar, kiedy przed rokiem straciła oboje rodziców. Nadal za nimi tęskniła, straciła wszystko, co tak naprawdę w życiu potrafiła kochać. Teraz, gdy układała swoje rzeczy w czarnej walizce, rozłożonej na łożu w sypialni, rozmyślała jak cudownie będzie znowu pójść na grób jej rodziców i być z nimi sam na sam, opowiedzieć im, co działo się w jej życiu od momentu, kiedy była u nich po raz ostatni. Składała właśnie swoją czarną sukienkę, kiedy odezwał się Chris. - Jesteś pewna, że właśnie teraz chcesz wyjechać? - Siedział na łóżku, tuż obok walizki. Zjawił się z samego rana, godzinę po tym jak Julie otworzyła oczy, wyrywając się z objęć beztroskiego snu. W ostatnich dniach dużo rozmawiali. Więc nie zdziwiło ją jego pytanie, zwłaszcza, dlatego, że wyznała mu o swoich uczuciach do Daniela. - Chyba tak będzie lepiej, Chris. - Odpowiedziała po chwili zadumy. - Przebywanie w pobliżu Daniela wcale nie jest takie proste. A tam będę mogła, choć na chwilę o nim zapomnieć. - Nie rozumiem! Kochasz go i chcesz z nim być. Dlaczego mu tego nie powiesz? Julie spojrzała na niego, po czym wróciła do pakowania walizki. - Chciałam! Ale dobrze wiesz, że nie dał mi dojść do słowa. Mówiłam ci o tym. - Wiem, ale... - Ale nic! - Przerwała mu, siadając obok walizki - Powiedział, że nie wybaczy mi tamtego nagłego wyjazdu. Nie będę go błagać na kolanach. Mam swoją dumę i już dawno wyrosłam z przeżywania nieodwzajemnionych miłostek. To dobre dla telenowel. Wstała i przeszła przez sypialnię do garderoby. Zdjęła z wieszaków dwie kurtki: jedną z brązowego zamszu z czarnymi wykończeniami, drugą cała czarną. - Jak myślisz, która powinnam zapakować? Koniec lata w Nowym Yorku jest czasami nieprzewidywalny. Chris siedział zamyślony na łóżku. - Julie? - Zagadnął tak, jakby nie usłyszał jej wcześniejszego pytania. - Co jest takiego w Nowym Yorku, że lgniesz do niego jak pszczoła do miodu? Byłem tam razem z moim ojcem i nic szczególnego w nim nie zauważyłem. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego kręcąc głową. Podeszła ponownie do walizki i rzuciła na nią kurtki, po czym przysiadła. - Musiałbyś tam pomieszkać dłuższy czas. Ja właściwie sama nie wiem, co tam jest takiego pociągającego. Ale powiedz mi! Co słyszysz idąc ulicą, w West Point? - Hmm... Nie wiem. - Zamyślił się. - Tu jest raczej spokojnie, od czasu do czasu ktoś się odezwie. Chyba, że się przechadzam ulica w nocy, to wtedy jest cisza jak makiem zasiał... - Otóż to. - Podłapała - Nowy York jest zupełnie inny. Tam jest zawsze głośno! Miasto żyje 24 godziny na dobę. A poza tym, tam można pozostać anonimowym obywatelem, nie tak, jak tutaj gdzie każdy każdego zna i wszyscy o wszystkim wiedzą. Tam nikt nie zwraca na ciebie uwagi. - I to jest dla ciebie takie podniecające? Hałas 24 godziny na dobę i to, że wszyscy cię olewają? Westchnęła ciężko. - Nie zrozumiesz tego. - Powiedziała zrezygnowana. - Ja po prostu kocham tam być. Chris wstał z łóżka rozciągając zdrętwiałe kończyny. Ziewnął głośno, po czym odezwał się flegmatycznie. - Masz moje błogosławieństwo, dziecko. Tylko wracaj do nas szybko. Uśmiechnął się, gdy Julie zachichotała. - Muszę jeszcze wpaść do Presa, po drodze do domu. Spotkamy się później? - Tak. - Odparła wstając, po czym wskazała na walizkę - Muszę jeszcze spakować kilka mniej potrzebnych rzeczy. Te najważniejsze zostawię na koniec. Wpadnij po mnie po południu to gdzieś się wybierzemy, OK? - Dobra. Miłego pakowania. - Odwrócił się i wyszedł z sypialni. Po chwili wrócił i wystawił głowę przez próg. - A co do kurtek, w brązowej będzie ci lepiej. - Dodał z uśmiechem na widok zaskoczenia Julie. Roześmiała się. - Dzięki, za radę! - Krzyknęła do wychodzącego chłopaka, po czym pospiesznie odwiesiła czarną kurtkę do szafy. Obok na komodzie ustawione były w ramkach różne zdjęcia z nią, z jej rodzicami, razem z Danielem, oraz całej grupy jej przyjaciół. Wzięła największe, na którym obejmowała się starsza para. Zdjęcie zrobiono, gdy jej rodzice byli jeszcze szczęśliwi i zanim jeszcze jej życie legło w gruzach. Zabierała je ze sobą w każdą podróż. Także i teraz ułożyła je na kremowej bluzce w swojej walizce.
***
Chris wyszedł z domu Julie, zamykając za sobą drzwi. W ogrodzie dostrzegł Piper - trzy miesięczną suczkę Julie, rasy Ratler. Mała bawiła się piłką większą od niej samej. Zawołał ją po imieniu. Zareagowała natychmiastowo, podbiegając do niego radośnie i merdając malutkim ogonkiem. Chris przyklęknął na ceglanym chodniczku i zaczął delikatnie głaskać psa, przyzwyczajonego do jego codziennych wizyt. Piper momentalnie rozłożyła się na grzbiecie odsłaniając różowiutki brzuszek, wyraźnie domagając się pieszczot. - Spryciula! - Rzucił pieszczotliwie w kierunku suczki, na co ponownie zareagowała energicznym machaniem ogonka. Chris pogłaskał ją jeszcze przez kilka sekund, po czym kazał Piper biec po piłkę. Suczka odbiegła wesoło i zaczęła skakać na pomarańczowa kulkę. Chłopak otarł pot z czoła, kiedy wychodził z ogrodu sprzed domu przyjaciółki. Upał dawał się coraz bardziej we znaki. Ruszył uliczka bezpośrednio przylegającą do portu, gdzie aż roiło się od krzykliwych odgłosów mew krążących nad kutrami, na których, porozbierani do pasa, rybacy uwijali się w pocie czoła, ładując do pojemników z lodem, złowione podczas nocnych połowów, ryby. Port podzielony był na dwie części. Pierwszą: szerszą, zajmowały same kutry rybackie. Obszar tych wód niemal całkowicie pustoszał w nocy, gdy ludzie wyprowadzali statki w morze, na nocne połowy. Drugą część zajmowały ustawione luźno na redzie jachty i żaglówki, w tym także "Tabernacle" - olbrzymi jacht Whopper'ów. Po drugiej stronie roiło się od sklepów, prze-najróżniejszych rodzajów, począwszy od smażalni, przez kantor i kończąc na jubilerze. To właśnie w tym ostatnim sklepie zobaczył Brauni i kupującego coś Artura – syna właściciela jachtu. Dawał właśnie pieniądze sprzedawcy, uśmiechnął się do niego i podziękował. Chris czekał na nich przed sklepem. - Myślisz, że jej się spodoba? - Spytał Arthur, kiedy otwierał Brauni drzwi. - Jestem tego pewna. Byłabym zachwycona gdybym coś takiego dostała. - Rzuciła z uśmiechem wychodząc. Wtedy nagle zobaczyła kolegę. - Chris! Cześć! Spojrzała znacząco na Arthura. Potrafił odgadnąć, iż zastanawiała się panicznie ile Chris zdążył zobaczyć i co ważniejsze, czy nie zrozumiał tego opacznie. - Proszę, proszę! - Rzucił ironicznie chłopak. - Piękna i Bestia! - Cześć Chris! - Powiedział Arthur zmieszanym tonem, ale nie z powodu jego uszczypliwości, ale z obawy, że widział go w takim miejscu. - Pres cię tak wcześnie ze swojego łóżka wygonił? - Jeszcze u niego nie byłem! Wracam od Julie! Po usłyszeniu tego imienia, Brauni i Arthur wymienili kolejne znaczące spojrzenia. Chris otarł czoło rękawem. - Ale mamy dziś upał. Ledwie się trzymam na nogach. - Co u niej? - Spytała dziewczyna. - Słyszałam, że znowu wyjeżdża. Musze ją odwiedzić. - Właśnie się pakuje. - Chris spojrzał na małe pudełeczko, które jego kolega ściskał w ręku. - Kupowaliście coś? - Tak! - Odparł Arthur, zanim Brauni zdążyła otworzyć usta. - Brauni pomagała mi wybrać spinki do krawata. Chris zmarszczył brwi, bacznie się im przyglądając. - Jesteście jacyś dziwni. - Spojrzał na zegarek. - No cóż knujcie sobie dalej. Ja lecę do Presa. Ciao! - Rzucił, po czym ruszył w dalszą drogę wzdłuż portu. Aby dojść do domu kolegi musiał minąć całą zatoczkę i przejść jeszcze dwie ulice. - Ucałuj go od nas. - Rzucił uszczypliwie Arthur do znikającego Chrisa, po czym roześmiał się wesoło. - Uff! Było blisko! - Powiedział do Brauni, gdy powoli zaczęli iść w przeciwnym kierunku. - Spinki do Krawata? - Zagadnęła - Sama bym na to nie wpadła.
***
Daniel otworzył ciężkie oszklone drzwi i wszedł do środka restauracji Marshall'ów. Wnętrze okazało się być przyjemnie chłodnym. Był to istny raj i azyl dla ludzi zmęczonych nadmiernym upałem. Wnętrze lokalu było urządzone w gustownym hiszpańskim stylu. Na prawo znajdował się długi rząd mahoniowych stolików z ławkami po obu stronach. Ustawienie ich przywodziło na myśl wystrój jadalnego wagonu kolejowego. Na każdym blacie ustawione były obowiązkowo: menu, przyprawy, serwetki i małe, gustowne wazoniki z drobnymi kwiatami. Wszystko to oświetlone zostało nastrojowym światłem. Na wprost wejścia znajdował się szeroki bar, za którym na szklanych półkach poustawiano karafki i butelki z różnymi rodzajami alkoholu. Obok znajdowało się małe okienko od kuchni, przez, które podawano zamawiane potrawy. Po lewej stronie, podobnie jak po prawej widniał wystrój wagonu jadalnego, tylko nieco krótszego. Za miejscami dla gości rozmieszczone były kolejno trzy wejścia: do kuchni, na zaplecze i do łazienki. Na środku restauracji ustawiono trzy stoły z czterema krzesłami do każdego. Teraz siedziało tam niewielu klientów. Upał sprawił, że prowadzący lokal pozasłaniali okna wychodzące na ulicę. W środku unosił się zapach kwiatów wymieszany z lekką wonią smażonych ryb i owoców morza. Daniel podszedł do baru, za którym, plecami do niego stała Anna. Przecierała szkło czekając aż zrobi się większy ruch. - Cześć! - Rzucił chłopak zwracając jej uwagę. Daniel lokował się na jednym z wysokich stołków przy barze, kiedy Anna się odwróciła. - Hej! Fajnie, że wpadłeś. Jeszcze chwila a umarłabym tu z nudów. - Oparła ręce o blat. - Podać ci cos? - Niech będzie to, co zawsze. - Uśmiechnął się do niej. Kiedy podeszła do pojemnika z lodem, zaczął rozmyślać nad spędzeniem tego dnia w jakiś sensowny sposób. Jednakże upał spalał na panewce każdy jego pomysł. Anna ustawiła przed nim lodowatą butelkę Redd'sa. - Dzięki. - Rzucił, po czym chwycił napój i wypił odrobinę. Połykał powoli, pozwalając zimnej cieczy delikatnie chłodzić język, podniebienie i przełyk. - Co zamierzasz dzisiaj robić? Ja muszę tu zostać do piątej, potem zastąpi mnie Beverly. - Spytała patrząc jak pije. Daniel odstawił opróżnioną, w jednej-trzeciej, butelkę i popatrzył na nią. - Szczerze mówiąc, jeszcze nie wpadłem na żaden sensowny sposób spędzenia tego piekielnego dnia. - Na popołudnie zapowiadali zachmurzenie, ale jak dotąd, wyglądając przez drzwi restauracji, nie udało mi się zauważyć ani jednej małej chmurki. Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Po czym ponownie upił troszkę piwa, delektując się nim. Anna odwróciła się wracając do przecierania szklanek. - Co u Chrisa? - Spytał po kilku chwilach milczenia. - Nie wiem. - Odparła nie przerywając zajęcia. - Nie widziałam go rano. Musiał wcześnie wyjść. Pewnie poszedł do twojej byłej. Ostatnia część jej wypowiedzi zabrzmiała dość złośliwie. Daniel wyprostował się nagle. Ostatnio wolał nie poruszać tematów związanych z Julie. W myślach jednak zaczął interpretować jego reakcję na wypowiedź Anny. Nie wiedział, co go bardziej ruszyło. Czy to, że wspomniała o Julie, czy też może fakt, że brat Anny łazi do niej codziennie? Pstryknęła mu nagle palcami przed nosem widząc jego zamyśloną twarz. - Wróć na Ziemię. Chłopak zmieszał się i znowu sięgnął po butelkę. - Nie wiem, dlaczego nic z tym nie zrobisz. - Z czym? - Spytał zaciekawiony. - Z Julie! Nadal o niej myślisz. - Zawahała się na chwilę, po czym dodała, patrząc na niego. - Nie czekaj zbyt długo, bo możesz ją stracić. Zastanawiał się czy Anna przypadkiem nie ma zdolności czytania mu w myślach. - Co masz na myśli? - Ona za cztery dni wyjeżdża. Wiem od Chrisa. Zastanawiałeś się, że może już nie wrócić? Daniel ponownie popadł w zadumę. - Nie chcę i nic z tym nie zrobię. - Powiedział po kilku minutach porządnego myślenia i analizowania swoich uczuć. - Julie to zamknięty rozdział mojego życia. - Tak jak i ja! - Dodała szybciutko uśmiechając się do niego szeroko. - A raczej tego, co nas kiedyś łączyło. Daniel uniósł się ze swego siedzenia i wyjął portfel. - Nie mów hop! - Wymamrotał, szukając drobnych. - O-ho! - Anna parsknęła śmiechem. - Gdzie się teraz wybierasz? Chłopak położył na blacie banknot, po czym szybko wsunął czarny, skórzany portfel do tylnej kieszeni spodni. Powoli ruszył w stronę wyjścia, odpowiadając po drodze. - Nie wiem, połażę trochę, albo zaszyje się w domu i nie wyjdę dopóki na niebie nie pojawią się te przeklęte chmury. Trzymaj się. - Rzucił do dziewczyny. Anna ponownie się zaśmiała. Kiedy wyszedł westchnęła lekko i schowała pieniądze do kasy.
***
Część 22 / 5
Chris skręcił właśnie w ulicę, na której mieszkał, Pres, gdy nagle zerwał się wiatr. Zatrzymał się zdziwiony patrząc na poruszone podmuchem drzewa. Spojrzał w stronę nieba, ale nie dopatrzył się żadnych oznak zapowiadających popsucia pogody. Zaczął się powoli delektować owiewającym go powietrzem, kiedy, tak samo nagle jak się pojawił, wiatr zniknął. Spojrzał zawiedziony na drzewa, ale gdy nie dostrzegł już ich ruchu, zrezygnowany ruszył dalej. Ulica była dziwnie opustoszała. Można było odnieść wrażenie, że wszyscy ludzie poznikali w tajemniczy sposób, tak jak to było kiedyś z takim statkiem i jego pasażerami. Chris nie mógł sobie przypomnieć jego nazwy. Gdzieś dalej przy krawężniku ustawiona była mini furgonetka z odkrytą naczepą i z przywiązaną do niej łodzią ustawioną na małej przyczepce. Zapewne ktoś musiał przyjechać do rodziny mieszkającej w domu, przed którym stał samochód. Miejscowi ludzie, wszystkie swoje łodzie trzymali w basenie portowym. Po kilku minutach wolnego marszu, Chris znalazł się przed domem Presa. Była to potężnych rozmiarów, dwupiętrowa willa z wielkim tarasem od frontu. Z tyłu zaś miała dość rozległe patio i basen kąpielowy. Chłopak podszedł do dużych, dębowych drzwi i nacisnął dzwonek. Słyszał melodyjkę, jaka rozległa się w domu, ale nikt nie przyszedł mu otworzyć, mimo iż próbował kilka razy. Zszedł z tarasu i powoli zaczął okrążać dom. Intuicja podpowiedziała mu, że w taki upał, Presa znaleźć można będzie tylko w jednym miejscu. Nie mylił się. Kiedy wszedł na patio, usłyszał cichy odgłos wody. Pres pływał w basenie, co chwila zmieniając styl. Nie zauważył kolegi. Chris nie przerywając mu, usiadł sobie w jednym z foteli ogrodowych ustawionych przy basenie. Na stoliku obok stało kilka butelek z napojami i trzy szklanki w tym jedna do połowy napełniona różowym napojem. Pozostałe ustawiono do góry dnem. Chris chwycił jedną, ustawił obok siebie, po czym wybrał colę i nalał sobie do pełna. Wypił połowę a resztę odstawił na później. Pres powoli zmniejszał tempo przepływania basenu. Kiedy wreszcie skończył wynurzył się i nie zauważając Chrisa wyszedł z basenu za pomocą drabinki. Zobaczył go dopiero, kiedy sięgał po ręcznik, lezący na brzegu. - Długo tu jesteś? - Spytał, kiedy opadło jego zaskoczenie. Zaczął się powoli wycierać ręcznikiem. - Jakieś 32 baseny. - Odparł Chris unosząc do góry szklankę z colą. - Zdrówko. Pres podszedł do stolika, podniósł szklankę i wypił pozostała połowę, po czym zmęczony usadowił się w drugim fotelu, obok Chrisa. - Matko! Ten upał jest nie do zniesienia! - Wiem. Ale jak szedłem do ciebie, to trochę wiatru widziałem. - Powiedział Chris z zadowoloną miną. - Już by mnie huragan bardziej ucieszył niż 40 stopni w cieniu. Mam nadzieję, że się wkrótce ochłodzi, bo skonam. - Nie marudź. – Skarcił go. - Rozmawiałeś z Collinsem? Pres spojrzał na niego. - Tak. Obiecał, że czegoś poszuka, ale niczego nie gwarantuję. Jeremy Collins był właścicielem miejscowej stacji kablowej, nadającej 24 godziny na dobę, a zarazem i szefem Presa. Odziedziczył firmę po swoim ojcu, który zasłynął wypuszczając na rynek kilka dobrych i chętnie oglądanych seriali telewizyjnych. Pod koniec życia Thomasa Collinsa oglądalność zaczęła powoli spadać a firma zaczęła tracić milionowy kapitał, wydając pieniądze na coraz to nowsze, bezsensowne reklamy. Syn okazał się jednak, nie być takim darmozjadem, za jakiego brał go ojciec. Postawił, popadająca w ruinę, stację na nogi, produkując kilka programów telewizyjnych. Zaledwie w ciągu kilku miesięcy KML stała się najchętniej oglądaną stacją telewizyjną w stanie Północnej Caroliny. Pres miał szczęście i został jednym z prowadzących najnowsze dziecko Collinsa: "Extreme", gdzie uczestnicy programu pokonywali swoje słabości walcząc o 50 000 dolarów. Dzięki temu chłopak zaczął być częściej rozpoznawaną osobą niż sam Collins. - Dobre i to. - Przyznał Chris, dolewając sobie napoju. Wypił odrobinę. - Co tam u naszych znajomych? - Zapytał w końcu Pres. Chris wyprostował się na krześle i zwrócił się w stronę kolegi. - Raczej po staremu. Wiesz, że Julie zerwała z Danielem, więc teraz wiadomo, co nastąpi. - Znowu wyjeżdża? - Zgadł Pres. - Już się pakuje! - Rzucił Chris - A wyjeżdża dopiero za cztery dni. Mówię Ci chłopie, nie rozumiem, dlaczego ona ciągle ucieka od tych jej zmartwień. Chłopak nie odpowiedział, pokręcił tylko delikatnie głową. - Może to i jest jakiś sposób. - Odezwał się po kilku chwilach. - Zostawić wszystkie problemy za sobą, wyjechać daleko od tego miejsca, przeanalizować czas przeszły i podjąć decyzję, co do przyszłości. Po tych słowach obaj popadli w zadumę. Chris rozmyślał, gdzie on by musiał się udać, gdyby miał takie problemy. Wybrałby pewnie Australię, ojczyznę kangurów. Uśmiechnął się na tę myśl. - Brauni i Arthur coś knują! - Rzucił te słowa tak nagle, że Pres niemal krzyknął, wyrwany z zadumy nad tym jak chętnie byłoby się przenieść do jakiegoś mroźnego kraju. Właściwie zaczynał już czuć delikatny chłód wokół ciała. - Co masz na myśli? - Spytał zrezygnowany. - Dziwnie się zachowywali jak ich dziś spotkałem. Wychodzili od Jubilera z małym pakunkiem. - Może są razem. - Zasugerował chłopak. - Nie! - Zaprzeczył natychmiast wstając - Brauni jest z Peterem. Ich bajka o spinkach do krawata mnie nie przekonała... - Wiesz, co, kolego? - Przerwał mu, Pres - Robisz się drugą Oprah Winfrey, czyli za bardzo ciekawski. Chris uśmiechnął się szczerząc bielutkie zęby. - Możliwe. - Przyznał, po czym skierował swoje kroki wzdłuż basenu, w kierunku wyjścia z ogrodu. - Na razie stary, zdzwonimy się. - Trzymaj się! - Rzucił Pres. Kiedy kolega zniknął za budynkiem, wstał ociężale ze swojego wiklinowego fotela, podniósł leżący obok stolika ręcznik i zaczął się dokładniej wycierać. I tak musiał jeszcze wziąć prysznic zanim pojedzie do stacji, ale na razie chciał jeszcze trochę poleniuchować. Założył na nogi czarne klapki i poszedł w stronę domu. Otworzył szklane drzwi prowadzące z patio do dużego salonu. Kiedy znalazł się w środku, podszedł do kanapy ustawionej przed wielkim telewizorem, którego włączył za pomocą pilota. Na ekranie ukazał się jeden z prowadzonych przez niego programów. Pres uśmiechnął się do siebie i odszedł do kuchni, przylegającej bezpośrednio do salonu. Była bardzo przestronna i sprytnie zagospodarowana. Otworzył lodówkę i wyjął z niej butelkę z sokiem pomarańczowym i butelkę wódki, którą chłodził od samego ranka. Z jednej z szafek wyjął szklankę do drinków i przyrządził sobie napój. Z pełną szklanką podążył na kanapę.
***
Zbliżało się południe, kiedy Arthur odprowadził Brauni pod sam dom. W ogrodzie jej mama ubrana w krótkie spodenki i bluzkę na ramiączka, podlewała kwiaty zawieszone na balustradzie otaczającej taras. - Dzień dobry, pani Hail - Pozdrowił ją Arthur. Kobieta uniosła głowę i zobaczyła swoją córkę ze znajomym, rosłym chłopcem. - Och, witaj Arthur. - Odpowiedziała uśmiechając się promiennie, po czym wróciła do swojego zajęcia. Brauni posłała mu zdziwione spojrzenie. - Oj, widzę, że ty się na serio zmieniasz. Wcześniej pierwszy się nie odzywałeś. Wzruszył ramionami, spuszczając wzrok na swoje stopy. - Ludzie się zmieniają. - Mów mi jeszcze! - Rzuciła z uśmiechem, odgarniając kosmyk jasno-brązowych włosów z twarzy. - Możesz mi powiedzieć, dlaczego akurat taki klejnocik dla niej wybrałeś? Wskazała palcem na pudełko, które nadal trzymał w swojej dłoni. - Może to dziwnie zabrzmi, ale wydaje mi się, że doskonale odzwierciedla jej osobę. Brauni skrzywiła się, nie rozumiejąc. - Chodzi o to, - Zaczął pośpiesznie - Jest dla mnie kimś w rodzaju świętej. Tak jak ten wisiorek ma pięć kamieni, tak i ona ma pięć charakterystycznych cech: Wrażliwość, szczerość, bezgraniczna przyjaźń, dobroć i przede wszystkim wielkie serce. - Ok. Rozumiem - Przerwała mu czując się nieco urażona i zazdrosna. Arthur szybko pojął, że popełnił gafę, dlatego po chwili dodał. - Oczywiście nie jest jedyną osobą o takich cechach, ale to właśnie ją... Przerwał, bojąc się powiedzieć za dużo. Nie był przyzwyczajony do opowiadania o swoich uczuciach, komuś innemu, niż Julie. - Pójdę już. - Powiedział czując na sobie przesiąknięty ciekawością, wzrok Brauni. - Zwołaj ekipę, tak jak się umawialiśmy. Zostawił ją przed wejściem do ogrodu i odszedł. - Do zobaczenia wieczorem - rzuciła do niego. W odpowiedzi pomachał jej jedynie ręką, nie zadając sobie trudu by się odwrócić. Dziewczyna, kręcąc głową, weszła do ogrodu, a następnie na taras i zatrzymała się przy mamie. - Część, mamo! - Cześć, kochanie. - Odparła ciepło kobieta odstawiając konewkę. - Dobrze się bawiłaś? Dziewczyna przytaknęła uśmiechając się szeroko. Po chwili odezwała się. - Dzisiaj wieczorem idę na przyjęcie na jachcie Whopper'ów, mogę? - No nie wiem. - Powiedziała niechętnie matka. - A kto tam będzie? - Wszyscy moi znajomi: Julie, Chris, Arthur, Daniel, Pres i Anna. - Anna? Siostra Chrisa? - Spytała matka, siadając na jednym z białych, ogrodowych krzeseł. - Tak! - Potwierdziła stając przy drzwiach wejściowych. - To mogę? - Nikogo więcej z wami nie będzie? - Nie, mamo. To będzie raczej kameralne przyjątko. W ścisłym gronie przyjaciół. Pani Hail wyraźnie się zamyśliła. Ale kiedy na jej twarzy pojawił się uśmiech, dziewczyna wiedziała, że jej się udało. - W takim razie nie widzę przeszkód. - Pogłaskała ją, pieszczotliwie po głowie. - Dzięki, mamo! - Rzuciła spontanicznie i uściskała ją. - Musze jeszcze trochę podzwonić. Zaczęły iść ciemnym korytarzem, który kończył się małym salonikiem, z którego odchodziły wejścia do kuchni i do łazienki. Znajdowały się tam również szeroki kręcone schody prowadzące na wyższe piętro. - Tata dzwonił? - Spytała Brauni, gdy zaczęła się po nich wspinać na górę do swojego pokoju. - Jeszcze nie, ale powinien to zrobić za kilka godzin. - Rzuciła matka wchodząc do kuchni. - Przynajmniej, mam taką nadzieję.
***
Dochodziła druga po południu, gdy Arthur podjechał swoim samochodem pod firmę ojca. Wysiadł, zamknął srebrnego BMW Cabriolet'a i wszedł przez rozsuwane drzwi do chłodnego wnętrza wieżowca z zielonego szkła z widokiem na wody otaczające przylądek Hatteras. Budowla różniła się od pozostałych zabudowań w miasteczku, utrzymanych w starym stylu kolonialnym, gdzie przeważającą częścią były budynki z cegły lub pokryte gontem. Wysoki na dwadzieścia pięć pięter, cylindryczny budynek już z daleka był imponujący, ale hol centrali "Whopper's Cape" przekraczał wszelkie wyobrażenia. Każdy, kto się w nim znalazł, zadzierał głowę do góry i spoglądał na szczyt atrium, patrzył na wodospady i akwaria pełne egzotycznych ryb a potem gapił się na wielki globus, wyrastający na środku zielonej marmurowej podłogi. Arthur przeszedł przez ogromny hol, między grupkami turystów oprowadzanych przez przewodniczki w nieskazitelnych uniformach. Atrakcyjna młoda kobieta, jedna z kilku recepcjonistek za długa ladą informacyjną, na widok nadchodzącego Arthura uśmiechnęła się czarująco. - Dzień dobry, panie Whopper. - Witaj, Liz. - Rzucił przyjaźnie, zatrzymując się przy jej stanowisku. - Ojciec jest na górze? - Sprawdzę. - Podniosła słuchawkę. - Tylko nie mów, że ja przyszedłem, bo znowu wymyśli jakieś spotkanie! Liz pokiwała głową, po czym zaczęła rozmowę z sekretarka szefa firmy. Kiedy skończyła, poinformowała Arthura, że ojciec jest w biurze i nie ma w najbliższym czasie żadnych umówionych spotkań. Chłopak podziękował, obdarzając ją uśmiechem, po czym poszedł do wind z boku holu. Nacisnął przycisk wołający windę. Powietrze wydawało się naładowane elektrycznością. Każdy, kto nie był turystą, trzymał tu w ręku laptop lub chodził z eleganckim neseserem. Winda otworzyła się pusta, Arthur wsiadł, nacisnął guzik i wystartował pod samo niebo, na ostatnie piętro. Mieściło się na nim biuro Nathana Whoppera. Człowieka, który dorobił się sporego majątku na wydobyciu ropy naftowej. Poza West Point, swoje biura miał też w Zachodniej Wirginii i w Michigan. Nathan rozmawiał właśnie przez telefon, kiedy drzwi do jego wielkiego gabinetu otworzyły się i wszedł Arthur. Za nim podążała niska sekretarka starając się zawrócić go do poczekalni. - Proszę panie Whopper, niech pan poczeka, aż pański ojciec skończy rozmawiać... - Przerwała, kiedy chłopak rozsiadł się na fotelu przed biurkiem ojca. Starszy mężczyzna popatrzył na niego z niechęcią, po czym wrócił do rozmówcy. - Frank, Zadzwonię do Ciebie za jakieś 10 minut. - Rzucił do słuchawki, jednak zanim się rozłączył przytaknął kilka razy. Położył słuchawkę na widełkach telefonu, po czym ponownie spojrzał na uśmiechającego się syna. - Panie Whopper, próbowałam go zatrzymać, ale... - Zaczęła sekretarka, tonem pełnym pokory i zażenowania, ale mężczyzna przerwał jej machnięciem ręki. - Wiem, wiem, Caroline. Nic się nie stało. Wracaj do swoich zajęć. Dziewczyna przeprosiła i wyszła z pomieszczenia zamykając za sobą szerokie drzwi. Zanim Arthur zdążył cokolwiek powiedzieć, ojciec zapytał: - Czego tym razem chcesz? - Zabrzmiało to surowo w jego ustach. - Znowu skończyły ci się pieniądze? Arthur uśmiechnął się. Był przyzwyczajony do tego, że własny ojciec traktował go jak darmozjada. Właściwie nie zawsze taki był. Ale gdy umarła matka chłopaka poczuł, że stracił nie tylko ją, ale także i jego. - Nie tym razem, Ojcze. Kasę dawałeś mi wczoraj. - Powiedział spokojnie. - Tym razem chodzi o wypożyczenie jachtu, na dzisiejszą noc. - "Tabernacle"? - Tak, chyba, ze masz jeszcze jakiś statek, o którym nie wiem. Nie była to częsta prośba, ale już wcześniej się zdarzała. Więc Nathan zgodził się bez większych oporów, byle tylko syn dał mu święty spokój. - Zadzwonię na nabrzeże i powiem im, że dzisiaj będziesz na jachcie. - Dobrze, ale zrób to teraz. Kiedyś jak cię prosiłem to zapomniałeś. Wolę mięć pewność. - Mówił spokojnym, ale i zarazem stanowczym tonem. - I daj obsłudze wolne na dzisiaj i jutro. Ojciec westchnął ciężko, po czym podniósł słuchawkę i rzucił - Caroline? - Tak, proszę pana? - Odezwał się głos w słuchawce. - Połącz mnie z nabrzeżem i poproś dozorcę na "Tabernacle" by do mnie oddzwonił. Uzyskał potwierdzenie, po czym odłożył słuchawkę. - Co tym razem? Szalona impreza czy szalona impreza? - Zapytał z ironicznym uśmiechem na twarzy. - Kameralne przyjęcie w gronie przyjaciół. Chcę przeprosić Julie. - Odparł wstając z fotela. Zaczął krążyć po obszernym pokoju, którego ściany obito olchowym drewnem. - Ach, znowu ta Julie. Co ty, zakochałeś się czy co? - Rozległ się dzwonek telefonu w biurze. - Może to i dobrze by było. Zmieniłaby cię wreszcie. Odebrał telefon i powiedział swemu rozmówcy by przygotował jacht na noc i żeby dał wolne ludziom z obsługi. Kiedy skończył rozmowę, popatrzył na syna opierającego się rękami o biurko. - Załatwione. - Powiedział. - Dzięki, Tatusiu. - Rzucił pogardliwie Arthur. - A co do Julie to, jest moją przyjaciółką. Wie o mnie więcej niż ty. I to nie mnie trzeba tu zmieniać! Odwrócił się i wyszedł z biura trzaskając drzwiami. - Ja też cię kocham. - Wyszeptał cicho ojciec, po czym rozkazał sekretarce by ponownie połączyła go z poprzednim rozmówcą.
***
Tak jak zapowiadały wszystkie prognozy pogody, w godzinach popołudniowych temperatura uległa niewielkiemu ochłodzeniu. Nadal było duszno i gorąco, ale słońce nie świeciło już tak zawzięcie jak kilka godzin temu. Zegar wybijał drugą godzinę, gdy Julie wyszła z domu i zamknęła drzwi na klucz. Przebrała się z porannego stroju. Nosiła teraz przylegające do ciała czarne dżinsy i białą bluzeczkę bez rękawków, której większą część stanowiła prześwitująca koronka. Przywołała Piper. Piesek przydreptał wesoło merdając ogonem. Wzięła go na ręce i ruszyła do sąsiadującej z jej domem posiadłości. Domek bardzo przypominał wyglądem jej własny. Był jednak innego koloru i zmieniono w nim kilka drobnych szczegółów. Julie weszła po schodkach i zapukała do drzwi. Nie musiała długo czekać. W drzwiach pojawiła się uśmiechnięta od ucha do ucha starsza kobieta. Czas wyrzeźbił na jej twarzy głębokie bruzdy a włosy z kruczo czarnych zamienił w siwe. - Witaj, kochanie. - Zaświergotała kobieta na widok sąsiadki. - Dzień dobry, pani Holbrooke. - Wejdź, wejdź. Nie stój tak. - Przepuściła ją w drzwiach i zaprowadziła ją do kuchni. Janice Holbrooke, po śmierci męża stała się bardzo samotna. Nie lubiła wychodzić z domu, chyba, ze do kościoła w niedzielne poranki lub po niezbędne zakupy. Chociaż ostatnio, to Julie ją w tym wyręczała. Teraz pogłaskała delikatnie Piper i wzięła ja na ręce. - Mój pieszczoszek przyszedł do pani na mleczko? - Pisnęła wesoło kobieta, po czym puściła ją na kuchenną posadzkę. - Chodź, damy ci coś pysznego. Piesek podążył za nią w podskokach. Janice wyjęła z lodówki schłodzone mleko i kilka wczorajszych paróweczek, które ułożyła na spodeczku. Mleka nalała w mała miseczkę i oba naczynia postawiła na ziemi przy zadowolonym zwierzaku. Piper zaskomlała cichutko, po czym przystąpiła do konsumpcji. - Ależ pani ją rozpieszcza, Pani Holbrooke. - Powiedziała radośnie Julie, która zajęła jedno z krzeseł przy stole. - Ach, bo to takie kochane! - Zaszczebiotała starsza kobieta siadając przy dziewczynie. - Co tam u ciebie, kochanie słychać? Dobrze się czujesz? Wyglądasz blado. - Dobrze. To przez ten upał. - Odpowiedziała Julie. - Dawno już takiego nie było. - Mam dla Ciebie cos pysznego. - Janice wstała i podeszła do lodówki. Julie zmieszała się lekko. - Ależ nie trzeba, pani Holbrooke! - Nie ma mowy, dziecino. Musisz się ze mną napić mojego soku. Sama zrobiłam. Postawiła przed nią dzbanek pełny bordowego płynu i dwie szklanki. Nalała obie do pełna, po czym ponownie zajęła swoje miejsce przy stole. Julie wypiła łyk napoju. Przełknęła pyszny, truskawkowy płyn i pochwaliła go: - Jest niesamowity. Musi mnie pani kiedyś nauczyć robienia takich soków. - Nie ma sprawy. To nic trudnego. Wpadniesz do mnie któregoś dnia to narobimy tyle soków, że dla połowy miasta starczy. - Zaśmiała się, wtórując Julie. Julie spojrzała nagle na swoje ręce, które ułożyła na stole jak grzeczna uczennica w szkolnej ławie. - Właściwie to mam do pani prośbę. - Powiedziała zmieszana. - Wal śmiało, kochana. - Zaszczebiotała łobuzersko starsza kobieta, wyszczerzając zadziwiająco białe zęby w szerokim uśmiechu. - Za cztery dni wyjeżdżam do Nowego Yorku... - Znowu jakieś problemy z rodzinnymi sprawami? - Przerwała jej, zmieniając minę z rozbawionej na poważną. - Nie, nie! - Zaprzeczyła szybko. - Muszę odpocząć trochę. A poza tym, stęskniłam się już trochę za rodzinnym domem. Dlatego, głupio mi o to panią, prosić, ale... - Zaopiekować się Piper? - Odgadła w błyskawicznym tempie, zaoszczędzając dziewczynie krępujących ją wyjaśnień. Julie uśmiechnęła się: - Jak Pani to robi? - To ten wiek, skarbie. - Zachichotała. - Nie martw się. Piper zostanie w dobrych rękach. - Naprawdę? - Ucieszyła się Julie. - Nawet pani nie wie, jak bardzo mi pani pomoże. - Tyle dla mnie robisz, więc wreszcie mam okazję się odwdzięczyć. - A właśnie. - Przypomniała sobie. - Oczywiście zrobię pani wszystkie zakupy przed wyjazdem, tyle żeby starczyło pani na długo. Kupię też jedzenie dla psa. - Dziękuję, kochanie. - Powiedziała ciepło ściskając jej rękę. - Opieka nad Piper to stanowczo za mało, żebym się mogła odwdzięczyć. - Robię to z czystą przyjemnością. Nic nie musi pani dla mnie robić. Odkąd rodzice zginęli w wypadku, nie miałam nikogo, kto by mnie tak wspierał jak pani. Uściskały się. Pani Holbrooke pogłaskała ją po głowie. - A na ile wyjeżdżasz? - Na miesiąc. Szybko minie. – Skłamała gładko, wracając do normalnej pozycji. - Och, zleci jak z bicza strzelił. Damy sobie świetnie radę, prawda Piper? Piesek zamerdał ogonkiem podbiegając do stołu. Oba naczyńka: z mlekiem i z parówkami zostały dokładnie wylizane.
Część 33 / 5
Julie pożegnała się z przyjemną sąsiadką, po czym skierowała swe kroki w stronę swego domu. Gdy była w ogrodzie usłyszała dzwonek telefonu rozbrzmiewający w środku. Puściła psa na podjazd i szybko popędziła do drzwi, otworzyła je z klucza i wpadła do domu. Podniosła słuchawkę w ostatnim momencie. - Halo? - Wydyszała. Pies prześliznął się między jej nogami i popędził do salonu. - Hej, mała. - Rzuciła Brauni po drugiej stronie. - Już myślałam, ze cię nie ma. Julie uśmiechnęła się i odpowiedziała: - Byłam u pani Holbrooke. Usłyszałam telefon, gdy byłam przy furtce. - Co u niej? - U pani Holbrooke? Dobrze! Poprosiłam ją by zaopiekowała się Piper do czasu, kiedy wrócę z Nowego Yorku. Nie mówiłam ci o tym.... - Wiem, że wyjeżdżasz. - Przerwała jej dziewczyna. - Chris mi o tym powiedział. Spotkałam go dzisiaj jak wracał od ciebie. A jeśli chciałaś żeby ktoś się zaopiekował Piper to mogłaś mnie o to poprosić. Wiesz, że ją uwielbiam. Ostatnia wypowiedź koleżanki zabrzmiała jak wyrzut. Julie zmieszała się i przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. W końcu wymamrotała: - Wiem, Brauni. Ale wyjeżdżam dwudziestego dziewiątego sierpnia, na dwa dni przed rozpoczęciem twojej szkoły. Nie miałabyś czasu się nią zająć. A pani Holbrooke mieszka blisko mnie i nie ma raczej wielu zajęć. - Rozumiem, kotek. - Brauni zaśmiała się wesoło, po czym dodała nieco poważniejszym tonem - Widziałam się dzisiaj z Arthurem. - Tak? - Julie nie wiedziała jak ukryć ciekawość w głosie. Już dawno chciała się dowiedzieć, co się dzieje z jej dawnym kolegą, ale nigdy nie miała odwagi zapytać ani jego, ani Brauni. Teraz wreszcie się na to zdobyła i zapytała: - Co u niego? - Tego ci nie powiem. - Rzuciła tajemniczo koleżanka. - Ale będziesz miała szansę przekonać się o tym sama. Julie zmarszczyła brwi, kucając w korytarzu. - Chyba nie rozumiem, co masz na myśli... - Arthur zaprasza Ciebie, mnie, Chrisa, Daniela i Presa na imprezę dziś wieczorem. - Na imprezę? - Zdumiała się dziewczyna. - Gdzie? - Na jego jachcie. I nie możesz odmówić. To bardzo ważne! - Zaznaczyła Brauni - Musisz kupić sobie nowy ekstra ciuch. Co robisz za jakieś dwadzieścia minut? Julie była tak oszołomiona, że nie wiedziała, co powiedzieć. - Nie... Nie mam żadnych planów... - Świetnie! - Zaszczebiotała Brauni. - Pojedziemy na zakupy, do tego nowego butiku. Nagle przy drzwiach pojawiła się ciemna sylwetka i rozległ się dzwonek. - O rany! - Walnęła nagle Julie. - Przyszedł Chris. - O to jeszcze lepiej - Ucieszyła się koleżanka - Pojedzie z nami. Powiedz mu o tej imprezie. - Dobrze. Muszę otworzyć - powiedziała, gdy dom znowu wypełnił hałas wciskanego dzwonka. - Dobra. Ja kończę. Pojedziemy twoim samochodem? - Spytała jeszcze, gdy dziewczyna miała odłożyć słuchawkę. - Tak, podjadę po ciebie za dwadzieścia minut. - OK, no to na razie, Słoneczko. - Pa! - Julie odłożyła słuchawkę na widełki wiszącego telefonu i szybko ruszyła do drzwi. Zastanawiała się, co nagle skłoniło Arthura do zorganizowania imprezy. A ważniejsze, czemu zaprosił ją i Brauni. Na jego wcześniejszych przyjęciach na jachcie byli wszyscy oprócz ich dwóch. Dziwniejszym było to, że zaprosił ją, mimo iż byli ze sobą skłóceni i nie rozmawiali przez niecałe trzy miesiące. Nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi. Za nimi stał zniecierpliwiony Chris. - Matko, myślałem, że zawału dostałaś, czy co? - Rzucił śmiertelnie poważnym tonem, po czym obdarzył ją swym słynnym słodkim uśmiechem. Julie nie usłyszała jego słów, nadal analizowała to, co powiedziała jej Brauni. Przepuściła chłopaka w drzwiach. Spojrzał na nią zdumiony i po chwili milczenia pomachał jej ręką przed oczami, tak jakby sprawdzał czy przypadkiem nie oślepła. Dziewczyna zatrzepotała rzęsami wracając do teraźniejszości. - Wszystko w porządku, Jules? - Spytał, gdy jej wzrok przewędrował od jego ręki do twarzy. Pokiwała głową i ruszyła do salonu. Wydobyła z siebie tylko jedno słowo: - Dziwne. Weszli do przestronnego pomieszczenia, z dwoma kanapami w dwóch różnych jego końcach. Jedna ustawiona była przed telewizorem, obok foteli z białego pluszu. Za tyłem kanapy stał stary mahoniowy stolik ze stylową lampą. Nieco dalej na podwyższeniu stał wielki czarny fortepian z przysuniętym do niego małym siedzeniem. Julie uwielbiała na nim grywać w samotne wieczory. Stało na nim kilka zdjęć w ramkach i mały, pozłacany świecznik. Pozostałe meble były swoim wyglądem zbliżone do mebli z początku dwudziestego wieku. Chris rozsiadł się na sofie stojącej nie daleko pianina, na przeciwko dużych okien wychodzących na portowe nabrzeże. Uwielbiał to miejsce ponieważ zawsze, kiedy tu siadał, ulegał wyciszeniu, którego nie potrafił doznać nigdzie indziej. - Co jest dziwne? - Zapytał wreszcie, obserwując wpływający do portu niewielki jacht. Z daleka wyglądał jak mała łódeczka zrobiona z papieru. Julie usiadła przodem do niego na siedzisku przy fortepianie. Popatrzyła w kierunku, w którym spoglądał i w końcu opowiedziała mu o wszystkim, co zaszło. Nie omieszkała też wspomnieć o wizycie u pani Holbrooke. Poinformowała go również, że jest zaproszony na ta całą imprezę. - Więc dzisiaj imprezujemy? - Spytał roześmiany, gdy już skończyła. - Wreszcie coś się dzieje. O, której ta impra? - Dokładnie nie wiem, wieczorem. - Była wyraźnie poirytowana jego radością. - Za jakieś 10 minut mam podjechać pod dom Brauni, mamy jechać na zakupy. - Super! Jadę z wami - Zaklaskał rozradowany, Zobaczył, że Julie nadal jest smutna - Hej, Co z tobą? Nie widzę, żebyś była specjalnie zadowolona z tej zabawy. Julie wstała tak, jakby krzesło, na którym siedziała, zostało podłączone pod prąd. - Nie mogli wybrać lepszej pory na organizowanie imprezy! - W jej głosie dało się wyczuć silne napięcie, zupełnie jak przed burzą. - Jestem skłócona z Arthurem! Daniel też patrzy na mnie krzywo. Jedyne osoby, które będą mi tam życzliwe to ty i Brauni. Bo Pres nie gadał ze mną od miesięcy! - I teraz raczej też nie pogada! - Dodał szybko Chris. Julie odwróciła się w jego stronę. - Dlaczego? - Dziewczyno! - Zaczął chłopak ojcowskim tonem przygotowanym na moralny wykład. - Pres ma dzisiaj nagranie swojego programu, za nic z tego nie zrezygnuje! Nie odpowiedziała. Podeszła do okien, przed którymi siedział Chris i spojrzała w stronę portu. Po jachcie nie było już śladu. Musiał zacumować przy nabrzeżu. - Rozumiem!!! - Wrzasnął nagle chłopak. Nie wiele brakowało a Julie by krzyknęła. Patrzyła na niego zdziwiona i niema. - Przepraszam, że krzyczę, ale wreszcie zrozumiałem, co się święci. - Nie...bardzo...rozumiem! - Wymamrotała. - Jak dzisiaj szedłem od ciebie, do Presa, to spotkałem Brauni i Arthura wychodzących od jubilera. - Od jubilera? - Zdziwiła się dziewczyna. Usiadła obok niego i zaczęła słuchać uważnie tego, co do niej mówił. - Tak. Arthur, trzymał w ręce małe pudełeczko, takie jak na duże pierścionki lub na wisiorki. Wyglądali na zakłopotanych moją obecnością, a kiedy spytałem ich, co kupili, Arthur wystrzelił z bajką o spinkach do krawata. - No i? - Wydaje mi się, że Arthur chce się dzisiaj oświadczyć Brauni! - Rzucił to tak szybko, że niemal go nie zrozumiała. Zastanawiała się przez chwilę nad tym, co powiedział. Chris porównał w myślach jej minę do miny psa, który stara się załatwić, ale nie może. Nagle jej usta wygięły się w uśmiechu i po chwili z jej gardła wydarł się spazmatyczny śmiech. - No, co? - Spytał nie rozumiejąc, z czego się śmieje? Julie wiła się ze śmiechu bełkocząc jakieś słowa. Kiedy kończyła się śmiać z tego, co powiedział, zaczęła ponownie na widok jego miny. Kiedy się uspokoiła powiedziała: - Wybacz, kochaniutki. To bardzo słodkie, ale oni kolegują się od dwóch miesięcy, a Brauni przed miesiącem pożegnała Petera. I z tego, co wiem, to do niedawna bardzo za nim tęskniła. Tu musi chodzić o coś innego. - To może chce się z kimś pogodzić. - Zasugerował niespodziewanie, sprawiając, ze uśmiech Julie opuścił jej twarz. - Na przykład z taką jedną brązowowłosą dziewczyną o zielonych oczach, która mieszka na Pendelton Street. Julie natychmiast odrzuciła ta wersję. - Może jest jeszcze jedna opcja. - Jaka? - Spytał zdziwiony, że jego uwaga nie zrobiła na niej wrażenia. - Taka, że kupił sobie spinki do krawata. Za dużo myślisz. Zbieraj się, jedziemy po Brauni. Wstała i poszła do kuchni skąd wzięła kluczyki od samochodu. Nalała wody, czekającej przy misce Piper, po czym skierowała się w stronę drzwi. Chris dogonił ją mamrocząc pod nosem: - Spinki do krawata...Bujda na resorach.
Białe drzwi garażowe uniosły się wysoko i Julie wyprowadziła swojego Jeepa Cheeroke z garażu, wykręciła i zatrzymała się przed Chrisem. Chłopak zadowolony otworzył sobie drzwi po stronie pasażera i wsiadł. Rozejrzał się po wnętrzu czarnego auta, kiedy ruszyło przed siebie. Jego wzrok spoczął na aktówce leżącej na lewej stronie tylnego siedzenia, na aktówce spoczywał bilet lotniczy i paszport Julie. Nie skomentował tego, co zobaczył. Wiedział, że już nie uda mu się przekonać koleżanki do pozostania w West Point. Dopięła wszystko na ostatni guzik. Jeep jechał pustymi ulicami miasta zmierzając w stronę jego centrum. Pogoda ulegała coraz bardziej widocznemu pogorszeniu. Zerwał się wiatr i teraz drzewa kołysały się przy każdym jego podmuchu, szeleszcząc wesoło jakby szeptały sobie najnowsze ploteczki. W powietrzu unosił się znajomy zapach smażonej ryby, gdyż mimo niedawnego upału wszystkie smażalnie działały według normalnego rozkładu dnia. Julie skręciła z głównej drogi w Melton's Street a następnie po przejechaniu blisko kilometrowego odcinka, zatrzymała się przed dużym białym domem. Brauni stała na jego podjeździe. Miała na sobie krótką spódniczkę i jasny top. W ręku trzymała zielony sweterek, który, przed wejściem, wcisnęła jej mama, w obawie przed kompletnym zepsuciem pogody. Uśmiechnęła się na widok przyjaciół w samochodzie, pomachała wesoło do Chrisa, po czym wsiadła do środka, lokując się na tylnym siedzeniu. Cmoknęła oboje w policzki. Julie ponownie wykręciła i po chwili Jeep ponownie jechał po Melton's Street, a następnie po głównej drodze prowadzącej prosto do miasta. Po 6 minutach byli już w centrum. Dochodziła 3 po południu i ulice zrobiły się tu tłoczne. Niektórzy ludzie biegali nerwowo a inni, dla odmiany, spokojnie spacerowali deptakiem, oglądając wystawy sklepowe. - Zatrzymaj się przed butikiem Sebastiana - Krzyknęła do Julie pokazując jej wolne miejsce parkingowe przed sklepem. Właściciel butiku, który nazwał go imieniem swego jedynego syna, miał najlepsze i najmodniejsze damskie stroje w całym West Point. Niestety stroje te miały też swoją cenę, czasami aż za wysoką na portfel dobrze zarabiającej osoby. Dobrą stroną tego miejsca była zdecydowanie możliwość ubrania się od stóp do głów. Pan Berman, bowiem oprócz szykownych strojów, sprzedawał również buty, torebki i błyszczące dodatki. Samochód ulokował się przy chodniku dla pieszych. Cała trójka wysiadła zapatrzona w wielki szyld sklepu. Brauni i Chris stanęli obok pojazdu, czekając aż Julie pozamyka wszystkie zamki. - Matko, jaki tu tłum. - Wymamrotała Brauni wpatrzona w ludzi przesuwających się po chodniku w różnych kierunkach. - Zupełnie jak rzeka, tylko nieco inaczej. - Taa... - Przytaknął chłopak patrząc jak młoda matka ciągnie za sobą małego, pięcio letniego chłopca, któremu najwyraźniej nie odpowiadało jej towarzystwo. - Wystarczy lekka zmiana pogody i wszyscy wychodzą ze swoich kryjówek. - Jak szczury! - Skwitowała z uśmiechem. - Hej, Jules! Pozamykałaś? Julie właśnie chowała klucze do czarnej torebki, krocząc małymi kroczkami w stronę przyjaciół. - Tak, tak! - Rzuciła. Zatrzymała się i spojrzała na tłum oraz na sklep - No to, co? Gotowi na wielkie zakupy? - No ba! - Odparła koleżanka śmiejąc się wesoło. Jak jeden mąż, zaczęli się przeciskać między ludźmi, potrącających ich z każdej strony. Długowłosa blondynka przemknęła obok Brauni uderzając ją w prawy bok. Nie zaszczyciła ją przeprosinami. Dziewczyna pokręciła głowa masując prawe ramię i mamrocząc pod nosem: - Chryste! To istny Sajgon. - Nie Sajgon, tylko Capshaw. Ma dziś wyprzedaż. - Poprawił ją Chris wskazując na sklep w oddali. - Wyprzedaż? Przecież oni tam sprzedają pamiątki dla turystów!
***
Nie zamocowana okiennica pod wpływem wiatru uderzyła we framugę okna, w pokoju Daniela. Hałas wyrwał go ze skupienia nad nową grą komputerowa, którą właśnie testował na swoim komputerze. Przetarł lekko oczy. Bolały go od godzinnego wpatrywania się w zmieniający, co chwilę obrazy monitor. Wstał z obrotowego krzesła, przeciągnął się wzdychając przy tym głośno. Podszedł wreszcie do okna, otworzył je i wychylił się by zamocować okiennice na swoim miejscu. Trochę mu to zajęło, ale w końcu ją unieruchomił. Zdziwiła go siła wiatru. Pomyślał o zbliżającej się burzy. Tak o niej marzył. Miesięczny upał dawał się we znaki. Zostawił lekko uchylone okno i wrócił przed komputer. Odblokował grę i ponownie zaczął sterować bohaterem. Uwielbiał tę grę, mimo iż inni jego rówieśnicy z pewnością uznaliby ją za śmieszną. No, bo kto dzisiaj tak pasjonuje się grą, gdzie mężczyzna walczy ze zgrają ludzi zombie. Wybijał właśnie trójkę stworów, kiedy w holu rozległ się dzwonek aparatu, a zaraz po nim głos matki dobiegający z kuchni, na parterze domu: - Kochanie, czy możesz odebrać? Ja nie mogę, bo mam brudne ręce. - To se umyj. - Wyszeptał ze złością w głosie, po czym odpowiedział głośno, nienaturalnym tonem. - Tak, już odbieram! Ponownie zastopował grę, wstał i wyszedł z pokoju do dużego holu, podszedł do komody, na której stał dzwoniący aparat, po czym podniósł słuchawkę. - Słucham! - Daniel? - Odezwał się znajomy głos, ale nie potrafił go skojarzyć z osobą. - Tak, kto mówi? - No jak to? Kolegi nie poznajesz? To ja Arthur! - Aha, no cześć. - Daniel przewrócił oczami i usiadł na jednym z krzeseł ustawionych po obu stronach komody. - Coś się stało? Pytam, bo rzadko do mnie dzwonisz. - Wiem, wiem, Stary.
***
Arthur siedział w swoim samochodzie i rozmawiał z zamontowanego w nim telefonu. Patrzył przed siebie wyraźnie cos obserwując. - Zazwyczaj dzwonię, jak mam jakiś interes, ale nie tym razem! - Dobra, zainteresowałeś mnie. O co chodzi? - Powiedział chcąc jak najszybciej zakończyć całą rozmowę. - Chciałem cię zaprosić! W telefonach zapadła cisza. Arthur pomyślał nawet, że cos mogło przerwać rozmowę, ale wreszcie Daniel przemówił wyrzucając szybko słowa: - Jeśli chodzi ci o randkę, to od razu mówię, że jestem dziś bardzo zajęty.
***
Część 44 / 5
W słuchawce odezwał się głośny śmiech Arthura. - Zgłupiałeś? - Wybacz, ale wolę ludzi, którzy mają raczej większe zderzaki niż ty. Chcę cię zaprosić na imprezę dzisiaj wieczorem. Na jachcie. - To już druga w tym miesiącu. - Skwitował Daniel. - Wybacz, ale ostatnia mi się za bardzo nie podobała. Było za dużo ludzi i zanim przyszedłem to już wszystko wydoili. Arthur uśmiechnął się do siebie, po czym dodał: - To chyba ta ci się spodoba, bo będzie to tylko impreza w gronie najbliższych przyjaciół. Ty, ja, Julie, Brauni, Chris, Pres i Anna. Co ty na to? - Hmm... No nie wiem, zaprosiłeś już Anne? - Nie! To zostawiam tobie, brachu! To jak zgadzasz się? O Julie się nie musisz martwić, Brauni już ją pewnie zaprosiła. - Aha. No Jasne! Nie ma problemu.
***
Arthur ucieszył się. Wszystko szło dzisiaj po jego myśli. Podał Danielowi godzinę, o której ma się zjawić oraz powiedział mu ile będzie trwała zabawa. Porozmawiali jeszcze o trunkach, jakie Arthur kupił na imprezę, po czym rozłączyli się. Chłopak wysiadł z samochodu i spojrzał na statek kołyszący się na lekko wzburzonej wodzie portowej. Krzątało się na nim kilku ludzi z obsługi. Niektórzy wnosili ciężkie skrzynki na pokład, inni zaś nadzorowali, by ustawiali je oni w odpowiednich miejscach. Wnętrza "Tabernacle" rozświetlone były ciepłym światłem. Mimo, iż zmrok miał zapaść dopiero za cztery godziny, na zewnątrz zrobiło się ciemniej, za sprawą chmur nadchodzących z zachodu. Sześćdziesięcioczterometrowy jacht ustawiony był nadal w basenie portowym. Miał biały lśniący kadłub z czarnymi wykończeniami, niezwykle smukłą, opływową nadbudowę, dziób w kształcie litery V i szeroką wklęsłą rufę. Nad obsługą krzątającą się po nabrzeżu wyrastał czteropiętrowy kolos, który robił wrażenie niemal na każdej istocie ludzkiej. Arthur Podszedł do jednego z pracowników ojca, ubranego w schludny biały uniform. - Cześć George! - Rzucił przyjaźnie patrząc jak mężczyzna prostuje się nad skrzynką burbonu. Był starszym mężczyzną o włosach lekko przyprószonych siwizną. Uśmiechnął się do chłopaka swoim szczerbatym uśmiechem. - Witam, Panie Whopper. - Tyle tu alkoholu, że można by napoić całą armię. Szykuje się duża impreza. - Nie, George! - Uśmiechnął się ciepło, podczas gdy jego ręce bawiły się komórką. - Mała kameralna imprezka, ale za to trzydniowa. Wiecie, od której macie wolne? - Tak, tak, panie Whopper. Po dwudziestej ma tu już nas nie być. Poradzi pan sobie ze wszystkim? - Jasne. - Spojrzał na jacht. - Pływałem i sterowałem tym statkiem od dziesiątego roku życia. Teraz też sobie poradzę. Długo wam zajmie załadunek? George spojrzał na swoich ludzi a następnie na skrzynie z resztą alkoholu i jedzenia, oszacował w myślach i powiedział: - Pewnie jeszcze z godzinę na wniesienie tego wszystkiego i jeszcze jedną żeby to wszystko tam porozstawiać. Około osiemnastej weźmiemy się za sprzątanie a to trwa krótko. Arthur pokiwał głową z zadowoleniem. Podziękował starszemu mężczyźnie, po czym ponownie skierował się do swojego samochodu. Po drodze wykręcił jeszcze jeden numer i czekał aż ktoś, po drugiej stronie odbierze.
***
Willa Presa tonęła w spokojnym mroku i ciszy lekko rozpraszanej przez dźwięk lecącej wody z prysznica. Łazienka była jedynym oświetlonym teraz miejscem w domu. Para wodna unosiła się w pomieszczeniu, wydostając się z uchylonych drzwiczek kabiny. Pres spłukiwał właśnie pianę z nagiego ciała, kiedy w sypialni obok odezwał się jego telefon. Nie zawracał sobie głowy, aby popędzić do aparatu, wiedział, że wkrótce odezwie się automatyczna sekretarka. Nie mylił się po sześciu sygnałach automat zaczął chodzić "Tu Pres Heatherly, najprawdopodobniej nie ma mnie w domu, lub nie chce mi się odebrać. Po sygnale zostaw wiadomość, może oddzwonię". Pres uśmiechnął się, gdy usłyszał swój głos. Wiadomość ta zawsze zniechęcała natrętów, proponujących mu coraz to nowsze i niestety coraz gorsze propozycje pracy. Tym razem jednak nikt nie zdecydował się nagrać. Chłopak wzruszył ramionami, zakręcił gorącą wodę i sięgnął po ręcznik wiszący na ścianie. Wyszedł spod prysznica zostawiając mokre ślady stóp na podłodze. Wszedł do sypialni i spoglądając na sekretarkę upewnił się, że nie zostawiono mu wiadomości. Wytarł się dokładnie, a następnie wrócił do łazienki i wytarł podłogę. Rozwiesił ręcznik na małej rurce od grzejnika ściennego, który teraz pozostawał lodowaty. Wrócił nago do sypialni. Chwycił szklaneczkę z drinkiem, którą wcześniej postawił na komodzie i wypił resztę płynu do dna. Odstawił ją i wszedł do garderoby gdzie znajdowały się najważniejsze ubrania. Chwycił granatowy lekki garnitur Calvina Kleina, dobrał do niego odpowiednią koszulę z długimi rękawami i jasnoniebieski krawat. Ułożył wszystko na wielkim dwuosobowym łóżku, po czym podszedł do komody skąd wyjął sobie ulubione bokserki w misie i skarpetki. Za godzinę miał próbę w swojej stacji telewizyjnej, musiał też obgadać kilka spraw ze swoim kumplem po fachu, Danem Campionem, uważanym za największą, po Collinsie, szychę w KML. Nie uśmiechało mu się wkładać garnituru w taką duchotę, jaka panowała na zewnątrz. Najchętniej pozostałby w swoim ulubionym stroju Adama przez resztę dnia. Włożył bokserki, a następnie wziął się do nakładania skarpetek, kiedy ponownie zadzwonił telefon. Korzystając z tego, że był blisko aparatu, podniósł słuchawkę już po pierwszym sygnale. - Pres Heatherly. - Cześć, Pres, tu Arthur Whopper. Pres usiadł na brzegu łóżka i jedną ręką próbował naciągnąć drugą skarpetkę. - Arthur? - Zdziwił się lekko, gdyż niemal ze sobą nie rozmawiali. Poznali się na spotkaniu z ojcem Arthura, gdzie chłopak świecił oczami robiąc dobrą minę do złej gry, jaką było nudne słuchanie rozmowy ojca z przedstawicielami KML, do których już wtedy należał Pres. - Co u ciebie? - A wszystko w porządku. Słyszałem ostatnio, że zaniedbujesz przyjaciół. Pres zaśmiał się wesoło. Skarpetka weszła na nogę, więc teraz zabrał się do nakładania spodni. - Kto ci tak naopowiadał? - Nikt, ale to się rzuca w oczy. Dawno się nie widzieliśmy. - No racja... - Zamyślił się na chwilę, po czym dodał. - To już trzy miesiące minęło od twojej balangi w czerwcu. - Właśnie. Słuchaj, nie miałbyś ochoty wpaść dzisiaj na mój jacht? Organizuję małe przyjątko w gronie przyjaciół. Bylibyśmy tylko ja, ty Chris, Brauni, Julie, Daniel i siostra Chrisa. - Taki duży jacht na siedem osób, toż to tłok! Arthur zaśmiał się, po czym szybko odpowiedział: - Wiem, wiem, ale już czasami mam dość tego motłochu pchającego się na moje imprezy tylko po to żeby zobaczyć jak wygląda "Tabernacle" w środku. - Racja! - Odparł Pres wciągając na siebie koszule. Nie zapiął jeszcze spodni, co sprawiało ze wyglądał teraz jak obwieś. - Słuchaj, Art. Chętnie bym wpadł, wiesz jak lubię twoje imprezki. Ale dzisiaj nie mogę. Za godzinę mam próbę w studiu a potem czeka mnie jeszcze nagranie jutrzejszego programu. Wątpię bym wrócił do domu przed czwarta rano. Bardzo mi przykro. - Szkoda! - Rzucił ze smutkiem Arthur. - Ale od następnej się nie wywiniesz. Pamiętaj, że mamy jeszcze umówiony wypad na Karaiby, żeby rwać laski. Pres parsknął salwą śmiechu. - Nie ma sprawy, stary! Pamiętam o tym. - Spojrzał na zegarek. - Słuchaj super mi się gada, ale musze jeszcze się ubrać do końca, odstawić, zjeść coś i jechać do studia. Muszę kończyć. - Jasne, trzymaj się stary. Do zobaczenia za trzy dni. - Rzucił Arthur. - Za ile? - Spytał zdziwiony chłopak, ale w słuchawce brzęczał tylko sygnał przerwanej rozmowy. Odłożył ją na swoje miejsce, po czym wrócił do zapinania koszuli, mrucząc pod nosem: - Trzy dni, niezła mi imprezka.
***
Wysokie ceny ubrań w Butiku Sebastiana sprawiały, że kręciło się w nim niewielu ludzi. Sklep mieścił się w rozległym pomieszczeniu z kilkoma rzędami wieszaków z ubraniami i trzema wielkimi przymierzalniami, przed którymi ustawiono ławeczki z myślą o mężach czekających na przymierzające suknie, żony. Jak tylko weszły do sklepu, Brauni i Julie zaczęły szaleć. Rozbiegły się w poszukiwaniu swoich wymarzonych kreacji, zostawiając biednego Chrisa na środku sklepu. Chłopak Usiadł na jednej z ławeczek przed przebieralniami, czekając aż koleżanki coś sobie wybiorą. Brauni i Julie postanowiły zrobić dla Chrisa prawdziwy pokaz mody robiąc za modelki. Wbiegły z górą ubrań zdjętych z wieszaków do przymierzalni i zaczęły z nich kolejno wychodzić w przenajróżniejszych strojach wprawiając nimi Chrisa w mieszane uczucia od zachwytu do łez spowodowanych wybuchami śmiechu na ich widok. Julie mierzyła się z wielkim boą z piór, które wchodziły jej w usta. Pluła nimi na wszystkie strony, po czym zderzyła się z Brauni. Następnie wystąpiły jako wampy w obcisłych skórzanych strojach. Uciekły do przebieralni, gdy pojawił się właściciel. Nie omieszkały tez przymierzyć strojów wieczorowych. Brauni włożyła buty o zbyt wysokim obcasie i już po chwili runęła jak długa na podłogę pociągając za sobą Julie. Kiedy Chris próbował im pomóc pociągnęły go na podłogę rżąc ze śmiechu. Próbowały też wpasować kilka ciuszków na kolegę. Nałożyły mu na spodnie krótką spódniczkę i elegancką bluzeczkę. Odsunęły się na bok podziwiając swoje dzieło. Chris wyglądał jak dziecko z kraju, gdzie od lat panuje wojna. Brauni wpadła na pomysł, że jego adidasy nie pasują do spódniczki, więc dobrała mu gustowne butki na obcasie w jego rozmiarze. Nadal im coś nie pasowało. Julie zniknęła na chwilę, po czym zjawiła się z blond peruką i narzuciła ją na głowę kolegi. Obie ryknęły śmiechem. Chris nagle rzucił się na nie ze złością i jak to zwykle bywa, gdy chłopak nosi obcasy, rozłożył się na posadzce. Julie i Brauni postanowiły go podnieść, ale on wykorzystał ich wcześniejszy fortel i sprawił, że dziewczyny zaliczyły lądowanie na tyłkach. Śmieli się i bawili przez ponad godzinę. Kiedy wreszcie opuścili sklep, Chris odetchnął głęboko z ulgą i spojrzał na koleżanki taszczące wielkie torby z zakupami. - Już nigdy z wami nie pójdę na zakupy. Nigdy jeszcze się takiego wstydu nie najadłem jak dzisiaj. - Tobie też się wydawało, że pan Berman nas wyrzuci? - Zapytała zaczepnie Brauni i puściła Perskie oko do Julie. Obie wybuchnęły śmiechem. Chris wzruszył ramionami i skierował swoje kroki do samochodu koleżanki. Kluczykami, które wziął od Julie, otworzył bagażnik Jeepa i pomógł dziewczynom załadować do niego wszystkie torby mieszczące w przypadku Brauni: dwie sukienki, parę butów i kilka błyskotek, a w przypadku Julie: również dwie suknie, dwie pary butów i jeszcze więcej błyskotek. - Gdzie teraz jedziemy? - Spytał chłopak, gdy zamknął już bagażnik na kluczyk. - Jedziemy? - Zdziwiła się Julie i spojrzała na przyjaciółkę pokazującą jej wszystkie swoje zęby w uśmiechu. - Chciałeś chyba powiedzieć "Idziemy". Chris zrobił pytającą minę patrząc raz na Julie, raz na Brauni. Stały przed nim jakby za chwile planowały go skrzywdzić. - Co wy znowu wymyśliłyście? Nie odpowiedziały. Brauni uniosła dłoń i palcem wskazał punkt za jego plecami, co sprawiło, ze chłopak odwrócił się na pięcie i spojrzał we wskazane miejsce. Ujrzał po drugiej stronie ulicy kolejny sklep z wielkim szyldem "Nieustraszony" z niewielką inskrypcja pod spodem głoszącą, że miejsce jest największą kolekcją modnych, męskich ubrań. - O, nie! - Rzucił niemalże z krzykiem. - Nie zaciągniecie mnie tam. Zanim jednak zdążył cokolwiek zrobić, dziewczyny wzięły go pod boki, blokując jego ręce i z niezwykłą siłą zawlokły go na drugą stronę jezdni, chichocząc wesoło.
Część 55 / 5
***
Punktualnie o siedemnastej, kiedy słońce coraz bardziej obniżało swoją pozycję na niebie, Daniel zjawił się w "Białej Magnolii" - restauracji Marshallów, gdzie Anna szykowała się do wyjścia. Za barem stała już jej zastępczyni. Zapach we wnętrzu lokalu pozostał niezmieniony, przybyło jednak gości. Teraz było ich tu pełno. Niemal każdy stolik był zajęty, a rozmawiający ze sobą ludzie wypełnili restauracje dodatkowym hałasem. Daniel obszedł bar dookoła, witając się z Beverly rozdającą właśnie darmowe drinki dla nowych klientów. Zatrzymał się przy Annie. Kończyła swoje szykowanie się do wyjścia. Nałożyła lekki makijaż, po czym kosmetyki schowała do torby, którą wcześniej narzuciła na ramię. Uśmiechnęła się, gdy go zobaczyła. - Punktualny jak zawsze. - Pocałowała go lekko w policzek wywołując u niego ledwie widoczny rumieniec. - Gotowa do wyjścia? - Jak najbardziej. Wyszli z lokalu, mijając po drodze kilku ludzi do niego wchodzących. Ruszyli wąską uliczką, po której krążyło kilka osób. Ochłodziło się trochę, więc Anna nałożyła dodatkowo skórzaną kurtkę a ręce schowała do kieszeni. Daniel przyglądał jej się ze zdziwieniem, Sam miał na sobie jedynie cienki T-shirt i długie workowate spodnie. - Nie przesadzasz trochę z tym strojem? To nie zima. Jest duchota. Uśmiechnęła się do niego, wyjęła ręce z kieszeń i pozwoliła im swobodnie obijać się o ciało w rytm jej kroku. - Nie wiem, jakoś tak mi się chłodno zrobiło. - Zamilkła na chwilę, po czym dodała z kuszącym uśmiechem. - Wiem, że ty byś mnie najchętniej oglądał nago. Zaśmiał się głośno i postanowił odbić piłeczkę: - Nic, czego bym już wcześniej nie widział! Usta i oczy Anny otwarły się szeroko i tym razem to ona się zaśmiała, podczas gdy chłopak zachował powagę. - Nie widziałeś! Może i byliśmy razem przez pięć minut, ale nie posunęliśmy się dalej niż kilka niewinnych pocałunków. Nie widziałeś mnie nago. Daniel parsknął nagle i przystanął na chwilę gnąc się ze śmiechu. - A kto biegał nago w moim ogrodzie, kiedy byliśmy dziećmi? - Wysapał nagle i zaśmiał się jeszcze głośniej. - To było bardzo śmieszne. - Uderzyła go lekko w plecy i pomaszerowała dalej. - Od kiedy ty taki dowcipny jesteś, co? Chłopak dogonił i zrównał się z nią w kroku. Przez ostatnie dwa tygodnie widywali się codziennie. Daniel zawsze przychodził po nią do pracy a potem wymyślali jakieś zajęcia, żeby dotrwać do końca dnia. Tak jak zwykle, Anna zapytała, co będą robić tego wieczora. - Wiesz, dzisiaj nie będziemy się nudzić tak jak wczoraj. - Mam, nadzieję - wtrąciła. - Nie uśmiecha mi się znowu siedzenie i wpatrywanie się na wypływające z portu kutry. - Nie, nie. Dzisiaj idziemy na imprezę do Arthura. Anna aż podskoczyła z zachwytu. - Do Whoppera, najbogatszego chłopaka w mieście? - Tak. - Przyznał niechętnie. - Zaprosił nas na swój jacht, dziś wieczorem ale nie nastawiaj się na huczne party. To będzie tylko kameralne przyjątko w gronie przyjaciół. - Super!!! - Ucieszyła się podskakując jeszcze wyżej. - Lepiej spakuj więcej rzeczy. Wypływamy z portu na trzy dni. Po tych słowach Anna wpadła w euforię. Jej humor z dobrego przeobraził się w wyśmienity. Daniel natomiast zaczął się zastanawiać, z czego jego koleżanka cieszy się bardziej: z trzech dni życia w luksusie czy, że wreszcie pozna Arthura - "najbogatszego chłopaka w mieście". Tak czy inaczej, cieszyła się z rzeczy związanych bezpośrednio z luksusem i bogactwem. Kilka minut później nie mówiła o niczym innym jak tylko o tym, co powinna ze sobą zabrać w rejs. Ledwie zauważała, ze Daniel nadal jej towarzyszy. Kiedy podprowadził ją pod dom, przytuliła się do niego i podziękowała za polepszenie humoru. Nagle oświetliły ich światła samochodu.
***
Julie zatrzymała Jeepa przed domem Chrisa. Gapiła się tępo na uścisk Daniela i Anny. Kiedy spojrzeli na nią, momentalnie odwróciła wzrok i spojrzała na Chrisa. - To, co spotkamy się wieczorem? - Tak, Jules. Będę u ciebie o siódmej trzydzieści, bądź gotowa. Potem pojedziemy po ciebie, Brauni. - Popatrzył na koleżankę zajmującą tylne siedzenie. - OK, nie ma sprawy, będę czekała. Jadąc ze sklepu gdzie kupili Chrisowi kilka modnych ciuszków, ustalili, że wyjątkowo tego wieczora pozwolą Chrisowi prowadzić samochód. Umówili się też na konkretną godzinę. Daniel zapukał nagle w okno po stronie Julie. Dziewczyna podskoczyła przestraszona. Spojrzała na swoją dawną miłość i natychmiast odwróciła wzrok, zupełnie jak poprzednio. Opuściła szybę. - Cześć Julie, Brauni i Chris. - Wyliczył - Cześć. - Odpowiedzieli niemal chórem. Anna również się przywitała zajmując miejsce obok kolegi. - Jesteście gotowi do trzydniowego rejsu? - Zapytał w końcu Daniel, gdy każde z trójki przyjaciół zamilkło jak grobowce. - Co? - Spytała Julie, jeszcze raz na niego spoglądając. Brauni odezwała się zmieszana z tylnego siedzenia: - Zapomniałam wam powiedzieć, że wypływamy z portu i trzy dni będziemy na morzu, więc musimy zabrać trochę więcej rzeczy niż te suknie. Julie pokiwała głową w odpowiedzi, natomiast Chris wyszczerzył się w uśmiechu, na który pozostała trójka nie potrafiła się zdobyć. - To nawet i lepiej. Julie spojrzała na niego ze złością. Wiedział o co jej chodziło. Nie uśmiechało jej się spędzenie trzech dni w towarzystwie, które częściowo jest z nią skłócone. - Przynajmniej dla mnie. - Dodał chłopak i otworzył drzwi po swojej stronie. - Do zobaczenia wieczorem dziewczyny. - Taa, na razie. - Rzuciła Julie. - Trzymaj się, Chris i nie zapomnij włożyć tych super modnych gatek. - Brauni powiedziała to tak głośno, że Daniel i stojąca obok niego Anna, obdarzyli chłopaka znaczącym spojrzeniem. Wziął kluczyki kierowcy i otworzył sobie bagażnik. Wyjął swoją torbę z zakupami i zatrzasnął klapę. Oddał kluczyki właścicielce. Julie nie czekając na dalsze, czułe pożegnania i bojąc się jakiejkolwiek wymiany zdań między nią a byłym chłopakiem, ruszyła szybko samochodem i zniknęła im z oczu. Para nadal patrzyła na Chrisa. Jego zaś zdziwiło zachowanie Julie. Zaskakiwała go każdego dnia. Dzisiejszy był bez wyjątku. Ruszył w stronę domu, kiedy zauważył śledzący go wzrok siostry i Daniela. - Co się tak gapicie? - Super modne gatki? - Spytała Anna, patrząc jak Daniel ledwie powstrzymuje się od kolejnej salwy śmiechu. - Nie pytajcie! - Rzucił zapobiegawczo Chris i wspiął się po schodkach do domu.
***
- Mamo, wróciłam. - Krzyknęła Brauni, jak tylko zamknęła za sobą drzwi wejściowe do domu. Położyła torby przy podeście schodów i rozejrzała się dookoła. Domyśliła się, że jej ojciec jeszcze nie wrócił. Pewnie właśnie był w drodze do domu z Norfolk, gdzie prowadził interesy. Zawsze jak wracał stawiał walizkę w holu, gdzie stała kilkanaście godzin, zanim jej matka brała się do jej rozpakowywania. - Jestem w kuchni, kochanie. - Odpowiedziała Pani Hail. Brauni weszła do miejsca skąd dochodził głos i usiadła przy stole. Obserwowała jak matka szykowała ciasto, które miała nadzieje zdążyć upiec przed powrotem męża. Miała jednak nieco gorszy humor niż wcześniej. - Kupiłaś cos ładnego? - Spytała nie odrywając się od swego zajęcia. - Tak, dwie kiecki, spodobają ci się. Ale zapomniałam ci coś powiedzieć! - O czym? Brauni wstała i podeszła do mamy, która podczas pieczenia ciasta narobiła większego bałaganu na blatach szafek niż ktokolwiek inny jest do tego zdolny. Jej ręce zaś zgrabnie formowały owal wypieku, który zawsze wyglądał zachwycająco w jej wykonaniu. - Zapomniałam ci powiedzieć, że ta zabawa, na którą dziś się wybieram trwa w sumie trzy dni. To znaczy wypływamy tym jachtem w morze. Pozwolisz mi, mimo to, pójść? Pani Hail przerwała zajęcie i popatrzyła na skruszoną minę córki. Dziewczyna potrafiła odczytać obawy…