Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Melodramat · 1 godz. 50 min czytania

Odnaleźć Siebie: Część II - Swoje Miejce Na Ziemi

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Odnaleźć Siebie: Część II - Swoje Miejce Na Ziemi

Dochodziła trzecia rano. Wszystko nadal było przykryte mrocznym całunem nocy. Morze, jak zwykle o tej porze, było bardziej niespokojne. Fale uderzały o brzegi skalne rozpryskując się na wszystkie strony, zalewając uśpioną plażę. West Point nadal spokojnie spało, ciche i nieświadome niczego. Trzy karetki na sygnale przemknęły ulicami miasta kierując się do portu. Musiały zrobić objazd, gdyż niektóre drogi były zablokowane. Gdyby ktoś teraz przelatywał nad miastem porównałby je do małych świetlików, którym coś się pomyliło i zamiast latać zaczęły pełzać po ziemi. Wreszcie zatrzymały się w porcie, który teraz bardziej przypominał przygotowania do wielkiego koncertu. Wszędzie było pełno ludzi, głownie z policji, straży pożarnej i straży przybrzeżnej. Godzinę temu wysłano dwie łodzie patrolowe do miejsca gdzie zatonął "Tabernacle". Po długich poszukiwaniach udało im się znaleźć trójkę rozbitków. Wszyscy oczekiwali aż łódź z poszkodowanymi dobije do portu. Zachowując ostrożność, ludzie ze straży przybrzeżnej podawali sobie jedynie zdawkowe informacje. Wiadomo jednak było, że drugi statek ratunkowy nadal przeszukuje miejsce katastrofy, gdyż na jachcie było więcej osób, czego dowiedzieli się od uratowanych. Tuż za karetkami pojawiła się furgonetka prasowa. Szeryf Marley zbladł, kiedy zobaczył napis wiadomości na boku samochodu. Podszedł do jednego ze swoich ludzi i warknął: - Kto wpuścił tu te hieny. Zabrać mi ich stąd, ale już. Chłopak odszedł szybko w kierunku wozu i zaczął coś tłumaczyć kierowcy, który już zdążył otworzyć drzwi auta i wystawić ze środka kamerę. Nie wyglądało to zbyt dobrze. Szeryf odszedł do swego radiowozu. Cały czas niecierpliwie oczekiwał pojawienia się pierwszych rozbitków. Rozejrzał się dookoła i przyznał w myślach, ze to miejsce jeszcze nigdy nie było takie kolorowe. Włączone były wszystkie światła na dachach samochodów. Przypominało to nieco dyskotekę, tyle, że brakowało muzyki i na pewno nikomu nie chciało się teraz tańczyć. Oparł się o auto i wpatrzył w wejście do portu. Nadal utrzymywała się mgła, więc nie mogli dojrzeć jak blisko był statek patrolowy. Jego migające światła zobaczyli dopiero, gdy był w połowie kanału portowego. Podniosła się wrzawa wśród zgromadzonych na nabrzeżu. Wszyscy w jednej chwili znaleźli się przy miejscu gdzie statek miał się zatrzymać. Nawet dziennikarze z wielką kamerą, którym udało się przekonać funkcjonariusza.

Łódź dobiła do brzegu. Przywiązano ją linami i podstawiono trap. Najpierw zeszło kilu funkcjonariuszy a następnie zaczęto wyprowadzać pierwszą osobę na brzeg. Daniel szedł owinięty w gruby koc, w towarzystwie dwóch ludzi z łodzi. Nie pozwolono dziennikarzom dopchać się do niego. Patrzył tępo przed siebie, zmęczony i wyziębiony po pobycie w szalupie. Umieścili go w pierwszej karetce, gdzie zajęli się nim wykwalifikowani medycy. Zamknięto szczelnie drzwi by ciekawscy nie zaglądali do środka. Drugi na ląd zszedł Chris. Alkohol, który do niedawna plątał mu nogi, wyparował gdzieś zostawiając go boleśnie trzeźwym. Chłopak trząsł się mimo identycznego koca, co Daniela, w który go owinięto. Kamera śledziła każdy jego ruch, ale nikt o nic nie pytał. Wszyscy milczeli, wpatrując się w jego posmutniałą i szarą twarz. Dwóch mężczyzn zaprowadziło go do drugiej karetki. Przy trzeciej osobie zrobiło się więcej zamieszania. Wyniesiono ją na noszach. Młoda dziewczyna leżała na nich w bezruchu. Anna miała wielki opatrunek na twarzy. Przez gazę przesiąkała już krew. Zniesiono ją delikatnie po trapie i poproszono ludzi o zrobienie większej przestrzeni wokół. Ambulans wykręcił powiadomiony przez jednego człowieka ze straży, i ustawił się niedaleko trapu. Lekarze szybko wysunęli z wnętrza własne nosze i delikatnie przełożyli na nie nieprzytomną dziewczynę. Od razu podali jej oczyszczony tlen i przetransportowano do wielkiego wozu. W przeciwieństwie do pozostałych dwóch karetek, które nadal stały na nabrzeżu, trzecia ruszyła na rozdzierającym sygnale do szpitala.

Kapitan statku, który przywiózł poszkodowanych, podszedł do szeryfa i zaczął powoli wyjaśniać sytuację. - Jeden z tych dzieciaków mówi, że jacht Whoppera walnął w jedną ze skał przy Ocracoke Island. - Z pełną prędkością? - Podłapał szeryf. - Pewnie tak. - Wymamrotał mężczyzna. - Przywiązali szalupę do tej samej skały, która zatopiła ich statek. Podobno było ich sześcioro. Opisał dalej to, czego dowiedział się od Daniela, który dokładnie opisał, co się wydarzyło od czasu uderzenia, aż do momentu, w którym opuścił pokład. - Podobno dwie dziewczyny zniknęły po zderzeniu a Arthur Whopper poszedł ich szukać. Im kazał zapakować się do szalupy i spadać ze statku. - Jeszcze trójki nie ma. - Powiedział bardziej do siebie niż do niego. - Jak nazywały się te dziewczyny? Mężczyzna wyjął swój mały notesik i zajrzał do środka. - Brauni Hail i Julie James. - Przeczytał i spojrzał na Marley'a. - Zna je pan? - Kojarzę! - Rzucił. Rozmawiali jeszcze przez chwilę. Marley upewnił się jeszcze czy druga łódź nadal szuka pozostałych a następnie udał się do pierwszej ze stojącyh karetek, by zapytać o zdrowie jednego z chłopców.

***

Pres powoli kończył nagrywanie wiadomości. Był zaskoczony jak gładko mu to poszło, mimo, iż miał z tym styczność po raz pierwszy. Czekał teraz aż ostatni materiał dobiegnie końca by pożegnać się z nie śpiącymi o tak późnej porze widzami. Nagle tuż obok niego pojawiła się jakaś kobieta z kartką w ręku. - Mamy materiał z ostatniej chwili. Zapowiedz go i dopiero zakończymy nagranie. Dobrze? - Powiedziała szybko i stanowczo. Pres pokiwał głową na zgodę, wziął z jej ręki kartkę i zaczął czytać jej treść. Zmarszczył brwi i zaklął pod nosem, gdy wyczytał informacje o katastrofie jachtu, na którym płynęli jego przyjaciele. Kiedy poprzedni materiał dobiegł końca Pres starając się by jego głos brzmiał mechanicznie podał wieści telewidzom: - Wiadomość z ostatniej chwili. Po drugiej w nocy zgłoszono zaginięcie jachtu należącego do najbogatszego człowieka w mieście - Nathana Whoppera. Kilkanaście minut temu wyłowiono pierwszych rozbitków. Informacje z nabrzeża portowego, na żywo, przedstawi państwu Melanie Cooper. Na ekranach telewizorów pojawił się obraz młodej blondynki z mikrofonem przy ustach. - Witam państwa. Dziś, po drugiej w nocy odebrano wezwanie o pomoc ze statku "Tabernacle" znajdującego się dwie mile od brzegów West Point. Zgłoszono, że jacht szybko nabiera wody i tonie. Kilka minut później zniknął on z radarów. Nieoficjalnie wiadomo, że na pokładzie znajdowało się sześć osób. Wyłowiono dopiero troje rozbitków w tym jedną dziewczynę w ciężkim stanie. Kobieta zniknęła a zamiast niej pojawiły się urywkowe zdjęcia przedstawiające Daniela, Chrisa i Annę. - Nie wiadomo jeszcze nic o losach pozostałej trójki, w tym także o synu Nathana Whoppera. Łodzie patrolowe nadal przeszukują domniemane miejsca zatonięcia statku. Na żywo, z portu, mówiła dla państwa Melanie Cooper. Na ekranach ponownie pojawił się Pres. Patrzył tępo w kamerę, po czym ocknął się jakby ze snu i pożegnał się nerwowo z telewidzami i zaprosił ich na poranne wydanie wiadomości. Odczekał chwilę aż dostanie znak, ze może odejść od biurka. Siedział przy nim jak na szpilkach. W głowie kłębiło mu się mnóstwo myśli. Wiedział już, że nie znaleziono jeszcze Arthura, Julie ani Brauni. Musiał tam jechać, musiał sprawdzić, co się dzieje. Kiedy pozwolono mu odejść, czym prędzej popędził w stronę wyjścia odpinając mały mikroport od klapy marynarki. Nagle zatrzymał go Dan Campion, gratulując mu udanego poprowadzenia programu. - Chłopie byłeś imponujący, chyba poprowadzisz też poranne wydanie. Chłopak machnął na niego ręka: - Zapomnij Dan, pędzę do portu. Na tym pieprzonym statku byli wszyscy moi najbliżsi przyjaciele. Nie wrócę do póki nie znajdą ostatniego z nich. I nie próbuj mnie od tego odwieść. Campion rozłożył ręce w pokojowym geście, nie protestując. Poprosił go wręcz by dostarczał mu od czasu do czasu jakichś informacji. Pres szybko wybiegł z budynku i już po chwili był na parkingu przy swoim samochodzie. Był tak zdenerwowany, że zapomniał gdzie wcześniej schował kluczyki. Na szukaniu ich stracił kilka cennych minut, więc gdy ruszył, pozostawił za sobą swąd palonej gumy, któremu towarzyszył przerażający pisk opon.

***

Woda z każdą minuta stawała się coraz zimniejsza. Po piętnastu minutach Brauni zaczęła się trząść. Złamana ręka pulsowała tępym bólem. Jedynym odgłosem było szczękanie jej zębów. Od czasu, gdy statek zniknął z powierzchni wody, zaległa nieprzenikniona cisza. Dziewczyny próbowały rozmawiać, ale temperatura wody zbytnio je osłabiała. Czasami dało się słyszeć jakiś chlupot świadczący o tym, że nie przymocowane przedmioty z wraku statku zaczęły wypływać na powierzchnię. Wokół Julie i Brauni pływało sporo kawałków drewnianych mebli, kilka małych boji i mała apteczka pokładowa w oddali. - Już nie mogę. - Wyszeptała Brauni. - Zamarzniemy tu. Julie spojrzała na nią, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Sama miała już za sobą jeden kryzys, kiedy to pod wpływem zmęczenia, zaczęła myśleć o tym jak cudownie byłoby odpiąć zaczepu kamizelki i zanurzyć się w błogiej otchłani a potem już tylko zasnąć, by znowu obudzić się przy boku swoich rodziców. Wtedy, po raz pierwszy tego wieczoru, zapłakała. Ale nie było to oznaką utraty sił, lecz uczucia tęsknoty, za dawnym szczęśliwym życiem. Potem pomyślała o małej Piper, którą na czas imprezy zostawiła u pani Holbrooke. Przekonywała siebie, że małej będzie tam dobrze, a i pani Holbrooke przestanie być taka samotna. Myśli te jednak odpłynęły, gdy zobaczyła drżącą Brauni. Czuła się odpowiedzialna za młodszą koleżankę, zupełnie jakby była jej siostrą. Nie mogły obie się załamywać. Jedna z nich musiała pozostać silną by druga nie czuła się osamotniona. Teraz zbliżyła się do niej i przytuliła do siebie. Pogłaskała ją po mokrych włosach. - Nie zamarzniemy. - Pocieszyła ją. - Znajdą nas. Zobaczysz. Przecież obie słyszałyśmy łódź kilka minut temu. Szukają nas. Rzeczywiście słyszały warkot silnika statku ratunkowego. Ale ani Brauni, ani Julie nie miały siły krzyczeć o pomoc, a mgła nie pozwalała ratownikom wypatrzyć dwóch zziębniętych kobiet uczepionych prowizorycznie związanych kół. - Bywałaś kiedyś na obozach dla młodzieży? - Spytała nagle Julie, starając się skierować tok myślenia koleżanki na inny tor. Brauni przytaknęła lekko głową, co wywołało lekki uśmiech na twarzy Julie. - Pamiętasz, co robiliście spędzając noc w lesie, kiedy było zimno? Dziewczyna pomyślała przez chwilę, po czym odpowiedziała jąkając się lekko: - Zawijaliśmy się w ciepłe śpiwory i śpiewaliśmy przy ognisku. - Zapłakała cicho na wspomnienie ciepłych śpiworów i ognia. - Właśnie. - Rzuciła Julie. - Niestety nie mamy śpiworów ani ogniska, ale pośpiewać możemy. Zawsze możemy poczuć się lepiej i może zapomnimy o tym zimnie. No i co ty na to zaśpiewamy coś? Brauni spojrzała na nią. Nie była pewna czy to dobry pomysł, ale kiedy ujrzała tą nadzieję w oczach koleżanki, obiecała spróbować. - Znasz jakąś piosenkę? - Wyjąkała, próbując zapanować nad swym dygoczącym ciałem. Julie zamyśliła się przez chwilę, aż wreszcie na jej ustach znów pojawił się słaby uśmiech. - Pamiętasz ten kawałek, co śpiewałyśmy na statku? - Piosenkę Sheryl Crow? - Spytała niemal natychmiast dziewczyna, a kiedy Julie przytaknęła dodała. - Pamiętam. Zaczniesz? Julie zgodziła się, starając przywołać do pamięci słowa utworu. Troszkę to trwało, co sprawiło, że Brauni zaczęła się niepokoić. - Julie? - Zawołała ją osłabionym głosem. Koleżanka wpatrzyła się w nią i przysunęła bliżej. Zaczęła śpiewać, początkowo cicho i niezdarnie wysilając osłabione gardło i jąkając się, co chwila. Kiedy Brauni przyłączyła się do niej, nabrała więcej odwagi i przemogła się w sobie by wydobyć siłę, stłamszonego przez lodowatą wodę, głosu. Nadal nie był on tak mocny jak dawniej, ale dzięki temu Brauni również bardziej wysiliła głos. Obie przestały myśleć o tragedii, jaka je spotkała i o tym, w jakiej teraz są sytuacji. Może i treść piosenki nie była z nią związana, bo śpiewały o niezależności kobiecej, ale czuły się lepiej. Były w połowie utworu, gdy w tle znowu usłyszały odgłos silnika łodzi. Zamilkły obie próbując namierzyć, z której strony dochodzi i jak daleko się od nich znajduje. - Jak myślisz? - Spytała Brauni. - Nie wiem. Jest jakieś dwadzieścia metrów od nas. Nie usłyszą nas przez ten rumor, chyba, że wyłączą silnik. - Już chciała powiedzieć, ze muszą dalej czekać, gdy nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Obróciła się dookoła własnej osi, puszczając Brauni. Wypatrywała czegoś, a gdy to zlokalizowała, kazała koleżance czekać na nią i spróbować wołać o pomoc. - Julie, Co robisz? - Wołaj o pomoc. - Powiedziała głośniejszym tonem, po czym odpłynęła na bok w stronę przedmiotu kołyszącego się na falach. Kilka chwil wystarczyło, by dopłynęła do apteczki. Wiedziała, ze pokładowe walizeczki wyposażone były nie tylko w opatrunki i środki natychmiastowej pomocy. Otworzyła prostokątne pudełko i zaśmiała się wesoło. Pomiędzy śnieżnobiałymi gazami i plastrami oraz butelkami z lekarstwami leżała raca i dwie świece dymne oraz zapalniczka specjalnie do nich. Chwyciła racę i ponownie zlokalizowała warkot silnika. Uniosła mały pistolecik do góry i wystrzeliła. Czerwona kula poszybowała przez kłęby pary. Brauni, która dotychczas wołała o pomoc umilkła wpatrując się w czerwony punkt niczym trzej królowie w gwiazdę betlejemską. Uśmiechnęła się. Nagle usłyszały klakson łodzi i silnik wyraźnie zwolnił obroty.

- To była raca. - Powiedział męski głos do kogoś na pokładzie, a potem wydarł się na głośno. - Płyniemy. Trzymaj się! Ostatnie słowa skierowano już do rozbitków.

Julie wyjęła zapalniczkę oraz dwie świece dymne i powoli trzymając je nad głową popłynęła do Brauni. - jesteśmy uratowane, kochanie. - Rzuciła radośnie, po czym wręczyła jej jedną z lasek świecy i odpaliła. Zalało je czerwone światło. Po kilku minutach z mgły wyłonił się statek ratunkowy. Sześciu ludzi wpatrywało się w przemoczone i wyziębione dziewczyny. Twarz Brauni pojaśniała w uśmiechu i kiedy jakiś głos powiedział, że są już bezpieczne, odpłynęła w błogą ciemność i zemdlała.

***

Danielowi pozwolono wyjść z karetki. Nie stwierdzono u niego poważniejszych obrażeń. Nadal owinięty był w gruby koc. Drobne zadrapania zaklejono małymi plastrami. Krążył przy brzegu trzymając się z dala od ludzi. Wcześniej rozmawiał z szeryfem Marleyem, który wypytywał go o okoliczności katastrofy oraz ile dokładnie ludzi było na pokładzie. Był wyraźnie zmartwiony i pełny wyrzutów sumienia. Wiedział, ze nie powinien zostawiać Arthura samego. Mogło mu się nie udać odnaleźć Julie i Brauni. Pomyślał o swojej byłej dziewczynie. Kiedy w jego głowie pojawiła się myśl, ze ją straci potrząsnął nią energicznie. Nie przeżyłby tego a zwłaszcza, dlatego, ze nie próbował jej ratować. Przysiadł na ławeczce, niedaleko statku, który go tu przywiózł. Wpatrzył się w uczepioną do niego szalupę z Tabernacle'a. Nie mógł uwierzyć, że tylko tyle zostało z tak pięknego i bogatego statku. Za plecami usłyszał, stłumiony głos wydobywający się z krótkofalówki, jednego z krążących w jego pobliżu policjantów. - Mamy przy blokadzie portu rodziców tych dzieciaków z jachtu, których kazał zawiadomić Marley. Wpuszczać ich? Daniel spojrzał w kierunku wejścia do portu i ujrzał dwa wozy policyjne ustawione w poprzek obok siebie, skutecznie blokujące wjazd samochodom za nimi. W grupce ludzi dostrzegł swego ojca, ale nie miał ochoty teraz do niego podchodzić. Funkcjonariusz, którego krótkofalówka wcześniej zabrzęczała odpowiedział: - Marley przed chwilą zabronił wpuszczać kogokolwiek. Znaleźli jeszcze dwie osoby i dopóki nie znajdą się w karetkach, nikt nie ma prawa wejść. Przekaż to rodzicom. Drugi mężczyzna podziękował za informację, a w Danielu, przysłuchującym się tej rozmowie, ponownie zakwitła nadzieja. Nadzieja na to, że jedną ze znalezionych będzie Julie.

Kilka chwil później wokół miejsca, w którym siedział zrobiło się głośno, ale nie dlatego, że ktoś się nim interesował. Szeryf zdecydował wysłać stojącą na redzie łódź na poszukiwanie ostatniego rozbitka. Tym samym Statek z uratowanymi będzie miał gdzie się zatrzymać. Szybko odczepiono szalupę i przywiązano ją do pachołka portowego. Daniel obserwował jak znajoma mu łódź odpływa zostawiając za sobą czarno-biały kilwater. Potem kazano mu odejść by nie robić zbędnego tłumu wokół pozostałych przywiezionych rozbitków. Kiedy szedł w stronę swojej karetki zauważył Chrisa. Domyślił się, że jemu też nie dolegało nic poważnego. Jednak z tą różnicą, ze kolega nadal nie opuścił karetki. Siedział na jej tylnich stopniach. W środku krzątało się dwóch pielęgniarzy. - Jak się czujesz? - Zagadnął Daniel, gdy znalazł się przy jego boku. Chris wtulił się w swój koc i przymknął lekko oczy. - Fizycznie, wszystko w porządku. - Odparł smutno. - Gorzej ze strony psychicznej. Chyba nadal jestem w szoku. To stało się tak szybko, że nawet się nie zorientowałem, kiedy statek zniknął z powierzchni morza. I jeszcze to zaginięcie Brauni, Julie i Arthura... Chłopak pokręcił głową z niedowierzaniem. Starał się przywołać jakieś wspomnienia swoich koleżanek, ale zamiast tego miał nieuporządkowany mętlik. Daniel rozumiał go aż za dobrze. Westchnął ciężko i usiadł obok niego, poklepując go pokrzepiająco po plecach. - Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz. - Powiedział wpatrując się na skryte za zasłoną mgły, wejście do portu. - Podobno znaleźli dwie kolejne osoby. Chris spojrzał na niego. - Serio? Nie mówisz tak, by mnie pocieszyć? - Nie chłopie. - Daniel uśmiechnął się po raz pierwszy od momentu, gdy trafił do portu. - Słyszałem rozmowę dwóch policjantów. A jeśli się lekko wychylisz i spojrzysz w prawo to zobaczysz rodziców przy blokadzie. Nie był pewny czy rzeczywiście są tam też i rodzice kolegi, ale postanowił zaryzykować. Jak wielka była jego satysfakcja, gdy się nie pomylił. Chris zrobił jak mu doradził Daniel i już po chwili machał do swoich rodziców uśmiechając się szeroko. Nagle poczuł silny ucisk na ramieniu, spojrzał na nie i ujrzał zaciśnięta mocno na nim rękę Daniela. Wpatrywał się w wejście do portu, gdzie pojawiło się nikłe światło reflektora dziobowego drugiej łodzi ratunkowej. - Są. - Wyszeptał ledwie dosłyszalnie Daniel i wstał, puszczając Chrisa, który skoczył na równe nogi jak sprężynka. Podeszli obaj na tyle blisko, jak im na to pozwalał tłum policjantów, którzy zebrali się przy nabrzeżu. Wyglądało to jakby wszyscy oczekiwali aż statek z wyłowionym ładunkiem niebywałego bogactwa, dobije do brzegu by mogli wziąć dla siebie, choć odrobinkę skarbu. Czekali niecierpliwie podczas cumowania wypatrując na pokładzie znajomych twarzy. Zobaczyli je dopiero po tym jak spuszczono trap i dwaj ludzie wynieśli na noszach Brauni. Chris uśmiechnął się szeroko nie spuszczając z niej wzroku. Dziewczynę szybko zaniesiono do karetki, w której jeszcze niedawno siedział Daniel i zamknięto za nią drzwi by wścibscy nie przeszkadzali w pracy pielęgniarzom i lekarzom. Następnie wyprowadzono Julie. Szła o własnych siłach, okryta grubym kocem. Mokre włosy obijały się o jej twarz, która teraz nie przypominała swojego dawnego wyglądu. Starannie wykonany makijaż utworzył pod wpływem wody łzawe zacieki na policzkach dziewczyny. Daniel, wpatrujący się w nią od momentu, kiedy tylko ja zobaczył, zauważył, że straciła buty i teraz szła boso, po zimnym asfalcie nabrzeża. Nie wychodziło jej to zbyt dobrze, co było wyraźnym skutkiem przemęczenia. Upadłaby gdyby nie szeryf Marley, który podszedł do niej, wziął ja na ręce i przeniósł do drugiego ambulansu. Daniel chciał iść za nią, ale już po kilkunastu zrobionych krokach zatrzymała go ręka policjanta, który zabronił komukolwiek podchodzić do obu karetek.

Chris nie opuszczał kolegi, bacznie dotrzymując mu kroku. Zdziwił się, że cały alkohol, jaki spożył tego wieczoru tak nagle wyparował. Znaleźli sobie ławeczkę i usiedli czekając w milczeniu aż wypuszczą ich towarzyszki. - Ciekawe jak i co przeżyły. - Powiedział po pięciu minutach ciszy Daniel. - Były raczej mokre, a to znaczy, że nie uniknęły spotkania z wodą. - A czy to ważne? - Przerwał mu nagle Chris widząc, że chłopak zaczyna gadać bez sensu. - Najważniejsze jest to, że są całe i zdrowe. Teraz się trzeba martwić o Arthura. Daniel westchnął i spojrzał ponownie na spokojne wody portu kołyszące się w sobie tylko znanym takcie. - Mam nadzieję, że nic mu się nie stało.

Powoli zaczął wstawać kolejny dzień. Niebo zaczęło powoli nabierać bladego koloru zakrywającego gwiazdy na niebie. Mgła również straciła na sile i teraz widać było wyraźniej odległe wejście do portu i fragment morza za nim. Chris przysnął oparty o ramię Daniela, który nadal zawzięcie wpatrywał się w karetkę z Julie w środku. Wtedy też szeryf rozkazał odblokować wejście do portu i wpuścić rodziców nastolatków. Znów zrobiło się głośno, gdy przy pozostawionych wcześniej samochodach Julie i Daniela, zaczęły parkować inne. Rodzice Daniela i Chrisa znaleźli się przy swoich pociechach w zaskakującym tempie. Chris jęknął, gdy jego ojciec potrząsnął go za ramię, budząc ze snu. Gdy chłopak zobaczył zmartwionego mężczyznę, natychmiast rzucił mu się na szyję, czego nie robił od bardzo dawna. - Synku, kochany. - Wyszeptał czule ojciec. - Nic ci nie jest? - Nie, tato. Nic mi nie jest. Jestem tylko troszkę oszołomiony tym wszystkim. Stali tak obejmując się wzajemnie. Chris dowiedział się, że jego mama musiała pojechać do szpitala do Anny. - Lekarze mówią, że to nic poważnego i że niedługo powinna się obudzić. - Przerwali uściski i ojciec spojrzał na swego syna z wyrazem troski na twarzy. - Chodź spytamy szeryfa czy mogę cię już stąd zabrać. Chris pokiwał głową na zgodę i odeszli razem zostawiając Daniela samego z jego rodzicami, którzy podobnie jak pan Marshall, ściskali swego syna i wypytywali o jego samopoczucie.

W porcie pojawili się tez rodzice Brauni. Ich natychmiast skierowano do karetki i wpuszczono do środka. Brauni krzyknęła ze szczęścia, gdy zobaczyła swojego tatę. Cieszyła się ze wreszcie wrócił. Julie wyszła z ambulansu i zeszła po schodkach. Rozejrzała się dookoła i zobaczyła Daniela z rodzicami, Chrisa z jego ojcem a także usłyszała Brauni głośno rozmawiającą ze swoimi rodzicielami w karetce obok. Zrobiło jej się przykro. Tak bardzo potrzebowała się teraz do kogoś przytulić. Oddałaby wszystko by w tej chwili wtulić się w ramiona swojej matki i ojca, by opowiedzieć im jak zawzięcie walczyła o to głupie życie. Odwróciła się by nie patrzeć na szczęście przyjaciół i zalała się łzami, otulając się cieplej kocem. W tym momencie zobaczyła wjeżdżający szybko do portu samochód, który zahamował gwałtownie i na tyle głośno by zwrócić na siebie uwagę połowy ludzi błąkających się teraz po nabrzeżu. Pres wyskoczył z niego i zaczął się energicznie rozglądać. Dostrzegł Julie stojąca samotnie i niemal natychmiast domyślił się jej położenia, gdy tylko dostrzegł Daniela tulącego jego matkę. - Julie. - Podbiegł do niej i przytulił nim zdążyła cokolwiek powiedzieć. - Nic ci nie jest? Uśmiechnęła się, dziękując w duchu Bogu, za wysłuchanie jej próśb. Odwzajemniła mocno uścisk. - Już nic. - Wyszeptała i rozkleiła się zupełnie. - Już nic mi nie jest. Spojrzał na jej zapłakaną twarz. Wiedział jak bardzo tego potrzebowała w tej chwili. Zapomnieli już, że od dawna ze sobą nie rozmawiali. Teraz przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. Poprowadził ją do swego samochodu, pomógł wsiąść na tylne siedzenie i sam usiadł obok. - Już nie jesteś sama. - Powiedział czule. - Przytul się i płacz ile wlezie. Jestem przy tobie. Julie uśmiechnęła się i skorzystała z zaproszenia przyjaciela. Jak dobrze było znów poczuć czyjeś ciepło i wsłuchać się w miarowe bicie, innego niż swojego serca. - Co z pozostałymi? - Zapytał, gdy zobaczył jak Daniel wpatruje się w jego samochód i to, co się w nim dzieje. Julie powoli zaczęła opowiadać, co się stało.

Statek patrolowy przemierzał wody w okolicy katastrofy i zatonięcia jachtu. Teraz, kiedy widoczność był już lepsza, zaczęli wyraźnie dostrzegać fragmenty wyposażenia unoszące się na powierzchni: jedno koło ratunkowe, trzy kamizelki ratunkowe, fragment stołu, trzy krzesła z pokładu spacerowego i mały aniołek z tekowego drewna z oderwaną nóżką, która nadal spoczywała przytwierdzona do jednej z komód, kilkadziesiąt metrów pod wodą. Kiedy mieli zawracać by przeszukać dalszą część obszaru, jeden z ludzi obserwujący powierzchnię morza dostrzegł to, czego tak długo szukali. - Rozbitek, na prawej burcie, jakieś dwieście metrów od nas. - Krzyknął alarmowo. Wszystko rozegrało się w ciągu kilkunastu sekund. Natychmiast wydano rozkaz, całej naprzód i statek ruszył w kierunku wypatrzonego punktu.

Pres stał oparty o tylne drzwi swego auta, obok Julie, nadal siedzącej w jego wnętrzu. Chłopak nie mógł uwierzyć w to, co mu opowiedziała koleżanka. Nie mógł uwierzyć w gafę, jaką popełnił Arthur, pozwalając by statek pruł fale z taką szybkością i w takim niebezpiecznym dla żeglugi miejscu. - Teraz to już nie ma znaczenia. Stało się. - Powiedziała przygnębionym głosem, patrząc przed siebie. - Ciekawe, kiedy Arthura znajdą. Spojrzała na niego zmartwionym wzrokiem. - Musza go znaleźć. Całego i zdrowego. - Rzuciła ostrym tonem i natychmiast się zawstydziła. Spoglądając na swoje dłonie, dodała nieśmiało. - Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby coś mu się stało. Chciała jeszcze coś dodać, ale nagle usłyszała głos ojca Arthura. Wychyliła się z auta i spojrzała w tym samym kierunku, w którym spoglądał teraz Pres. Nathan Whopper stał obok szeryfa wymachując wrogo rękami. Rozmawiali na tyle głośno, by Julie i Pres mogli ich dosłyszeć. - ...Jak to go jeszcze nie odnaleziono? - Warknął mężczyzna. - Przysięgam zabiję drania. Niszczy mi całe moje życie. Julie i Pres zerknęli na siebie znacząco. - Proszę się nie martwić, znajdą go lada chwila. - Próba uspokojenia Whoppera spełzła na niczym. Szeryf jeszcze bardziej rozłościł mężczyznę. - Mam nadzieję. Szczeniak zatopił dorobek mojego, życia. Moje cacko...Mój ukochany jacht. Julie nie wytrzymała. Wygramoliła się wściekła z samochodu i krzyknęła do wrzeszczącego mężczyzny, zwracając na siebie uwagę nie tylko jego, ale i wielu ludzi w porcie, niemal równie skutecznie, co piszczące opony auta Presa, kiedy wjeżdżał do portu. - Tylko to się dla pana liczy? Tylko ten przeklęty jacht? - Nie wtrącaj się. - Rzucił do niej oschle i chciał wrócić do rozmowy z szeryfem, ale dziewczyna nie dała za wygraną. - Na litość Boską. Tam jest pański syn. - Wskazała ręką na rozległe morze. - Pana jedyne dziecko. Jedyny krewniak! Może tam zginąć, a pan mówi, że go zabije. Nathan nie odpowiedział spuszczając wzrok na asfalt. - Pieprzyć ten pański jacht. - Krzyknęła. - Życie Arthura jest w tej chwili najważniejsze. Julie uznała, że przesadziła, więc postanowiła się zamknąć. Nadal jednak wpatrywała się w starszego mężczyznę wrogim wzrokiem. Pres położył jej rękę na ramieniu by spróbowała się uspokoić i by nie posunęła się za daleko. Jeden z ludzi szeryfa, który nie był zajęty wpatrywaniem się w to zajście, podbiegł do Marleya i szepnął mu coś na ucho. Szeryf odchrząknął i spojrzał najpierw na Julie a potem na Whoppera, wreszcie powiedział. - Właśnie dostaliśmy informację ze statku patrolowego. Znaleźli pańskiego syna. – Nathan, podobnie jak i inni, spojrzał na niego, szeryf zaś ściszył głos i dokończył. - Przykro mi, ale nie przeżył katastrofy. Nikt z ludzi stojących w pobliżu nie powiedział ani jednego słowa. Marley przeprosił i odszedł od Nathana. Julie stała jak słup soli z niewidzącym wzrokiem utkwionym w człowieku, na którego wrzeszczała. W jej myślach pulsowało jedno słowo, krzyczące, rozdzierające. "Niemożliwe". Dopiero, gdy Pres, który zareagował na tę informację uderzeniem pięścią w dach samochodu, chwycił Julie za ramię i przyciągnął do siebie. Wtuliła się w niego i pozwoliła opanować się emocjom. Szlochnęła głośno. - Zabieram cię stąd. - Powiedział do niej, po czym natychmiast usadził ją w swym aucie. Informację tą słyszeli także Daniel i Chris, który również zbierał się do odjazdu. Stali milcząc i patrząc jak Pres wyjeżdża z portu z piskiem opon. Nathan został sam. Tępo wpatrywał się w asfalt pod stopami. Nie płakał. Był jedynie zszokowany niespodziewaną nowiną. Dotarło do niego, że stracił drugą ukochaną istotę w swoim życiu. Nawet, jeśli Arthur był nieznośny i zgorzkniały, to był jego synem. Spojrzał w niebo i krzyknął rozdzierająco.

***

Pres Postanowił zawieźć Julie do swojego domu, mimo jej protestów. Uznał, że nie powinna wracać teraz do swojego pustego mieszkania. Jak tylko dotarli na miejsce, dał jej czysty szlafrok, jedną ze swoich pidżam ze spodniami wiązanymi w pasie trokami, by z niej nie spadły. Julie chętnie wzięła prysznic zmywając z siebie resztkę soli pozostałej po morskiej wodzie. Kiedy już się przebrała w jego rzeczy, które na niej wyglądały jak worki, położył ją w swej sypialni. Zasłonił wszystkie okna by światło dnia nie przeszkadzało jej we śnie. Nie myślała, że uda jej się tak łatwo zasnąć. Przez całą drogę do domu Presa płakała i robiła sobie wyrzuty, że źle potraktowała Arthura. Teraz jednak była za bardzo zmęczona, a sen dał jej wreszcie ukojenie i namiastkę zapomnienia. Pres natomiast zszedł na dół zdejmując po drodze swój garnitur, po czym zamienił go na luźne spodnie i podkoszulek. Ranek nie zapowiadał upałów przypominających poprzedni dzień. Niebo było mocno zachmurzone, co sprawiało, że słońce pozostawało niemal cały czas w ukryciu. Chłopak zaparzył sobie herbatę i przysiadł przy blacie stołu w kuchni, gdzie położył wcześniej słuchawkę telefonu bezprzewodowego. Teraz, gdy czekał aż napój ostygnie, chwycił ją i wystukał numer do pracy. Zawiadomił, kogo trzeba, że dzisiejszego dnia nie zjawi się w pracy. Następnie zadzwonił do Chrisa. Porozmawiał z nim przez chwile i wreszcie spytał o szpital, w którym leżała Anna i Brauni, czego dowiedział się właśnie od rozmówcy. Kiedy skończył wszystkie rozmowy zobaczył czarną marynarkę, którą Julie miała na sobie. Podszedł do niej z kubkiem w ręku i zajrzał do jej kieszeni, gdzie znalazł pęk kluczy, w tym od samochodu, którego zauważył w porcie. W innej odkrył mały pakunek ze zmoczoną wstążka jednak tego postanowił nie ruszać. Klucze położył na stole kuchennym, po czym udał się na górę by zobaczyć, co z Julie.

***

Zbliżało się południe, a Brauni wciąż siedziała na łóżku szpitalnym. Cierpliwie czekała aż jej ojciec skończy rozmawiać z lekarzem. Spojrzała na swoją rękę skrytą pod grubą i sztywna warstwą gipsu sięgającym od unieruchomionego nadgarstka aż do połowy ramienia. Rozmyślała nad tym czy dobrze zrobiła prosząc mamę by pojechała sprawdzić jak się czuje Julie. Dopiero w drodze do szpitala uświadomiła sobie, że jej koleżanki nie mógł nikt przywitać. Nie wiedziała też, dlaczego tak szybko zniknęła. Pokoik, w którym się znajdowała utworzono na jednym z większych korytarzy, z czterech kotar ustawionych w kształt wielkiego kwadratu. Kiedy jej tata się zjawił wstała szybko i przytuliła się do niego, wprawiając go w lekkie zdziwienie. - Co się stało kochanie? - Po prostu bardzo się cieszę, że już wróciłeś. Bardzo za tobą tęskniłam. - Wpatrzyła się w jego zaznaczoną szybko upływającym czasem twarz, która na te słowa rozpromieniła się w słodkim, troskliwym i ciepłym uśmiechu. - Możemy już iść. Lekarz dał nam pozwolenie. Musisz tylko uważać na siebie. - Powiedział gładząc ją po głowie. Wyszli z prowizorycznego pokoiku i skierowali się do wind. - Dr. Green powiedział, że jak dobrze pójdzie to już za trzy tygodnie zdejmą ci gips. - Dodał, starając się by jego głos nabrał pocieszającego tonu. Po uśmiechu córki odgadł, że mu się to udało. Drzwi jednej z wind otworzyły się i na skrzydło szpitalne weszła pani Hail. Nie zauważyła ich dopóki, nie usłyszała głosu córki: - Mamo? Co tu robisz? - Matka spojrzała na nią uśmiechając się nerwowo. - Mięliśmy spotkać się w domu jak wrócisz od Julie. Pani Hail podeszła do nich szybkim krokiem i powiedziała niespokojnie. - Byłam u niej, ale nikt nie otwiera. Jej sąsiadka mówiła, że od wczoraj się nie pokazała. Brauni zamrugała oczami ze zdziwienia. - Nie rozumiem, przecież zniknęła z portu jeszcze wcześniej niż ja. Powinna już dawno być w domu. - Och, nie martwcie się. Na pewno nic jej nie jest. - Pan Hail skutecznie opanował sytuację. - Jak wrócimy to zadzwonisz do niej, Kochanie. Matka dziewczyny pogłaskała ją serdecznie po twarzy. - Co powiedział lekarz? Ojciec uśmiechnął się i zachichotał. - Powiedział, że to mała kłamczucha i symulantka. - Połaskotał Brauni po bokach wywołując u niej salwę gromkiego śmiechu. Ucieszyła się, że w takich chwilach potrafiła zapomnieć o koszmarze, jaki przeżyła i o przyjacielu, którego straciła na zawsze. Gdyby towarzyszyła jej tylko matka, teraz na pewno byłaby załamana i zamknięta w sobie. W jej rodzinie to ojciec zawsze był motorkiem napędowym i to od jego samopoczucia zależał nastrój i stosunki w rodzinie. Cieszyła się, że znów byli razem, chociaż wolałaby przywitać ojca w inny sposób niż w karetce.

***

Piętro niżej, przy łóżku niewinnie śpiącej Anny siedziała pani Marshall. Trzymała córkę za rękę, modląc się by dziewczyna jak najszybciej odzyskała przytomność. Jej mąż odwiózł wcześniej Chrisa do domu. Kiedy dzwoniła do niego by zapytać o stan zdrowia syna dowiedziała się, że zasnął natychmiast po przyjeździe i do tej pory się nie obudził. Mogła sobie tylko wyobrażać, co przeszły jej dzieci. Wszystko, co wiedziała o katastrofie statku, dowiedziała się od policji. Nie znała dobrze Arthura Whoppera, jednak było jej przykro takiej straty. Inni rodzice na pewno w takich chwilach staraliby się odnaleźć winnego tragedii, ale ona nie potrafiła się na tym skupić, nie widziała w tym najmniejszego sensu. Liczyło się dla niej to, że Chris i Anna żyją. - Mamo? - Anna odezwała się cichutko wyrywając matkę z zamyślenia. Pani Marshall podskoczyła jakby ją ktoś ukłuł ostrą szpilką w siedzenie. - Córeczko, obudziłaś się wreszcie. - Pogłaskała ją czuje, starając się omijać ranę na czole. Nie chciała płakać, ale to było od niej o wiele silniejsze. - Gdzie jestem? - Anna była zdezorientowana, nie udało jej się zrozumieć, dlaczego znajduje się w tym pokoju i dlaczego jest przy niej matka, którą przecież zostawiła w miasteczku. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała zanim się obudziła to, moment, kiedy szła korytarzem, do głównej sali na statku. - W szpitalu, kochanie. - Odpowiedziała matka. - Już wszystko dobrze. Wszystko będzie dobrze. Anna nadal nie rozumiała. Wpatrywała się zdziwiona w zalane łzami policzki matki. W jej myślach zaczął kiełkować niepokój i strach. Zapłakała, choć sama nie wiedziała dlaczego. - Mamo? Co się stało?

***

Pani Mayfield zapukała do drzwi pokoju syna, po czym weszła niosąc w jednym ręku tacę z późnym śniadaniem. Spodziewała się ujrzeć Daniela śpiącego słodko w swoim łóżku, dlatego też zdziwiła się widząc go, siedzącego przed swoim komputerem i grającego z zacięciem w jedną ze swoich gier. Nie zwrócił na nią uwagi, kiedy podeszła i postawiła na stoliku tacę. - Przyniosłam ci coś do jedzenia. Pomyślałam, że jesteś głodny. - Powiedziała, lekko poirytowana obojętnością syna. - Dziękuję mamo, ale naprawdę nie jestem głodny. - Spojrzał na nią na chwilę. Wychwycił jej zmartwiony wyraz twarzy i dodał. - Wszystko ze mną w porządku. Nie musisz się o mnie martwić. - Wiem, syneczku. Ale nie uwierzę, że śmierć kolegi nie zrobiła na tobie żadnego wrażenia. - Pani Mayfield przysiadła wpatrując się w jego oblicze. Przerwał grę i odwrócił się do niej. - Zrobiła, ale na pewno nie tak wielkie jak na Julie czy Brauni. One się z nim przyjaźniły. Mnie zazwyczaj traktował z góry. Co nie znaczy, że się cieszę. To dla mnie nowość. Muszę się chyba do tej myśli i tej sytuacji przyzwyczaić. - Do jakiej myśli? - Podchwyciła kobieta. - No do tej, że Arthura już nie ma i nie będzie. Ale tak to już bywa. Ludzie odchodzą. Nie była pewna czy syn jest w tym momencie szczery, ale nie chciała go dłużej męczyć. Przypomniała mu jeszcze o jedzeniu, po czym ucałowała w czoło. Normalnie Daniel wzburzyłby się w reakcji na ten gest, ale nie tym razem. Pogładził ją po dłoni i uśmiechnął się lekko, a kiedy wyszła z pokoju wrócił do swojej gry, ignorując jedzenie.

***

Dzień w West Point minął zaskakująco szybko. W mieście głośno było na temat wydarzeń z ostatniej nocy. Starano się za wszelką cenę dojść do przyczyn wypadku. Słońce zamierzało już skryć się za oceanem, kiedy Julie wreszcie otworzyła oczy. Wypoczęła przez te kilkanaście godzin. Cieszyła się, że nie miała koszmarów, wręcz przeciwnie. Jej sny były pełne przyjemnych i pięknych rzeczy. Wolałaby się nigdy nie budzić i nie wracać do ponurej rzeczywistości. Jednak nie można spać wiecznie. Uniosła głowę i zobaczyła Presa siedzącego na fotelu przy jej łóżku. Spał z głową przechyloną do tyłu, w ręku nadal trzymał gazetę, którą musiał czytać, podczas gdy ona w najlepsze spała. Zdziwiła się, że przy niej czuwał. - Pres? - Powiedziała cicho by sprawdzić w jak głębokim śnie jest jej kolega, ale widocznie zasnął dość niedawno, gdyż zerwał się przestraszony. Jego wzrok spoczął na Julie. Leżała nadal wpatrując się w niego. Obdarzył ją swym szerokim uśmiechem, poprawiając się na siedzeniu. - Hej, śpiochu. Przespałaś trzynaście godzin. - Powiedział zerkając na zegarek. - Ile? - Liczba, jaką wymienił sprawiła, że złapała się za głowę w szoku. - Chyba nie siedziałeś przy mnie przez cały czas, co? - Nie, nie. - Odparł wstając i rozprostowując zastałe kości. - W twoim płaszczu znalazłem komplet kluczy, w tym kluczy do twojego auta. Przyprowadziłem je tutaj z portu, byś nie musiała tam wracać. - Jejku, jesteś taki kochany. - Usiadła uśmiechnięta na łóżku i spuściła nogi na podłogę. W nogach łóżka zaś zobaczyła w najlepsze chrapiącą Piper. - A co ona tu robi? Julie spojrzała na niego z takim zaskoczeniem w oczach, że Pres nie mogąc się powstrzymać wybuchnął śmiechem, budząc małego psa. - Domyśliłem się, że pozostałe klucze są od twojego domu. Pojechałem do niego i przywiozłem ci kilka twoich ubrań na przebranie, mam nadzieję, że się nie gniewasz. - Wskazał na małą stertę ubrań leżącą na foteliku w kącie. - Najgorzej poszło mi z wyborem bielizny. Na ustach Julie zagościł uśmiech. - Nie chciałem byś wkładała potem na siebie tą kieckę z plamami soli od morskiej wody. A co do Piper. - Wskazał na merdającego ogonkiem psa, łaszącego się do Julie. - Kiedy od ciebie wychodziłem, zatrzymała mnie sąsiadka? Musiałem jej opowiedzieć, co się stało. Musicie się strasznie lubić, bo babcia się popłakała ze wzruszenia. Stwierdziła, ze obecność Piper Ci pomoże. Więc ją zabrałem. Dziewczyna odchyliła kołdrę wstała i przytuliła się do niego. Zrobiła to tak szybko, że Pres nie mógł wydobyć z siebie słowa. - Dziękuję ci. Gdyby nie ty, nie wiem jakbym to przeżyła. - Nie ma sprawy. - Popatrzył na nią, kiedy go puściła. - W końcu, od czego ma się przyjaciół. Uśmiechnął się do niej, po czym zaproponował prysznic. Sam zaś postanowił zejść na dół i przygotować cos do jedzenia. - Czekam na Ciebie w jadalni. - Rzucił wychodząc z sypialni. - Tylko nie uśnij znowu. Julie zaśmiała się, po czym wzięła Piper na ręce i zaczęła ją głaskać po całym wątłym ciałku.

***

Kiedy jej rodzice wreszcie się uspokoili i pozwolili jej odrobinkę od siebie odetchnąć, Brauni postanowiła się odrobinę wyciszyć. Wzięła książkę i cienki kocyk, po czym wyszła na taras przed domem, gdzie usiadła na wielkiej huśtawce, która spokojnie mogłaby pomieścić całą jej rodzinę. Nie mogła się skupić na czytaniu. Jej głowę zaprzątały różne myśli. Zastanawiała się, czemu Julie nie odbiera telefonów i jak się miewa Daniel i Chris. Po piątej nieudanej próbie skupienia się nad tekstem książki, zrezygnowała i odłożyła ją na bok. Wtuliła się w koc i wsłuchała w odgłosy okolicy. Było przygnębiająco cicho. Od czasu do czasu dało się usłyszeć odgłosy śpiewających ptaków, lub warkot przejeżdżającego ulicą samochodu. Jeden z nich zatrzymał się gdzieś w pobliżu. Pomyślała, że ktoś odwiedzał sąsiadów, dlatego tym większym było jej zaskoczenie, gdy za sobą usłyszała czyjeś kroki i głos. - Dzień dobry. - Powiedział spokojnym tonem Nathan Whopper, wchodząc po schodkach na taras domu Hail'ów. Brauni wstała gwałtownie, strącając niechcący książkę z huśtawki. - Panie Whopper. - Wymamrotała próbując opanować nazbyt widoczny szok. - Co pan tu robi? Zmieszał się widząc jej minę, uniósł ręce w pokojowym geście i odpowiedział łagodnie. - Przepraszam. Nie chciałem cię przestraszyć. - Przyjrzał jej się przez chwilę. - Ty musisz być Brauni, zgadza się? - Tak, to ja. - Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, po co tu przyszedł. - Jestem tu, bo chciałem z Tobą porozmawiać. - Zawiesił na chwilę głos, gdy dostrzegł jej rękę w gipsie. - Bardzo mi przykro za to wszystko, co przeżyłaś. Pokiwała głową i zaproponowała, by usiadł z nią na huśtawce. Kiedy już tak zrobili, przestali na siebie patrzeć. Nathan wbił swój wzrok w dębowe deski tarasu i wyjawił jej cel jego odwiedzin. - Wiem z pewnych źródeł, że Arthur spędzał ostatnio w twoim towarzystwie dużo czasu, dlatego też mam do ciebie ogromną prośbę. Brauni postanowiła milczeć i nie przerywać zbędnymi słowami wypowiedzi ojca jej przyjaciela. - Jutro jest pogrzeb Arthura... – Zawiesił głos opanowując jego drżenie. - Chciałem cię prosić byś jako jego przyjaciółka, wygłosiła mowę pożegnalną. Popatrzył na nią. Miał łzy w oczach. Oczach, które już dawno straciły swój blask. Ten człowiek umierał, ale nie fizycznie. Z minuty na minutę umierała jego dusza. Brauni nabrała powietrza. Nie chciała płakać, dlatego była wściekła na siebie, kiedy poczuła łzę płynąca po policzku. - Panie Whopper. - Zaczęła cichutko. - Wiem, że nie było to dla pana proste, by tu przyjść i doceniam to. Ale jeśli mam być szczera... Nie byłam jego najlepszą przyjaciółką. Poznałam go lepiej w ciągu kilku ostatnich tygodni, ale nie na tyle dobrze by opowiedzieć o nim przed ludźmi. - Wiem. - Przerwał jej nagle, domyślając się, co powie. - Jedyną osobą, która mogłaby to zrobić jest ta…Julia. - Właśnie. - Brauni wiedziała, że musiała odmówić. Rozkleiłaby się stojąc przed zebranymi. Znała dobrze Julie i była pewna, że ona nie popełniłaby takiej gafy. - Ale głupio mi jest ją o cokolwiek prosić. Widzisz ja... - Ponownie zawiesił głos by starannie dobrać słowa. - Będąc w porcie, popełniłem straszny błąd. Gadałem straszne głupoty. Dziewczyna zdziwiła się słysząc jak jego głos zaczyna się łamać a łzy spływać po policzkach. - Nie myślałem wtedy, że mogę go stracić. Bardziej martwiłem się o ten głupi jacht niż o moje własne dziecko. - Zaszlochał ciężko. Brauni położyła rękę na jego ramieniu by dodać mu otuchy. - I wtedy Julia na mnie nakrzyczała. Miała rację. Jestem taki głupi. Nie mam odwagi jechać do niej i prosić ją o to, o co właśnie poprosiłem ciebie. - Ona nie jest pamiętliwa, proszę pana. To dobra dziewczyna. Wierzę, że słowa, które usłyszałam od pana, przyjęłaby ze zrozumieniem. Ona sama straciła rok temu swoich rodziców. Spojrzał na nią, uspokajając się odrobinę. - Więc myślisz, że zgodziłaby się przemawiać jutro na pogrzebie? - Jestem pewna, że tylko ona może pożegnać pańskiego syna, mówiąc o nim tak jak na to zasługiwał. Pokiwał głową i wstał, ocierając mokrą twarz, chusteczką. Podziękował jej i odszedł powolnym krokiem do samochodu, odprowadzany wzrokiem Brauni. Zdziwiła się, gdy nagle zawrócił i zadał je pytanie. - Czy przyjedziesz jutro do kościoła Najświętszej Panny, na dziesiątą rano? - Przyjdę na pewno, panie Whopper. Teraz także patrzyła jak odchodził. Kiedy zniknął jego samochód, odwróciła się i spojrzała na leżącą książkę. Jej mama wyszła na taras i popatrzyła na córkę. - Kto to był kochanie? - Pan Whopper. - Odparła nadal zdziwiona całym zajściem. - Pan Whopper? - Powtórzyła jak echo. - A czego ten człowiek od ciebie chciał? - Chciał żebym powiedziała jutro na pogrzebie kilka słów o Arthurze, ale odmówiłam. - Dobrze zrobiłaś. Powinien o to poprosić Julie, a nie ciebie. Pani Hail przysiadła obok córki, podnosząc po drodze książkę. Pogłaskała jej włosy i przytuliła zamyśloną córkę do swojej piersi. - Poprosi, mamo. Poprosi.

***

Julie oparła się o swoje siedzenie, najedzona i wypoczęta. Siedzieli razem z Presem przy stole w jego kuchni i rozmawiali. Dziewczyna wpadła w podły nastrój i coraz częściej myślała o Arthurze, nie pocieszały jej nawet śmieszne uwagi chłopaka i dzikie harce Piper. Sprzątając talerze ze stołu Pres zapytał: - Będąc u ciebie zauważyłem spakowaną walizkę na łóżku w sypialni, na piętrze. Znowu gdzieś wyjeżdżasz? – Dobrze znał odpowiedź na to pytanie, gdyż wcześniej poinformował go o tym Chris. Wolał jednak usłyszeć to od niej osobiście. Julie zamarła nie wiedząc, co powiedzieć. Temat jej wyjazdów był raczej drażliwy, gdyż to przez jeden z nich stracili ze sobą kontakt. - Mam taki zamiar. Chcę wrócić do mieszkania rodziców w Nowym Yorku. Przebywanie w tym mieście i ciągłe gapienie się na szczęśliwego Daniela nie jest dla mnie niczym przyjemnym. A teraz doszedł mi jeszcze jeden powód, dla którego wyjazd ten uważam za konieczny. - Tu masz chyba rację. - Przytaknął, wprawiając ją w zdziwienie. - Ale chyba wrócisz, nie? - Tak! - Odparła szybko. - Przecież za miesiąc zaczyna mi się szkoła. Zapadło miedzy nimi niepokojące milczenie. Kiedy Julie wstała i sprzątnęła resztę naczyń ze stołu usłyszała kolejne pytanie. - Ty naprawdę go kochasz, co? Słowa te dosłownie zmroziły krew w jej żyłach. Stanęła zaskoczona w połowie drogi i patrzyła na Presa. - Mówię o Danielu. - Podszedł do niej uśmiechając się od ucha do ucha, po czym wyjął jej z rąk dwie szklanki. Dziewczyna ocknęła się i otarła ręce o spodnie, które przywiózł z jej mieszkania, wraz z czarnym sweterkiem, bielizną i butami. - Całym sercem i całą duszą. - Odpowiedziała wreszcie, kiedy zbliżyła się do niego. - Ale on chyba jest szczęśliwszy beze mnie. Układa sobie życie z Anną a ja idę w odstawkę. Uciekam...To znaczy, wyjeżdżam by o nim zapomnieć. Zmieszała się i odwróciła wzrok od Presa. - Rozumiem Cię. - Powiedział przytulając ją do siebie. - Masz moje poparcie. Zaśmiała się lekko. - Dziękuję. Rozmawiali jeszcze chwilkę o mało istotnych rzeczach, a potem Julie postanowiła już jechać do domu. Pożegnali się tuląc do siebie. Dziewczyna jeszcze raz podziękowała za wszystko, co dla niej zrobił. Pomachał do niej, kiedy zabrała psa, torbę ze zniszczoną sukienką oraz mały pakunek, który dostała od Arthura i wsiadła do samochodu. Ruszyła powoli w stronę swojego domu.

Zapadał zmierzch, kiedy wjechała na swój podjazd. Otworzyła drzwi by Piper mogła pobiegać po trawniku, jednak sama nie wysiadła. Wzięła do ręki czarne pudełeczko przewiązane białą wstążeczką i wpatrzyła się w nie starając przypomnieć sobie sytuację, w której je dostała od Arthura. Zdjęła delikatnie wstążkę i wreszcie podniosła wieczko, to, co ujrzała, sprawiło, że zalała się łzami ze wzruszenia. Ujrzała srebrny krzyż zdobiony pięcioma bursztynami tej samej wielkości, zawieszony na cienkim łańcuszku. Wyjęła go z pudełeczka i położyła na dłoni. Światło ulicznej lampy odbijało się w kamieniach rzucając delikatne refleksy na skórze dziewczyny. Odwróciła go na druga stronę i ujrzała napisaną małymi literkami inskrypcję. Odczytała ją wytężając wzrok: "Dla mojej jedynej bratniej duszy. Arthur W." Ucałowała klejnocik i zawiesiła go na szyi, gładząc czule. Wysiadła z samochodu rękawem ocierając łzy, Zamknęła go i zamierzała już wejść do domu, gdy nagle przy jej bramie zatrzymał się inny samochód. Przyglądała mu się z zaciekawieniem i zdębiała, gdy zobaczyła, że wysiada z niego Nathan Whopper.

Starszy mężczyzna wszedł na posiadłość dziewczyny wpatrując się w nią i obawiając, że go za chwilę wyrzuci. - Witaj, Julie - Powiedział zatrzymując się kilka metrów od niej. Ona również była zakłopotana, nie żałowała tego, co wcześniej powiedziała, ale tego, w jaki sposób to zrobiła. Odpowiedziała grzecznie na powitanie. - Dziwisz się pewnie, że do ciebie przyjechałem. - Zaczął powoli mężczyzna. - Chciałem z tobą o czymś porozmawiać. Nie była pewna czy miała ochotę na jakąkolwiek rozmowę, jednak nie potrafiła odmówić. - Proszę wejść. - Powiedziała, po czym szybko ruszyła w kierunku frontowych drzwi swojego domu, wołając po drodze Piper.

***

Pani Marshall nadal nie odstępowała córki na krok. Siedziała przy jej łóżku czekając aż lekarze zrobią resztę badań i dadzą córce poleżeć spokojnie. Anna odzyskała w pełni świadomość, której towarzyszył potworny ból głowy. W szpitalu był również Chris i jego ojciec. Zjawili się tutaj przed dwoma godzinami by potowarzyszyć pani Marshall. Teraz obaj siedzieli w szpitalnym bufecie popijając kawę i jedząc kilka kupnych francuskich ciasteczek. Prawie wcale nie rozmawiali. Ojciec zaczął się powoli niepokoić o milczenie syna. Powiedział zaledwie kilka słów od ranka. Domyślał się, że był w szoku, ale tez nie uważał, by zamykanie się w sobie, jak można było określić zachowanie Chrisa, nie było tutaj niczym dobrym. - Synku, co się dzieje? - Zapytał wreszcie, kiedy zauważył, ze Chris ponownie krąży gdzieś myślami. - Wiem, że bardzo przeżyłeś to, co się wydarzyło. Ale nikt nie mógł tego przewidzieć. Wiem też, że przez długi czas nie będziesz chciał mówić o tym, co tam zaszło na statku, i ja to rozumiem. Lecz tłamszenie tego w sobie ci nie pomoże, wierz mi Chłopak spojrzał na ojca i uśmiechnął się kwaśno. - Nie chodzi o to, że ja nie chcę o tym mówić, tato. - Wlepił wzrok w stolik. - Ja po prostu nie pamiętam, co tam się stało. I choć nie wiem jak bardzo bym się starał sobie przypomnieć, to nie potrafię. Nie potrafię. Zalał się łzami. Ojciec widział na własne oczy jak jego syn w ciągu zaledwie dwóch dni przekształcił się z wiecznie wesołego nastolatka w rozbitego człowieka. Położył rękę na jego mokrym policzku i otarł łzy. - Wszystko będzie dobrze syneczku. Może to i lepiej, że nie pamiętasz. Nie staraj się na siłę przywrócić tamtych wydarzeń. Nikt tego od ciebie nie wymaga. Chris nie odpowiedział, siedział ciężko oddychając, jakby cała ta rozmowa była dla niego niesamowitym wysiłkiem. - Tato, chciałbym jeszcze dzisiaj pójść do Julie. Mogę? Pana Marshalla zdziwiło pytanie, które usłyszał. Nie, dlatego czego dotyczyło, ale tego, że Chris już od dawna nie pytał go o pozwolenie by pójść do przyjaciół. Zgodził się niemal bez wahania. - Podwieźć cię? - Nie tato, wolę się przejść. To niedaleko. - Wstał i odszedł od stolika, ale nie tak żwawo jak zawsze to robił. Tym razem szedł powoli jakby z wielkim skupieniem starał się poprawnie stawiać kroki.

***

- Myśli pan, że jestem odpowiednią osobą, by to zrobić? - Spytała Julie, zaraz po tym jak Nathan wyjawił jej cel swoich odwiedzin. Siedzieli na przeciwko siebie przy kuchennym stole. Jak tylko weszli Julie zaparzyła świeżej herbaty i poczęstowała nią gościa. - Tak uważam, zresztą Brauni tez. Byłem dzisiaj u niej, tuż przed przyjazdem do Ciebie. - Jak ona się trzyma? - Spytała dziewczyna odstawiając pusta filiżankę na stół. - Nie widziałam się z nią od momentu, kiedy nas znaleziono. Ma rękę w gipsie, ale poza tym chyba wszystko w porządku. - Powiedział spokojnie rozglądając się po przestronnej kuchni. - Wiem, że powinienem najpierw przyjechać do ciebie, ale bałem się odrzucenia przez to, w jaki sposób się zachowałem w porcie. Julie machnęła dłonią, by nie mówił nic więcej. - To już przeszłość. Ja nie jestem pamiętliwa, panie Whopper. - Tak też powiedziała Brauni. - Uśmiechnął się pierwszy raz tego dnia. Na chwilę udało mu się zapomnieć o stracie, jakiej doznał. - Powiedziała również, że jesteś silniejsza od niej i na pewno nie rozkleisz się przed ludźmi, mówiąc o Arthurze. - Tego nie mogę zagwarantować. - Przerwała mu nagle, patrząc w jego smutne oczy, które na te słowa rozszerzyły się jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki. - Więc się zgadzasz? - Tak. - Odparła bez większego entuzjazmu. - Tylko tak mogę się z nim pożegnać. Tylko tak mogę sprawić by ludzie przestali brać Arthura Whoppera za drania bez skrupułów. Ci, co tak sądzą są w wielkim błędzie. Nathan zwiesił głowę, czując, że te słowa tyczyły się również i jego osoby. - Ja sam tak naprawdę go nie znałem, Julio. Mimo, iż był moim jedynym dzieckiem, jedynym krewnym. - Prawdziwy Arthur zawsze ukryty był pod zewnętrzną skorupą gburowatości i zadufania w sobie. Życie nauczyło go być takim człowiekiem. Nie ukrywam, że wiem, jakim ojcem był pan dla niego, nie będę też tego potępiać. Tak samo jak nie potępiał tego pański syn. Spojrzeli na siebie. Julie dostrzegła zdziwienie w oczach Nathana Whoppera. Jego wyraz twarzy wręcz błagał, by mówiła dalej. - Pańską oziębłość wobec niego zawsze tłumaczył, cierpieniem, jakiego niewątpliwie doświadczył pan po stracie żony. Przestał pan wierzyć w dobro i poświęcił się pracy nie oglądając się i nie zważając na innych, zapominając, że przecież ma pan jeszcze syna, któremu ta miłość rodzicielska była w tamtym okresie bardzo potrzebna. Mężczyzna zapłakał, odwracając twarz od dziewczyny. - Nie potrafiłem zapomnieć obrazu żony w dniu jej śmierci. Chciałem pamiętać Eleonor taką, jaką była za życia, a zdołałem jedynie zapamiętać jej zimną schorowaną twarz. To prawda, że nie wierzę już w dobro. Ta wiara umarła gdzieś we mnie wraz z jakimikolwiek pozytywnymi uczuciami. - Nie, nie umarła. - Julie przerwała chwytając go za rękę. - Nie, jeśli pan tu przyszedł. Tak samo jak Arthur, kryje się pan pod grubą skorupą obojętności. Tkwił pan w niej zamknięty przez wiele lat i wreszcie dzisiaj zaczął pan powoli się z niej wydostawać. Szkoda tylko, że potrzebował pan do tego takiego bodźca. Zamilkli oboje. W Kuchni zapadła cisza, którą od czasu do czasu przerywało ciche chlipanie starszego mężczyzny. - Pański syn, czy tego chciał czy nie, bardzo był do pana podobny. Pokiwał głową, po czym wyjął swoją chusteczkę i otarł łzy wzdychając ciężko. - Może pan być spokojny. Będę jutro przy panu i pożegnam Arthura tak jak na to zasługuje. A potem, kiedykolwiek będzie pan chciał z kimś porozmawiać, moje drzwi zawsze będą dla pana stały otworem. Proszę mi obiecać, że zrobi pan wszystko by rozbić tą skorupę, która pana otacza. Dobrze? - Obiecuję. - Wstał i przytulił ją do siebie, co zaskoczyło nie tylko ją, ale także i jego samego. - Dziękuję, Julio. - Niech mi pan mówić "Julie", tak jak wszyscy moi przyjaciele. - Uśmiechnęła się do niego. Pożegnał się z nią i wyszedł z domu. Zostawił ją stojącą w drzwiach i patrzącą jak odjeżdża. Pomachała mu i już miała wejść do środka, gdy dostrzegła przykuloną postać idąca po drugiej stronie ulicy. Niemal natychmiast rozpoznała w niej Chrisa. Krzyknęła do niego po imieniu, a gdy on w reakcji podniósł głowę szybko zbiegła po schodkach i wybiegła na ulicę. Wtuliła się w niego i poczuła, że cały się trzęsie jak galareta. Spojrzała na niego. Chciała powiedzieć jak bardzo tęskniła i martwiła się o niego, ale zapomniała o tym widząc wyraz jego twarzy. - O mój Boże. - Jęknęła dostrzegając ślady łez na policzkach. - Co ci się stało? Chris milczał. Patrzył na nią i znów zapłakał. - Chodź do mnie. - Rzuciła i pchnęła go lekko w stronę…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Odnaleźć Siebie: Część II - Swoje Miejce Na Ziemi — czytnik · opowiadania