Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Erotyka · 6 min czytania

Odpływ

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przez siedem dni czekałem na Ciebie. Przez cały tydzień oczekiwałem wieści mogącej zaświadczyć, że Ty naprawdę istniejesz… Morze wkradało się nocami w wąskie przesmyki wyżłobione podstępnie przez sztormowe fale. Poszarpana linia portowego nabrzeża usiana była truchłami obumarłych dźwigów. Nie mogąc odnaleźć snu, włóczyłem się wzdłuż opustoszałych doków niczym bezrobotny spawacz. Poszarzałe rybitwy wiodły nad moją głową odwieczny spór o wyrzuconą na brzeg flądrę. Niedziela zastała mnie na wydmach, gdzie rozpamiętywałem Twój zapach, ciężki i korzenny. Nurzałem dłonie w piasku aż po wykręcone reumatyzmem tęsknoty nadgarstki. Jakbym z jego ziaren odczytać umiał jakąkolwiek wróżbę… Po tygodniu dopiero zrozumiałem, że zabrała Cię fala odpływu, daleko, aż na przeciwległy brzeg. Nigdy nie przestanę użalać się nad sobą. Nigdy też nie będę umiał przynależeć nikomu innemu tak naprawdę. Pożałowania tylko godny, jak morszczyn wdeptany w linię brzegu. Wszystko to odbyło się tak niepostrzeżenie, że nie jestem w stanie odnieść się do Twojego zniknięcia z cichą nawet akceptacją. Wyobraźnia podsuwa mi obrazy, których przechowywanie w pamięci choćby i latami nie byłoby uciążliwe i przykre, mimo ich ostatecznego zabarwienia. Gdy przymykam zmęczone wypatrywaniem Ciebie oczy, widzę okrętowy kadłub, porośnięty bokobrodami alg. Nieco powyżej linii zanurzenia widnieją białe plamy morskiej soli, nieregularne i brzydkie, jak wapienne wykwity na starannie wymurowanej klinkierowej ścianie. Woda wypełniająca kanał portu, zielonkawa i cuchnąca popłuczynami okrętowej zęzy, kołysze leniwie przepastnym brzuchem pasażerskiego pięćdziesięciotysięcznika. Nie muszę wspinać się na palce, by dojrzeć trap. Natura obdarzyła mnie ponadprzeciętnym wzrostem, śledzę więc ponad głowami innych jak krząta się załoga, odrzucająca warkocze cum i przenosząca w głąb ładowni ostatnie pakunki. Zgromadzeni na brzegu wymachują tym, co kto ma pod ręką. Idą w ruch chusty i chusteczki (nawet te jednorazowe, śnieżnobiałe i rozsiewające woń eukaliptusa, różanych płatków, bądź mięty), parasolki i parasole, zdjęte na chwilę damskie rękawiczki i osławione moherowe kapelusze. Ludzie przekrzykują się wzajemnie, szlochają ze wzruszenia, co wrażliwsze kobiety zalewają się łzami. Nie ja. Ja trwam w bezruchu, czekając. Może zrezygnowałaś? Rozmyśliłaś się? Odsprzedałaś bilet komuś, kto znalazł się w gwałtowniejszej od Twojej potrzebie? Może nie będzie nas dzielić bezkresna, oceaniczna pustka? Nadzieja na to sprawia, że nie czuję zimnego podmuchu,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Odpływ — czytnik · opowiadania