Przyjaźń · 9 min czytania
Odrobina ciepła
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
-Nie ma jej? -Nie. Kiedy byłem mały, lubiłem godzinami rzucać kamyczki do stawu, z nadzieją, że któryś z nich nie utonie. Teraz sam czułem się jak wielki, nikomu niepotrzebny tonący kamień. -Nie wchodzę tutaj. -Masz racje, ja też się stąd ewakuuje, do diabła z takimi ostatkami-powiedział Rudy Najwyżej spędzę ten wieczór w domu, pozostanie w tym miejscu, nie mogło przynieść mi nic dobrego. Ta impreza była pozbawiona szans, żadnych apelacji, żadnych dogrywek i baraży. -Może to i dobrze, przynajmniej obejrzę mecz.-usłyszałem -Racja, napijemy się chociaż dobrego piwa. Spojrzałem na twarz mojego przyjaciela, która się rozjaśniła, ale: -Nie chcę mi się nigdzie iść, z tego cholernego miejsca jest zbyt daleko. Rozumiałem jego wątpliwości, 10 stopniowy mróz, świeży śnieg trzaskający pod stopami i wiatr unoszący jego tumany był drobnym zniechęceniem. Szliśmy rozmawiając i nagle zauważyliśmy coś dziwnego. Człowiek mocno zaciśniętymi rękoma trzymał się ogrodzenia, przechylając się na wszystkie strony. -Cholera nie wiedziałem, że tak wieje. -No, dziesięć w skali Beauforta, zanosi się na niezły sztorm, zapnij dobrze sztormiak i nie sikaj pod wiatr. Parę razy próbował przejść parę kroków nie dotykając siatki, ale za każdym razem kończyło się to upadkiem. Minęliśmy go spokojnie popijając piwo. Mówi się, że telewizja otępia, sprawia, że ludzie stają się mniej wrażliwi, ale to wszystko kłamstwo. W tej chwili wszelkie statystyki dotyczące zamarznięć, stanęły nam przed oczami. Wiedziałem, że na mrozie i porywistym wietrze, stary człowiek w kiepskim i porozpinanym ubraniu, który nie jest w stanie przejść dwóch metrów, za kilka godzin, stanie się historią. Byłem pewien, że nikt wcześniej ktoś się zjawi. W takich sytuacjach nikt się nie zjawiał, zaś właścicielom domu, przed którym odbywał się chocholi taniec, przykro zrobiłoby się dopiero rano. Nawet moja mama, ma kategoryczne poglądy w tej sprawie, pomożesz wstać pijakowi a on wróci bić swoją żonę i dzieci. Przeszliśmy ładny kawałek, zanim zawróciliśmy. -Jeśli dasz mi skończyć piwo, jestem w stanie zrobić mu nawet sztuczne oddychanie -powiedziałem Rudemu. Przesadziłem. Mężczyzna był w gorszym stanie niż przypuszczaliśmy, rozpięty rozporek i randomicznie pozapinana koszula, pod rozmamłaną kurtką świadczyły o tym dobitnie. Z braku pomysłu postanowiliśmy iść z nim w kierunku, do którego podążał, tak bardzo podobny w swej drodze do podtopionego statku podczas sztormu. Musieliśmy wziąć go pod ramię, z trudem przełamując obrzydzenie. Ten człowiek po prostu śmierdział nie do wytrzymania. Nagle zrobił jakiś gwałtowny ruch i zawartość jego torby się wysypała. Moja mama miała racje, mówiąc, żebym zawsze zabierał ze sobą rękawiczki, zbieranie kawałków węgla gołymi rękami, nie należało do przyjemności. „Starczy mu na zaledwie kilka dni oszczędnego palenia”- pomyślałem. Na szczęście w mieście takim jak to, jego „zdobycie” nigdy nie nastręczało trudności, pamiętam, że kiedy byłem mały, byłem bardzo zdziwiony, dlaczego panowie w lesie biegają z kanistrami na benzynę. Moja miejscowość, jeśli wierzyć opisom Londona była jak San Francisco przed trzęsieniem ziemi, z chirurgiczną precyzją podzielona przez tory. Spróbowaliśmy nawiązać rozmowę z naszym podopiecznym. Rudy zadając z upiorną konsekwencją to samo pytanie: -Gdzie do cholery pan mieszka?, zdołał w końcu uzyskać efekt, w który nie wierzyłem. Przypomniałem sobie moją pierwszą przyjaciółkę, z którą się wychowywałem, wrażliwą, radosną dziewczynę, karmiącą wszystkie bezpańskie psy. Jego ojca chciałem pamiętać, jako niskiego, ale muskularnego mężczyznę, mówiącego za głośno, o nienaturalnie czarnych włosach. Niestety dziś wszyscy myślą o nim jako o małym, skurczonym alkoholiku o czerwonej twarzy, który snuł się po osiedlu, zanim umarł typową śmiercią dla takich jak on, pijąc skażony alkohol. Pamiętam, że kiedy po kilku latach dziewczyna mogła wraz ze swoją matką wrócić do ich własnego mieszkania, zmieniła się nie do poznania. Ukrywała twarz w długich rozpuszczonych włosach, nie mówiła dużo i rzadko się uśmiechała. Nienawidziłem jej, ojca za to, co musiała przeżyć jego rodzina, za to, że odebrał mi przyjaciółkę, kiedy była mi najbardziej potrzebna. Ponownie poczułem nienawiść. Czystą i niczym nieskażoną, która podsuwała mi ewentualność zostawienia go na pewną śmierć, która mówiła mi, że to mogłoby być dobre rozwiązanie tej sytuacji. -A jeśli on ma żonę i dzieci?-zapytałem.…