Fantastyka · 17 min czytania
Odrodzenie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Wiktoria...nazwali mnie tak chyba dla żartu!” - płynące po policzkach łzy mieszały się ze spadającymi z nieba kroplami. Przez głowę przemknęła mi myśl, że to trochę tak, jakby ON również płakał. Rzuciłam krótkie, przepełnione rozgoryczeniem spojrzenie w niebo. Ciemny sufit, złożony z chmur przywodzących na myśl nieco poszarpaną watę, tworzył szczelną zasłonę przed jakimkolwiek, choćby najlichszym promykiem zachodzącego słońca. „Żadnego światła...– z moich płuc wydarł rodzaj śmiechu bardziej pasujący do osoby obłąkanej aniżeli do raczej niewyróżniającej się spośród tłumu dziewczyny. –...Ani na zewnątrz ani wewnątrz...” Wpiłam palce jeszcze głębiej w rozdzianą już z pogrzebowych wiązanek, cmentarną ziemię. Ścisnęłam jej garść z taką siłą, że moje kostki stały się kredowobiałe. Ciężki zapach działał niby narkotyk... oszałamiał...osłabiał zmysły... Jedną dłonią przeorałam przyczepiającą się do skóry, mokrą masę. Zdaje mi się, iż podświadomie żywiłam jakąś irracjonalną nadzieję, że zbliży mnie to do leżącej dwa metry niżej Laury. Wydobywające się z moich oczu strumienie wezbrały na sile. Nie przejmowałam się tym, iż ktoś mógłby mnie dostrzec. Laura...jedyna osoba, dla której mogłabym skoczyć w ogień...Ona zrobiłaby dla mnie to samo... Wiem o tym, ponieważ bez trudu dało się to zauważyć w setkach jej SMS-ów, rozognionych spojrzeń, gorą- cych zapewnień szeptanych malinowymi wargami... Wszystko adresowane właśnie do mnie... Czułam jej oddanie podczas każdego uścisku, pocałunku...Zwykle nie jestem w stanie nigdy zaufać drugiemu człowie- kowi do końca...lecz dla niej mimowolnie uczyniłam wyjątek...A po tylu zawodach chciałam, by serce stało się zimne!...Nie udało się... Nie ma jej już od prawie miesiąca, a mnie wciąż się zdaje, jakby oznajmiono mi o jej śmierci dopiero przed chwilą. Czas leczy rany? To kłamstwo!...Została potrącona przez samochód. Sprawca nieznany...Odjechał, zostawiając ranną dziewczynę na poboczu...Pewnie nawet nie pomyślał jak musiała cierpieć! Przez kilka godzin leżała na brudnym asfalcie...Podobno przez jakieś dwie godziny jej życie upływało wraz z krwią...Ona to czuła! Wiedziała!... Gdy znaleziono Laurę, jej martwe, orzechowe spojrzenie zwrócone było w kierunku „świątyni dumania”. Właśnie w pobliżu tego miejsca najbliższa mi osoba zakończyła wędrówkę. Sacrum Laury - niewielka polanka, zewsząd otoczona drzewami. Na jej środku posępnie pochylała się złamana wiekiem wierzba. To właśnie pod nią moja towarzyszka przesiadywała najczęściej, nierzadko w towarzystwie szkicownika...Oraz oczywiście moim...Nieraz wspominała, iż czuje z tym drzewem swoistego rodzaju więź. Zawsze nasuwało mi się wtedy skojarzenie z Kochanowskim i jego lipą. „Świątynia dumania” była naszą małą tajemnicą. Choć wiem, że teoretycznie niewiele się tutaj zmieniło, rośliny oraz zwierzęta żyją zgodnie z wystukiwanym przez pory roku ryt-mem, miejsce to sposępniało w moich oczach. Świergoty ptactwa stały się nokturnami. Krople rosy – łzami. A tak umiłowana przez Laurę wierzba? Stara płaczka, lamentująca nad nazbyt rychło zgasłą świecą...A pomimo tego przychodzę. Siedzę tam, gdyż, zdaje mi się, jakby jakaś część Laury również tam była. Niemal od rana do wieczora stąpam od polanki do grobu na kształt tego tułacza, nie potrafiącego znaleźć swego miejsca...Nieraz zdarzyło się, iż opuściłam przez to szkołę...Matka jest na mnie wściekła...Jednak teraz...nie obchodzi mnie to. Zgodnie z przyrzeczeniem, nigdy nie wspominałam o „świątyni dumania” nikomu. Nawet mojej dawnej powierniczce wszystkich sekretów. Nierzadko musiałam znajdować jakieś wymówki, by czasem nie dowiedziała się, gdzie, zwłaszcza w ostatnim czasie, spędzam nieraz po parę godzin dziennie. Sylwia – człowiek kiedyś nazywany przez mnie przyjacielem, ale teraz słowo to jest już dla mnie puste. Niczym skorupka bez orzecha w środku. Na zewnątrz wszystko niby w porządku, jednak brak już czegoś, co powodowało, że dziewczyna ta mogła być uznana za moją bratnią duszę. Gdy początkowo zaczynałam widzieć wszystkie niedociągnięcia dawnej powierniczki, zdarzało mi się, iż przyrównywałam ją w myślach do modlącego się tłumu, chcącego pomóc Karusi – intencje zacne, jednakże skuteczność mizerna...Dopiero niedawno spadło mi z oczu bielmo; dostrzegam wszystkie jej słabości z jeszcze większą aniżeli niegdyś wyrazistością. Teraz wreszcie jestem w stanie zobaczyć, że dla mej niegdysiejszej przyjaciółki najważniejszy jest własny interes! „Boże chroń mnie przed przyjaciółmi. Z wrogami sam sobie poradzę!” – ta dość nietypowa sentencja, albowiem wypisana na murze obok wulgaryzmów, zdaje się nie być pozbawiona sensu... Często prosiłam GO słowami zacytowanej maksymy...Ale nie udzielił protekcji... – Oni kłamią! Nie jesteś miłością! – od rozdzierającego krzyku zaczęło drapać mnie w boleśnie ściśniętym gardle. Chorobliwie rozdygotane dłonie zerwały maleńki srebrny krzyżyk, z wściekłością rzucając go w błoto. W tej chwili gwałtownie zaczęło napływać tysiące myśli. Uderzały o siebie z głośnym pluskiem, łączyły się, przeplatały...aż piana bryzgała na wszystkie strony... „Nie ma sprawiedliwości...Życie...Marność... Chcę, ale nie jestem w stanie...Zmienić... To...” – Jest możliwe – alternatywne zakończenie zostało wypowiedziane przez jakiś nieznany mi głos, kojarzący się z chłodnym aksamitem o czarnej barwie. Drgnęłam zaskoczona. Odwróciłam się gwałtownie. Płynące po moich policzkach potoki przyschły. Ujrzałam postać przecudnej urody. Odziana była w mocno dopasowany do atrakcyjnego ciała czarny płaszcz wykończony wężową skórą. Jarzące się na kształt węgli oczy, mimo, iż częściowo przysłonione długą kurtyną złocistych pasm, zdawały się wypalać moje szkliste spojrzenie. Wprawdzie przybysz przypominał człowieka, jednak intuicja podpowiadała mi, iż stojący przede mną osobnik raczej nie zalicza się do gatunku ludzkiego. Nieznajomego otaczała bliżej nieokreślona złowieszcza aura. Złocistowłosy zasiał w moim sercu obawy...lecz z drugiej strony zdawał się być tak niezwykle pociągający...Miałam ochotę jednocześnie uciekać i rzucić się w jego ramiona. Dziwne uczucie...Na dodatek odnosiłam nieprzyjemne wrażenie, iż przybysz chyba czytał w moich myślach...Tak, wiem...To było jeszcze bardziej irracjonalne, ale mimo to... „Nie...to nie może być człowiek...” Monotonne szemranie deszczu po raz kolejny zostało zagłuszone – tym razem przez dźwięczny, kryształowo czysty śmiech; tak samo zimny jak wymieniony przeze mnie minerał. Zadrżałam. I to bynajmniej nie z powodu całkowicie przemoczonego ubrania! Już wiedziałam, co będzie mnie prześladować po nocach! O ile oczywiście ich doczekam! – Dobry tok rozumowania – krwistoczerwone wargi uformowały się w uśmiech, który jednak nie wywoływał moich nazbyt pozytywnych emocji. Wyczułam w nim trochę jakby szyderstwa...ironii...może pogardy...albo nawet wszystkiego naraz...sama do końca nie jestem pewna... Jedno z moich przypuszczeń – początkowo maleńkie ziarenko – poczęło szybko kiełkować, stopniowo przeobrażając się w pewność, jednakże starałam odrzucić ów nasuwającą się konkluzję... Zaczęłam odsuwać się od przybysza. Moje serce tłukło się niby przerażony ptak w klatce. „Przecież nie może to być prawda! To nie jest „Faust” czy jakieś podanie ludowe o rybaku lub panie Twardowskim! Nie jestem Małgorzatą! Mam na imię...!” – Wiktoria. Przecież wiem – zaczął iść w moim kierunku...Nie! Zaraz! ON nie szedł! To znaczy niezupełnie...Jego stopy zdawały się w ogóle nie dotykać ziemi! Chciałam jak najszybciej zerwać się na nogi, uciec jak najdalej... Nagle poczułam straszliwe zimno, ogarniające moje ciało...paraliżujące każdą jego część ...uniemożliwiając nawet najnieznaczniejszy ruch. – ON ci nie pomógł. Nawet mimo twych próśb – pochylił się nade mną, ujął za podbródek, po czym...niemal czułym gestem otarł parę kolejnych pereł, powoli sunących mi po policzkach. – Ja mogę to uczynić. Niecodzienny chłód począł opuszczać moje ciało. Otworzyłam oczy jeszcze szerzej. Moją głowę zaczęły bombardować myśli, że ta scena zdaje się być wyjęta z fragmentu jakiejś książki, filmy, gry lub czegoś podobnego! Oczy złotowłosego rozjarzyły się jeszcze bardziej. – To rzeczywistość. Mam ofertę. Dam ci siłę. Wreszcie ułożysz swoje życie. Tego właśnie chcesz– zbliżył bladą twarz jeszcze bardziej. – P-przec-cież n-nigdy n-nie p-prop-ponuj-jesz n-nicz-czego z-za d-darm-mo... – w moim umyśle panował coraz większy chaos. Ponownie miałam okazję…