Fantastyka · 27 min czytania
Odrodzona
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
To zadziwiające, jak wiele zmieniło się w ciągu kilkunastu miesięcy. Proces nie miał w sobie nic z historyczności. To się stało nagle. Świetnie prosperujące i rozwijające się mocarstwo, jakim były Stany Zjednoczone upadło. Wewnętrzna zgnilizna opanowała cały organizm i światowa potęga zawaliła się niczym domek z kart. Znane firmy upadły, banki zbankrutowały, dolar zdewaluował się a bezrobocie przekroczyło zawrotną liczbę kilkudziesięciu procent. Zapanował głód. Wyłączono prąd, dopływ gazu, z miast przestano wywozić śmiecie. Zaczęły szerzyć się epidemie. Kraj ginął i nic nie mogło powstrzymać jego śmierci. Znani światowi ekonomiści i specjaliści od polityki szukali przyczyn takiego stanu rzeczy. I nie mogli znaleźć. W miastach rządził terror i strach. Niewinne wyjście na ulicę groziło śmiercią: nawet w biały dzień i za nic. Nastąpiła fala emigracji. Większość ludzi próbowała uciekać do Polski. Polska po wielu latach okupacji przeróżnych sąsiadów i przyjaciół pod koniec dwudziestego wieku odzyskała wreszcie suwerenność i zakwitła. Niczym strzała wypuszczona z kuszy ostro pomknęła w przyszłość. Zaczęto wydobywać bogactwa naturalne, których eksploatacji zabraniano z różnych powodów. Dzięki bogactwom zmartwychwstał przemysł i jak na niedoszłego nieboszczyka poczynał sobie śmiało. Zdychające rolnictwo udźwignęło się i też ruszyło do przodu. Ale wszystko było zasługą ludzi, utalentowanych nieskorumpowanych ludzi, którzy do tej pory musieli głęboko ukrywać swoje zdolności. Takie napływały informacje. I coraz więcej osób marzyło o odlocie do Polski. Byłem nielicznym szczęśliwcem, który otrzymał pozwolenie wyjazdu. Z wizą do Polski nie było kłopotów. Otrzymywali ją wszyscy. Problem zaczynał się przy otrzymaniu pozwolenia opuszczenia terytorium Stanów Zjednoczonych. Tysiące ludzi oblegało niewielki budynek. Każdego dnia przyjmowano setki osób, a tylko kilku wychodziło z uśmiechem na twarzy. Siedziałem na lotnisku. Dzięki oszczędnościom zostałem przetransportowany bezpiecznie. Do odlotu samolotu pozostała godzina. Cieszyłem się. Za sześćdziesiąt minut miałem wystartować do Eldorado, o którym wszyscy marzyli. Na tę dziewczynę od razu zwróciłem uwagę. Zachowywała się wyzywająco: podchodziła do czekających i zaczepiała ich. Nie wiem, czego chciała, ale widziałem, że każdy rozmówca usiłował się jej pozbyć. Była młoda, ładna i zgrabna. Ubrana w czarną mini skórzaną spódniczkę, buty na wysokim obcasie i czarną koszulkę. Wyglądała jak bohaterka komiksów. I była wymalowana. Jak prostytutka. Skierowała się w moją stronę. I uśmiechała się. Zaciekawiony czego chce czekałem, ale otworzyły się drzwi dla personelu i wyszedł stamtąd pilot. W stopniu kapitana. Dziewczyna momentalnie zawróciła i ruszyła w jego stronę. Też go zaczepiła. Rozmawiali chwilę. Lotnik był młody. Dziewczyna cały czas mówił. Gdy skończyła, kiwnął głową. A więc zgodził się. Z uwagą śledziłem ich poczynania. Tylko ja. Reszta podróżnych a była ich garstka, przysypiała. Kapitan odszedł a dziewczyna została. Chwilę stała uśmiechając się, po czym powoli ruszyła przed siebie. Wstałem i poszedłem za nią. Korytarz był długi i prawie pusty. Dziewczyna szła powoli. Udając, że czytam rozkład lotów obserwowałem ją. Zatrzymała się przed toaletami dla personelu, rozejrzała, po czym błyskawicznie otworzyła drzwi i zniknęła. Podszedłem tam. Dziewczyna weszła do męskiej toalety. Domyślałem się, w jakim celu. Ale chciałem wiedzieć na pewno. Bezszelestnie otworzyłem drzwi. Zamarłem. Panowała cisza. Wydało mi się, że uległem złudzeniu: dziewczyna weszła w inne drzwi. I wtedy usłyszałem szmery. Dochodziły z ostatniej kabiny. Oni tam w tej kabinie … kochali się. Ale co mnie to mogło obchodzić? Zawsze byłem zwolennikiem wolnej miłości, niezależnie od wieku, płci, czasu i miejsca. Cichutko ulotniłem się z toalety. Do samolotu wsiadłem pierwszy. Wiedziałem, że poleci nas najwyżej dziesięć osób. Tyle dawano mniej więcej pozwoleń. Bałem się, że w każdej chwili mogą odwołać lot. Takie przypadki zdarzały się. Przyczyną był brak paliwa. Czułem też strach z innego powodu: wydawało mi się, że do paliwa mogą dolać wody, samolot wystartuje i w pewnym momencie na wysokości jedenastu tysięcy metrów nie otrzyma odpowiedniej ilości „pożywienia”, silniki zakrztuszą się i runiemy w dół. Ale nie miałem innego wyjścia. Chodziły słuchy o odwołaniu lotów do Polski, a to z tej przyczyny, że coraz mniej osób dostawało pozwolenie na wyjazd. Czekają na odlot rozmyślałem. Wrócił obraz z przeszłości, kiedy też odlatywałem, tylko że z Polski. Z przyczyn ekonomicznych: nie miałem pracy, nie miałem gdzie mieszkać, nie miałem co jeść. Przez te lata wiele się dorobiłem, by nagle jednego dnia wszystko stracić. Siedząc teraz w samolocie poczułem się tak samo jak wówczas. Znowu startowałem ku lepszemu z bagażem nadziei. Gdy samolot ruszy, ucieszyłem się. Siedziało nas jedenaście osób rozsianych po olbrzymim wnętrzu Boeinga. Napawałem się oddalającym pejzażem okolic lotniska, gdy nagle otworzyły się drzwi kabiny pilotów i wyszła stamtąd … dziewczyna, ta sama, którą obserwowałem czekając na start. W samolocie było tyle wolnych miejsc a ona usiadła obok mnie. Miała na imię Kasandra. Była metresą Szefa. Szef rządził Polską: mądrze i sprawiedliwie. Uniosłem brwi do góry. A ty, kim jesteś – spytało cud dziewczę, o której nie wiedziałem, co myśleć. Odparłem, że biznesmenem będącym na rekonesansie gospodarki amerykańskiej. Chciałem naocznie zorientować się, jaki jest jej faktyczny stan. To była ruina. Tak jej odpowiedziałem, co było oczywiście bzdurą. Ale jeżeli ona była metresą Szefa, to ja mogłem być multimilionerem. W każdym razie przelot minął szybko, mile gawędziliśmy, a w Warszawie Kasandra wręczyła bilecik z numerem telefonu. Gdy będziesz miał problemy zadzwoń, szepnęła i zniknęła. Do odprawy celnej ustawiłem się ostatni. Zresztą było nas tak niewielu a odpraw celnych kilkanaście, więc po wyjściu z samolotu zaraz znalazłem się przed promiennie uśmiechniętą dziewczyną, której podałem paszport. -A wiza – spytałem, bo momentalnie oddała paszport nie przybijając żadnej pieczątki. -Och – westchnęła. –Nie bawimy się w tego typu formalności. Wiza? Może pan przebywać ile pan chce na terytorium naszej Odrodzonej. -Więc ktokolwiek tu przyjedzie może zostać na zawsze? – Spytałem lekko skonsternowany. -Oczywiście – wydała się być zdziwiona, po czym nacisnęła przycisk stojącego przed nią komputera. –Ach, rozumiem! Pan wyjechał stąd dawno temu – patrzyła na monitor. –Pan nic nie wie. Jesteśmy teraz stuprocentowo wolnym krajem. Każdy jest mile widziany. A … rodak tym bardziej. -Ale … -Wiem. Pan zmienił obywatelstwo. Ale to szczegół. Gdyby pan chciał powrócić do dawnego obywatelstwa, Szef nie będzie robił żadnych trudności. Każdy obywatel w Odrodzonej jest potrzebny. Każdego dnia przyjmujemy setki obcokrajowców, którzy chcą zmienić obywatelstwo. Cieszymy się z tego powodu. Gdy chce tego nasz rodak, radość jest podwójna. -Ale … to nie jest takie proste – przypomniałem sobie ile kosztowało to w Ameryce: pieniędzy, zachodów, zdrowia. -To formalność – rzekła radośnie dziewczyna. –Kwestia kilku minut. -Ale … -Tak. Wiem. Ale jak już powiedziałam, jesteśmy krajem wolnym. I każdy, kto jest u nas też jest wolny. Może stać się, kim chce i robić, co chce o ile to nie zagraża wolności innej jednostki. -Więc mogę zmienić obywatelstwo? -Chce pan? -… -Nikogo do niczego nie zmuszamy. Proszę się zastanowić. Na wszystko jest czas. A teraz? Radziłabym iść panu do Lotniskowej Kasy i uregulować sprawę finansów. Podziękowałem i ruszyłem. Mój umysł został lekko skołowany. Spodziewałem się wielu zmian, ale nie aż takich. Lotniskową Kasę znalazłem bez trudu. Siedziała tam młoda dziewczyna tak wdzięcznie wyglądająca, że bez wahania podszedłem. -Czy mógłbym zamienić dolary na …? – Nie miałem pojęcia, jaka waluta obowiązuje teraz w Polsce. -Na wałęsy – odpowiedziała dziewczyna. -O właśnie! -Oczywiście. Tym bardziej, że za dolary nic pan teraz nie kupi. Dolary skończyły się. Teraz króluje wałęsa. To na cześć pierwszego, który zapoczątkował te zmiany. Myślę, że wałęsa wyprze wkrótce dolara całkowicie – mówiła stukając dane na komputerze i przeliczając dolary, które podałem. -To będzie trzysta jedenaście wałęsów i osiemdziesiąt dwa kuronie. -Czy to dużo? -Och, dużo – odparła dziewczyna. –Ja tygodniowo zarabiam około trzydziestu wałęsów. To jest bardzo dużo. Za dwa kuronie można zjeść dobry obiad! – Powiedziała i położyła przede mną trzy banknoty, wielokolorowe z potężnym popiersiem faceta z wąsami do klatki piersiowej. –A to ekstra – dodała jeszcze jeden taki banknot. –Od Szefa. To dar! Dla wszystkich pokrzywdzonych przez Polskę … kiedyś. -Ale … -Wiem. Niech pan bierze. To nie jest jałmużna. Zdajemy sobie sprawę, że krzywd wyrządzonych nic nie naprawi, ale … to jest taka drobna rekompensata. Gdyby pan miał jakieś kłopoty, proszę zwrócić się do Towarzystwa Pomocy Potrzebujących Rodaków. Finansowo na pewno wesprą pana. -Nie mam rozeznania gdzie się zatrzymać – wydusiłem z siebie nurtujący problem. -Polecam hotel „Jaruzelski”. To najlepszy hotel wybudowany właśnie dla powracających. Tani i ekskluzywny. -Dziękuję pani. Taka pani uprzejma. -To moja praca – uśmiechnęła się. Wyszedłem na zewnątrz. Nie poznawałem Warszawy. Było czysto jak nigdzie indziej. Tym bardziej, że wracałem z Nowego Yorku, gigantycznego wysypiska śmieci. Szybko znalazłem postój taksówek, gdzie czekał jedynie czerwony mercedes. Delikatnie zapukałem w szybę. Kierowca otworzył drzwi i z szerokim uśmiechem zaprosił do środka. -Do hotelu „Jaruzelski” – wystękałem. -Pan z … Ameryki – zauważył ostro ruszając. -Skąd pan wie? -Wszyscy byli jankesi jadą od „Jaruzelskiego”. To dobry hotel. Ja tam pracuję, więc wiem. Pan na stałe? -Nie wiem jeszcze. -Z tego, co widzę, nikt, kto tu przyjechał nie chce wracać. Co tu się dzieje? Kiedyś wszyscy stąd uciekali. A teraz? Mekka! Ale Szef mówi, że wszyscy są potrzebni. -Ten wasz Szef to dobry człowiek. -Mądry i sprawiedliwy – sprostował kierowca, po czym dodał: -Jesteśmy na miejscu. Nawet nie zauważyłem, że zatrzymaliśmy się. -Ile? -Nic – odparł swobodnie. -Jak to? -No … ja miałem kurs spod „Jaruzelskiego” na lotnisko. Zazwyczaj pobieram opłatę za powrót, bo nie zawsze trafi się klient powrotny. Jeżeli się trafi to jego szczęście, bo przecież nie mógłbym pobierać dwukrotnie opłaty. Czegóż się nie robi dla Odrodzonej? -Może … jednak – mrugnąłem porozumiewawczo. -Nie. -Dziękuję. -Polecam się na przyszłość. Wysiadłem z mercedesa przy głównych wejściach hotelu. Budynek przypominał kasyno Taj Mahal w Atlantic City. Świecił tysiącami barw i wręcz przyciągał wzrok swoją gigantycznością. W hotelu dostałem pokój. Bajecznie tani z pięknym widokiem na stare miasto. Moje bagaże przyniósł hotelowy boy. Chciałem dać dwa kuronie, ale chłopiec mało się nie obraził. Oświadczył, że za jego pracę płaci mu Odrodzona i on nic nie może więcej wziąć. Gdy już wychodził spytał: -Ma pan może jakieś życzenie … specjalne? -Specjalne? – Przypomniałem sobie Nowy York, gdzie w ten sposób oferowano hotelowe prostytutki. -No … po długiej podróży … chwila relaksu w towarzystwie uroczej dziewczyny. To jest oczywiście w cenie hotelu. Blondynka? Brunetka? Ruda? -Blondynka – zdecydowałem. Zawsze po podróży miałem ochotę na miłość. Wypiłem piwo, położyłem się i czekałem. Po chwili przyszła. Była śliczna, ponętna i świeża. Idealna dziewczyna, jaką tylko można sobie wymarzyć. Uśmiechnięta. Wyglądało, że zakochana we mnie. Usiadła obok mnie na łóżku. Wcale nie zachowywała się jak dziwka. -Jak masz na imię – spytałem. -Patria – odparła. –Chcesz być ze mną, a może chcesz inną? -Chcę ciebie – dotknąłem policzka. –Chcę ciebie Patrio. Pragnę cię – chciałem rzec „kocham”, ale miałem świadomość, że mimo całego czaru i powabu jest tylko prostytutką. Przygarnąłem ją do siebie. Zmysłowo przylgnęła ciałem. Powoli rozbierałem ją. Była idealna: dobra, kochana, niemalże wcześniej wiedziała, czego chcę. Miała w sobie coś z matki. Pogrążała mnie w siebie na wieczność. -Patrio – szepnąłem – kocham cię. Było tak dobrze, że chciałem zatrzymać tę chwilę, ale nagle wszystko skończyło się. -Będę za tobą tęsknił – powiedziałem, gdy wychodziła. -Każdy za mną tęskni, gdy już mnie nie ma – uśmiechnęła się i zniknęła. Obudziłem się rześki i wypoczęty. Przez okno wpadały promienie słońca. Pomyślałem, że temu krajowi nawet aura sprzyja. Na stoliku czekało śniadanie. Czego tam nie było? Gdy już zjadłem, wyruszyłem na spacer. Warszawa była niby ta sama, ale jakże inna. Wręcz sterylnie czysta i tonęła w zieleni i kwiatach. I ludzie byli inni. Ich twarze promieniowały dobrocią, życzliwością. Poszedłem w kierunku budynku, który stał się dla mnie synonimem nienawiści, gdyż przez ludzi pracujących tam, musiałem wyjeżdżać kiedyś z kraju. Pamiętałem jak ludzie z tego budynku stanęli w poprzek mojej kariery, bo nie chciałem przyłączyć się do nich. Partia. Komuna. Podobno upadła zaraz po moim wyjeździe, ale kto w to wierzył w Ameryce? Lecz w tym miejscu znajdowało się coś innego. Dom Przyjemności im. Urbana – przeczytałem nad wejściem. Wracając wstąpiłem do sklepu. Wszystko w nim było. Półki uginały się od towarów. Spacerowałem długimi korytarzami i byłem zszokowany. I ceny! Nic nie kosztowało więcej jak pięć koroniów. I ekspedientki! Uśmiechnięte. Po powrocie w…