Przyjaźń · 22 min czytania
Ofiara
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
OFIARA Maurycy wszedł do klasy i rozejrzał się z przerażeniem po nowym otoczeniu. Należał do osób wyjątkowo nieśmiałych - nigdy nie umiał pierwszy zagadać, czy wyluzować się w nowym towarzystwie. Sprawy nie ułatwiało mu dziwnie, starodawne imię. Maurycy. Nawet jemu się nie podobało, a miał opinię osoby, której podoba się wszystko. Nauczycielka przedstawiła go i poprosiła, aby gdzieś usiadł. Ponownie rozejrzał się po sali. Trzydzieści odrapanych ławek, nieprzychylne miny. Dwóch chłopaków właśnie wywracało wolne krzesła. Ktoś inny rzucił: - Maurycy? Co za imię!? Z jakiej bajki się urwałeś koleś? A może staruszkowie byli na haju? I tak źle i tak niedobrze... Cała klasa wybuchnęła śmiechem. Teraz Maurycy zauważył, że w klasie nie ma ani jednej dziewczyny. Powoli ruszył między stolikami. Podniósł krzesło i usiadł w ostatniej ławce. Nauczycielka w tym czasie zaczęła dyktować temat. Chłopak chciał wyjąc zeszyt z torby. Gdy zaczął się schylać, osoba z ławki obok postawiła nogę na jego plecaku. - Umm, przepraszam, ale nadepnąłeś na mój plecak. Mógłbyś wziąć nogę? - Bardzo się starał, by w jego głosie nie było słychać wahania i strachu. Nie zbyt mu to wyszło, bo jego sąsiad tylko bardziej przesunął buta, jeszcze skuteczniej przydeptując torbę. - No patrzcie, jaki grzeczny... Taki dobrze wychowany maminsynek jak ty powinien wiedzieć, że patrzy się na osobę, z którą się rozmawia. - W głosie chłopaka zabrzmiały stalowe nutki. Maurycy szybko podniósł głowę. Spojrzał prosto w najczarniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widział. Wizerunku dopełniała ciemna cera i czarne, rozczochrane włosy. Przebiegło mu przez głowę, że patrzy w oczy diabła. Niewiele się pomylił. Nieznajomy uśmiechał się perfidnie. Chłopak ponowił swoją prośbę. Ze strony diabła dobiegło tylko ciche prychnięcie. Notował, jednocześnie rozmawiając z nowym. - Maurycy... Co za pedalskie imię... - Spojrzał na niego z ukosa. Tamten był czerwony jak burak. Właśnie rozglądał się po klasie, najwyraźniej szukając pomocy. - Masz pecha, nikt ci tu nie pomoże. A o nauczycielce nawet nie myśl.- Zdjął nogę z plecaka, ponieważ właśnie zadzwonił dzwonek. Nauczycielka czym prędzej wyszła z sali, najwyraźniej zapominając o Maurycym. Prawie wszyscy z jego nowej klasy otoczyli go zwartym kręgiem. Chłopak poczerwieniał jeszcze bardziej. Rozpaczliwie pragnął dojrzeć choć jedną przyjazną twarz. Zamiast tego ujrzał ponure rozbawienie w jednakowo pustych oczach. Zauważył kilka ironicznych uśmieszków. Nikt nie sprawiał wrażenia chętnego do poznania nowego licealisty. Zaschło mu w gardle. Miał wrażenie, że udusi się nienawiścią bijącą z ludzi, z którymi miał spędzić czas pozostały do matury. A przynajmniej ten rok… - Więc nie przywitasz się? Maurycy? – Czarnowłosy nie mówił głośniej niż na lekcji. Mimo to Maurycy czuł jego autorytet. To jedno ciche zdanie pozbawiło go resztek odwagi. Otworzył usta, lecz nic nie powiedział. Rozejrzał się, poszukując drogi ucieczki. Jak najdalej od nich, od tej nienawiści, od tego kultu mięśni… - Pedały i ryby głosu nie mają, prawda Iwan? – Maurycy spojrzał na stopy i zaczerwienił się. Ktoś parsknął śmiechem, za nim następni. Blondyn spuścił niżej głowę. Dobrze znał ten rodzaj śmiechu. Znaleźli nowego kozła ofiarnego. Kogoś z kogo tylko się śmieje, wyzywa lub lekceważy. Z trudem powstrzymywał łzy. „Dlaczego już teraz… Przecież nic nie zrobiłem. Więc czemu? Czemu…” Śmiech ucichł. Maurycy podniósł oczy. Czarnowłosy chłopak, ten którego nazwano Iwanem, najwyraźniej chciał coś powiedzieć. Przez chwilę przypatrywał się nowemu. Potem rzucił w przestrzeń: - Zębów chyba też nie. – Klasa ponownie wybuchnęła śmiechem. Iwan z satysfakcją wpatrywał się w przerażenie widoczne na twarzy nowego. Odwrócił się, dając do zrozumienia, że nie chce mieć z tym nic wspólnego. To i wcześniejsza aluzja co do zębów, sprawiło, że w klasie zawrzało. Maurycy nie zorientował się nawet co się dzieje, gdy znalazł się na podłodze z krwawiącą wargą. Chłopak, który go właśnie uderzył, odsunął się robiąc miejsce następnemu. Blondyn skulił się, oczekując kolejnego ciosu. - Ej! Noga, która miała go kopnąć opadła na ziemię. Wszyscy spojrzeli w stronę drzwi. Stał w nich wysoki, szczupły nastolatek. Był on całkowicie spokojny. Odgarnął brązowe włosy z czerwonymi pasemkami opadające mu na oczy. - Zostawcie go, idzie dyro. – Rzucił plecak na ławkę w pierwszym rzędzie. Nie zawracał uwagi na leżącego Maurycego. Szukał czegoś w kieszeniach, gdy odezwał się Iwan: - Zatrzymam dyra na korytarzu. Nie przeszkadzajcie sobie. A ty, Oyama, nie wtrącaj się. - Będę się wtrącał tam gdzie będę chciał. – Syknął brunet przez zęby. – Wara od niego! – Warknął na resztę klasy. Wszyscy zrobili krok w tył. - Co za z zmiana… Oyama, czyżby inni zaczęli cię obchodzić? - Nie, po prostu nie lubię jak ktoś mi rozkazuje. Pyzatym, jak go tu skatujecie, to mi też się oberwie. Pobijcie go po szkole. – Blondyn był kompletnie zdezorientowany tą sytuacją. Najpierw ten chłopak się za nim wstawił, teraz chce, aby pobili go po szkole… Miał kompletny mętlik w głowie. Ktoś chwycił go za ramię i pociągnął do góry. Gdy stanął na nogach, zauważył dezaprobatę w oczach Oyamy. „On… Też mną pogardza?...” Ulotne wrażenie przerwał głos Iwana - Dobry pomysł. – Oczy bruneta nie wyrażały już niczego. Krąg wokół Maurycego rozluźnił się. Po chwili na środku klasy pozostał tylko on. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Nie rzucano już nawet wyzwisk. „Widocznie chcą zachować siły na po lekcjach… Ale to chyba lepsze niż to… lekceważenie… Jakbym nie istniał…” Odruchowo podniósł rękę do ust. Rozcięta warga wciąż krwawiła. Z wahaniem podszedł do chłopaka, który wcześniej mu pomógł. - Dziękuje za pomoc… - Chłopak nawet się nie odwrócił. – Wiesz gdzie tu jest łazienka? – Głos Maurycego wyraźnie zadrżał. - Za biologiczną. – Oyama w dalszym ciągu szperał w plecaku. - A gdzie jest biologiczna? – Blondyn miał wrażenie, że większego głupka nie mógł z siebie zrobić. Utwierdziło go w tym spojrzenie rozmówcy. - Lepiej cię zaprowadzę. – Nie czekając na Maurycego, szybko ruszył w stronę drzwi. Po chwili znaleźli się w łazience. Na szczęście była pusta. Blondyn zanurzył twarz w chłodnej wodzie. Czuł na sobie wzrok Oyamy. Nie był jednak pewien, czy chłopak widzi jego, czy pustkę. W oddali zadzwonił dzwonek. Maurycy poderwał głowę, boleśnie uderzając się o kran. - Nie śpiesz się tak. Do naszej klasy nauczyciele przychodzą dziesięć minut po dzwonku. - Dobrze. – Chłopak nerwowo dokończył toaletę i wytarł się ręcznikiem Do klasy wracali dużo wolniej. Nowy bez trudu nadążał za Oyamą. Kilka metrów przed salą chłopak nagle zatrzymał się. Maurycy nie zdążył wyhamować i uderzył w niego. Natychmiast zaczął przepraszać. Zamilkł, widząc znudzenie na twarzy drugiego chłopaka. - Jak masz na imię? – Maurycy spodziewał się wszystkiego, tylko nie tego. - Ma… Maurycy. – Wyjąkał. - Okay… Na ostatniej lekcji spakuj się kilka minut przed dzwonkiem, a z klasy wybiegnij równo z nim. I zapisz się na karate albo cos takiego… - zawiesił głos. Resztę zdania blondyn dopowiedział sobie sam:”…bo wylądujesz w szpitalu.” - Ale nie wiem gdzie… - Oyama zmarszczył brwi. Brzmiało to jakby chłopak bał się, że go uderzy za to pytanie. - Wisi dużo plakatów o szkołach sztuk walki… - Poszukam. Dzię… - Urwał, widząc, że chłopak wchodzi już do sali. Sam wszedł dopiero tuż przed nauczycielem. ***
Oyama rozejrzał się po klasie. Normalnie na ostatniej lekcji wszyscy spali. Teraz jednak słychać było szepty i chichoty. Nie miał wątpliwości co było ich przyczyną. „Cholera… Oni naprawdę chcą go wysłać do szpitala. Taką ofiarę… Żałosne… Nie zwieje im. Jeśli jednak wsadzą go do szpitala, to nikt się nie spyta gdzie byłem. Też zostanę zawieszony, a to oznacza, że znowu nie zobaczę Ari… Dyro upadł na łeb, jego dać go do tej klasy…” Spojrzał za siebie, na ostatnie ławki. Iwan siedział z nogami na biurku. Nawet nie udawał, że uważa. Ławkę obok siedział Maurycy. Miał minę zaszczutego zwierzaka. Nerwowo rozglądał się po sali. Podskakiwał na każdy głośniejszy dźwięk. Oyama cicho parsknął i wrócił do robienia notatek. Siedział za daleko, aby usłyszeć Iwana. - Spotkamy się po lekcjach, prawda? Maurycy nic nie odpowiedział. Spuścił głowę i spojrzał na zegarek. „Jeszcze piętnaście minut…” Podniecenie klasy narastało, jednak dalej nikt nie zwracał na niego uwagi. Miał wrażenie, że dłużej tego nie wytrzyma. Chciał wstać, krzyknąć, że jest, istnieje… Nie odważył się. To lekceważenie… Ukrył twarz w dłoniach. Już raz chciał, aby go zauważono, polubiono… Został wyrzucony ze szkoły. A tu już na początku był nikim, powietrzem… Przełknął łzy. Zostało pięć minut. Cicho się spakował. Gdy zadzwonił dzwonek pobiegł do drzwi. Tak jak radził Oyama. Nie przewidział jednego. Że będą starali się zatrzymać go. Ledwo nauczyciel wyszedł z sali, dostał pierwszy cios z żołądek. Kolejny był w głowę. Chwilę potem upadł. Usłyszał okrzyk bólu. Zdziwiony spojrzał przed siebie. Oyama znokautował jednego z napastników. Chłopak jęczał i nie mógł się podnieść. Reszta, skonsternowana, zatrzymała się. Do bruneta podszedł Iwan. Maurycy ponownie skulił się, czując pewność siebie płynącą od czarnowłosego. - Czego chcesz? Już jest po szkole. Wiesz, że nam nic nie zrobią. Najprawdopodobniej nawet nie zawieszą. - Nie będę ryzykował. Zostawcie go. Nikt się nie poruszył. Maurycy czuł narastające napięcie. - A co on cię tak interesuje… Zakochałeś się czy co? Kilka osób parsknęło, jednak wszyscy umilkli jak tylko spojrzeli w oczy Oyamy. - A nawet jeśli tak? Uderzysz mnie? – Syknął. - Ja nie… Oyama, już we wrześniu prosiłem, abyś przystopował. Mamy październik, a ty coraz bardziej podskakujesz. To się może źle skończyć… - Zobaczymy dla kogo… - Dla ciebie, karateko, dla ciebie. – Oyama zmrużył oczy. Iwan odwrócił się. – Dziś go dajcie mu spokój, będą inne okazje. Na razie zostawcie ich samych. Uśmiechnął się złośliwie do bruneta i wyszedł z sali. Za nim podążyła reszta klasy. Gdy zamknęły się drzwi, Oyama uklęknął obok Maurycego. - Nic ci nie jest? - Nic, wszystko dobrze…. Tylko… Dlaczego się za mną wstawiłeś? Teraz ty będziesz miał kłopoty! Brunet milczał zbity z tropu. Fakt, że Maurycy płakał, nie ułatwiał mu powiedzenia czegokolwiek. Blondyn kontynuował: - Jak zawsze… Zawsze jestem kłopotem… Kłopotem albo nikim… - mówił coraz ciszej. Karateka musiał wytężać słuch aby usłyszeć ostatnie słowa. Cicho westchnął i położył Maurycemu rękę na ramieniu. - Uspokój się… Chodź się umyć. Odprowadzę cię do domu. Chłopak spojrzał na niego. W jego twarzy można było czytać jak w otwartej księdze. Nadzieja, zdziwienie, niedowierzanie, smutek… I ślady łez. - N-nie musisz… Ja… nie chce… być ciężarem… - Jak byś był, to bym ci tego nie proponował. Wstawaj. Maurycy posłusznie podniósł się na nogi. Ledwo stanął, natychmiast upadł na podłogę zgięty w pół. - Nic, wszystko dobrze, tak? Oyama pomógł wrócić Maurycemu do pozycji stojącej.