Przygoda · 7 min czytania
Ofiara cz 4
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział IV "Odrodzenie"
I wyjechaliśmy zmierzamy w Tatry do domku letniego z dala od ludzi z dala od wszystkich problemów. Domek był niezbyt duży zbudowany z czarnego dębowego drewna stał na zboczu góry pokryty był świeżym śniegiem. Nieopodal stała stara studnia i rosły sosny. -Chodź Marysiu to nasz domek. -O jaki ładny. -E tam nigdy nie mam czasu by nim się zająć ale powinno Ci się spodobać. Marysia przekręciła klucz w drzwiach słychać było charakterystyczne skrzypnięcie. Naszym oczom ukazał się malutki salonik z sofą i kominkiem stojącym na środku na podłodze było pełno skór niedźwiedzich. Ściany były ozdobione trofeami z polowań. Dalej mieściła się malutka kuchnia a obok niej nie duża sypialnia. -Trochę tu brudno -Skarbie bardzo mi się tu podoba posprzątamy i będzie pięknie zobaczysz. Była godzina czwarta kiedy z Marysią wyszliśmy z domu. Na dworze już było ciemno z nieba prószył delikatny śnieg. Chmury zakryły całe niebo tak że nie można było dostrzec żadnej gwiazdy. Szliśmy do katedry położonej niedaleko dosłownie dwa kilometry. Całe miso było pogrzebane pod śniegiem pługi nie były wystarczająco szybkie by uprzątnąć ten cały śnieg z drogi. Samochody były bez użyteczne mieszkańcy przerzucili się na tradycyjne środki komunikacji. Sanie jechały jeden za drugim dając radość nie tylko dzieciom ale i dorosłym. Dochodziła godzina piąta kiedy dotarliśmy do katedry. Kościół był ogromny a leżący na nim śnieg jeszcze bardziej podkreślał jego ogrom ze środka dochodziły już śpiewy. Otworzyliśmy drzwi słychać było głośne skrzypnięcie oczy zgromadzonych szybko przeniosły się na nas i równie szybko wróciły na swoje poprzednie miejsce. Katedra nie wyróżniała się niczym od innych był to tylko kolejny budynek poświęcony Bogu. Stanęliśmy obok konfesjonału cała katedra pękała w szwach. Po chwili rozpoczęło się nabożeństwo. Na słowa księdza "przekażcie sobie znak pokoju" zaczęliśmy się serdecznie ściskać najpierw ja z Marysią a potem z jakimś starszym mężczyzną. Podałem mu dłoń i nagle poczułem ogromny ból. Czułem jakby moja głowa miała za chwilę eksplodować. -Co Ci jest?-spytała Marysia i wyciągnęła do mnie rękę. Bezwładnie odtrąciłem jej dłoń. -Odejdź nieszczęsna zostaw mnie. Przepraszam nie jestem sobą. Ból był tak silny że ledwo utrzymywałem się na nogach. -Daniel co Ci jest. -Nie Twoja sprawa spadaj. Złapałem się za głowę dłużej nie wytrzymam ten ból rozsadzał mnie od środka czułem że moje całe ciało się paliło. Resztkami sił starałem się dotrzeć do ołtarza. Wszyscy stali i patrzyli się z przerażeniem. Każdy krok nawet najmniejszy ruch ręką to katorga mimo to starałem się iść dalej zamiast zbliżać się do ołtarza wydawało mi się że właśnie on ode mnie się oddala. Upadłem moje nogi były jak z kamienia ciężkie bezużyteczne. Ktoś starał się mi pomóc ale w napadzie złości odepchnąłem go z całej siły. Udało się dotarłem do ołtarza upadłem na kolana łzy same cisnęły mi się do oczu. Gdy na czworaka starałem się dotrzeć do tabernakulum z mojego ciała wyszła mroczna postać ze skrzydłami. Pióra były czarne jak smoła a w ręku trzymał miecz. Po chwili ukazała się też druga postać tym razem z białymi skrzydłami. Nie byłem wstanie ani wstać ani wykrztusić z siebie słowa. Patrzyłem tylko i myślałem co się stało. Ów mroczna postać chwyciła za miecz i raniła białego anioła odcinając mu kilka piór. Anioł upadł a miecz który…