Fantasy · 21 min czytania
Ofiary stosu, cz.1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 5
Stos został ustawiony na rynku. Pełno już było gawiedzi, oczekiwali egzekucji niby najlepszej rozrywki. W sumie, nic innego nie pozostawało mi, jeśli chcieli się rozerwać w niedzielne popołudnie, jak tylko wyczekiwanie i oglądanie publicznych kaźni z wygodnym przekonaniem, że mnie to nie spotka, jestem porządnym obywatelem, a oni są pyłem u moich stóp, nic nie wartymi odpadkami ludzkości. W samo południe pojawił się wóz. Pokryto go czerwonym suknem, starannie wyłożono, aby nie było widać słomy, która znajdowała się na wozie. Tutaj zajął miejsce odziany w purpurę kardynał, który doprowadził do procesu. Towarzyszyli mu włodarze miasta, szeryf i mer. Ludzi nie brakowało. Kiedy zaś pojawił się w końcu kardynał, zastygli w oczekiwaniu. Gwar miejskiej ulicy zamarł w jednym momencie, ucięty jakby nożem.
Wkrótce po papieskim wysłanniku pojawiła się skazana. Była ogolona. Szła, odziana jedynie w postrzępiony, stary mnisi habit. Ten, kto ją golił, nie był specjalnie uważny i w wielu miejscach wyrwał po prostu całe pukle włosów. Rany wciąż jeszcze pokrywały jej gołą głowę. Była wymizerowana. Zapewne bito ją i torturowano. Nie popuszczano czarownicom.
Szła w eskorcie jedynie dwóch żołnierzy, chuda, zmęczona, ale nadal dumna i wyniosła. Jej oczy przesuwały się po milczących twarzach zebranych, hardo spoglądała mi w oczy. Nie bała się swojej przyszłości. Mówiła to cała sobą. Nawet sporadycznie lecące ładunki śliny ze strony tłumu nie mogły zbić jej z tropu. Miała wewnętrzne przekonanie o swojej wartości, i nawet tortury nie byłyby jej złamać, a można było odnieść wrażenie, że właśnie dzięki torturom wzrosła jej duma osobista.
Nie utrudniała żołnierzom zadania, kiedy wspięli się wraz z nią na stos, i zaczęli przygotowywać ją do kaźni. Umieścili ją plecami do szerokiego, masywnego słupa, który wystawał z samego środka stosu. Żołnierz schwycił jej lewą rękę i umieścił ją w przygotowanej pętli. Mieli ją przywiązać. Stała dumnie wyprostowana, ale coś płonęło w jej oczach. Zabiorę was ze sobą, zdawały się mówić, płonąć mściwie.
Jej prawa ręka delikatnie pochwyciła krępującego ją żołnierza pod ramię. Wyglądało to na niewinne poszukiwanie ostatniej pociechy. Już w chwilę potem jednak, wraz z bolesnym grymasem na twarzy żołnierza, intencje wiedźmy stały się jasne dla wszystkich. Kiedy zaś ryknął z bólu, zwracając uwagę wszystkich na swoje cierpienie, cały tłum jęknął. Pani czarownica się odgryzała i to boleśnie!
Żołnierz chwycił ją za ręką, próbując rozewrzeć gorejące niezwykłym ciepłem palce, zaciśnięte na jego przedramieniu. Szybko jednak zrezygnował, wyszarpnął za to miecz zza pasa i ciął z góry, odcinając rękę kobiety stalowym ostrzem gdzieś na wysokości łokcia, pewny, że w ten sposób zakończy swoje cierpienia.
Nic bardziej błędnego. Ręka wiedźmy dalej ściskała jego ramię. I dalej generowała niepojęte ciepło. Żołnierz krzyczał już zupełnie otwarcie, padł na stos i począł się wić u stóp kobiety, która miała umrzeć. Z jego kaftana dawno już unosiły się kłęby dymu. Ulegając niekontrolowanym ruchom, zleciał wkrótce ze stosu i palił się już zupełnie otwarcie, nie mogąc pozbyć się diabelskiej ręki, która go zabijała.
Część 22 / 5
A kobieta nie mówiła nic. Tylko perlisty pot wystąpił na jej czoło. Zamknęła oczy. Zmęczenie brało już nad nią górę. Oniemiały tłum, krzycząc głośno, rzucił się do ucieczki, widząc, jak dopiero co obcięte ramię pojawia się z powrotem. Kardynał zerwał się ze swego miejsca.
-Podpal stos! - wrzeszczał do stojąco w dole kata. Ten patrzył na niego bezrozumnie spod kaptura. - Pal, głupcze, pal!!
Kat spoglądał zdezorientowany to na stos, to na duchownego. Z kobietą wciąż męczył się drugi z żołnierzy, jeden już dymił u jego stóp; nie miał ochoty zabijać kolejnego z ludzi szeryfa. Ale ten sam zerwał się na równe nogi i krzyczał do niego rozpaczliwie, żeby w końcu podpalił stos.
Ogólne zamieszanie nie było na rękę nikomu. W końcu kat, nie wiedząc już zupełnie, co ma myśleć, chwycił płonącą żagiew i zanurzył ją w oblanym oliwą wnętrzu stosu. Wkrótce belki zajęły się płomieniem. Czując swąd, pozostały przy życiu żołnierz począł się wyrywać, pragnąc jak najszybciej wydostać się z p[płonącej pułapki. Ale kobieta trzymała go mocno, tą ręką, która powinna była spaść razem z żołnierzem, którego u dołu stosu strawiły płomienie. Trzymała go mocno, ż żelazną konsekwencją.
Wtem na rynek wpadł nagle jeździec na białym rumaku; miał na sobie zbroję kolczą i płaszcz z kapturem, który naciągnął na głowę. Rozpędzał po drodze biegnących mieszkańców miasteczka, zbliżając się do stosu. Niejeden wpadł pod kopyta jego konia, który parł do przodu z uporem niepodobnym jego gatunkowi w kierunku płonącego już stosu. Koń wpadł w płonące belki. Roztrząsał je kopytami, wspinając się na tylne nogi, nie obawiając się zupełnie żaru. Tymczasem jeździec wyciągnął miecz, wbił go po rękojeść w pierś żołnierza na stosie, a potem szybkim cięciem przeciął pęta kobiety. Mimo niekontrolowanych ruchów konia zaskakiwał zimną precyzją swoich cięć. Nim jeszcze stos runął, rozrzucony mocnymi kopytami konia, miał już kobietę w sowich ramionach i unosił ją galopem w kierunku bram miasta, nawet nie oglądając się za siebie.
Wszystko to trwało ułamek sekundy; dopiero kiedy jeździec ze swoim ładunkiem zniknłą za załomem muru, kardynał ocknął się i począł wywrzaskiwać na ludzi szeryfa. Kazał im natychmiast rzucić się w pogoń za oddalającym się. Duchowny powiódł raz jeszcze wzrokiem po opustoszałym nagle placu. Ofiara była, pomyślał ponuro, patrząc ze wstrętem na zwęglonego trupa, leżącego u stóp dogorywające stosu. Po drugiej jego stronie leżał zabity żołnierz z krwawą raną w piersi. Porażka! Beształ sam siebie. Porażka na całej linii... Cierpkim chłodem zaznaczył swoje pojawienie się zmierzch, dość wczesny o tej porze roku. Las cichł o tej porze, jednak nie na tyle, by nie dało się ukryć cichego stąpania zmordowanego konia, który uginał się pod podwójnym ciężarem. Nie minęło wiele czasu, kiedy mężczyzna zeskoczył z niego, zdecydowany ulżyć zwierzęciu.
- Ciii... - poklepał chrapy wierzchowca czułym gestem. - Zaraz odpoczniemy.
Część 33 / 5
Kobieta, która była drugą osobą dosiadającą rumaka, uniosła leniwie skuloną na szyi zwierzęcia głowę i otworzyła oczy, szukając mężczyzny.
- Aleksandrze... - wymamrotała.
- Jestem, Larisso. - powiedział mocnym głosem, pojawiając się tuż przed nią. - Czego sobie życzysz? Zimno ci? - spytał z troską w głosie.
- Zimno. - mruknęła. - Zimno i boli.
- Musze obejrzeć ć twoją głowę. - pokiwał ze zrozumieniem Alexander.
Głowa kobiety w istocie nie wyglądała dobrze. Ktoś, kto golił jej głowę, nie był specjalnie staranny. Wręcz przeciwnie; wychodził z założenia, że kobieta i tak spłonie na stosie, więc wcale nie musi się martwić o staranne wykonywanie swojego zadania. Dlatego się spieszył, co zaowocowało głębokimi ranami głowy, spowodowanymi zarówno przez nóż, użyty do tej operacji, jak i przez szarpnięcia, którymi żołdak wydzierał jej włosy. Widok nie był zbyt apetyczny. Alexander dostrzegł mimo zapadającego zmierzchu, że rany zaczynały już jątrzyć.
- Musimy znaleźć pomoc. - stwierdził zdecydowanym tonem, ale w jego oczach zabłysły łzy.
Część 44 / 5
- Jestem w okropnym stanie. - wymamrotała. - Niegodnam ciebie, mężu mój. Jestem brudna, chora i śmierdzę.
Alexander żachnął się i przyłożył palec do jej ust.
- Nie zamierzam słuchać tych bredni. - Powiedział kategorycznym tonem. Wiem, gdzie ci pomogą. Ale droga długa, a musimy się spieszyć. Pójdziemy więc nocą. Ja poprowadzę konia. Najpierw jednak jakoś obwiążę ci głowę. Może będzie mniej boleć.
Dorothea stanęła w drzwiach swojej niskiej chaty, spoglądając w milczeniu na przybysza. Choć na jej twarzy malowała się wrogość, zupełnie inne uczucia buzowały we wnętrzu kobiety. Była wciąż piękna. Wiek nie pozostawił na niej żadnego śladu, może za wyjątkiem śnieżnobiałych, całkowicie posiwiałych włosów. Ani jedna zmarszczka nie zdobiła jej twarzy, żadna plama wątrobowa nie pojawiła się na rękach, wiek nie przygarbił jej też do ziemi. Była tą samą osobą, którą znał i pamiętał Alexander sprzed niespełna piętnastu lat. Może tylko pogłębił się wyraz surowości w jej oczach.
- Więc przybyłeś do mnie wreszcie. - przemówiła, świdrując go spojrzeniem.
Stał obok konia, uspokajając go gładzeniem po chrapach. Na szyi konia spoczywała dziewczyna, nieprzytomna albo śpiąca, jej głowę okalał turban z podartych kawałków jego koszuli. Musiało być mu zimno, przemknęło jej przez myśl. Pewna była, że to jego koszula posłużyła za zaimprowizowany opatrunek.
Przyjrzała się bliżej dziewczynie, śledząc kształty jej ciała w gęstniejącym mroku. Była niebywale śliczna. Dorothea dostrzegała zaokrąglone, szerokie biodra, wąską talię, bujne, ale nie ogromne piersi. Musiała przyciągać wzrok mężczyzn. Nic dziwnego, że była w tarapatach. Brzydota chroniła przed zakusami świata rządzonego przez mężczyzn. Brzydota, albo.... Spojrzała w dół, po swoim gładkim, niemal siedemdziesięcioletnim ciele. Albo magia. Ta prawdziwa, nie czary mary wiejskich dziewek, którym się zdaje, że obcują z samym diabłem, jak się odpowiednio odurzą wiązanką podłych ziół.
Część 55 / 5
- Czym zawiniła? - spytała, wskazując głową na pasażerkę konia.
- Kardynał... - wymamrotał, zaciskając zęby. - Ugościliśmy go w swoim majątku. Nie spuszczał oczu z Larissy... Lubieżnik... Wiedział, że Larissa jest moją żoną. Ale nie spodziewał się, że mu odmówi. Posądził ją o czary.
- Montes? - pokiwała ze zrozumieniem głową. - Ten staruch wymordował już parę tuzinów kobiet... A dla Watykanu jest wzorowym Inkwizytorem, idealnie wykonującym swoją misję. Idealnie, bo jego sprawy zawsze kończą się skazaniem. Nikogo nie obchodzi, czy to prawdziwe czarownice, czy kochanki, które mu się znudziły. - westchnęła. - A ona? Czaruje?
Alexander zawahał się, ale po chwili namysłu pokiwał głową z rezygnacją
- Czaruje. Tylko nie robi tego otwarcie. Ukrywa się z tym. Wielbi siły przyrody.
Coś w młodej Larissie przykuwało spojrzenie Dorothei. Coś niedobrego. Postanowiła poczytać jej przyszłość, jeszcze tego samego dnia. Nigdy nie zawodził jej szósty zmysł; coś niedobrego czaiło się w przyszłości tej pary, której miłość wręcz pęczniała wokół nich, napełniając sobą…