Kryminał · 36 min czytania
Ogród, rozdział pierwszy, cz.2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Orzech widział swojego strasznego ojca prowadzącego go za rękę przez cmentarną bramę w kierunku zardzewiałego kranu. Napełnili tam wiadra i poszli w dół zbocza poskręcanymi schodami pośród grobów i wyrastających z nich cienkich drzew. Niósł wiadra utkwione w chudych dłoniach i jednocześnie wodził spłoszonym wzrokiem; na jednej wysokości widział schody pokryte gnijącymi liśćmi i rozgwieżdżone niebo, na którym dalej zamykały się gałęzie dzikich drzew oraz różnej wielkości nagrobki z wpatrzonymi w nie, a stojącymi niedaleko, jakby przechodzącymi akurat, postaciami zamyślonych aniołów. Anioły zerkały niechętne, a zmęczona twarz ojca milczała uporczywie pod ciężarem poważnych myśli. Widział oblicza umarłych przed laty dzieci, które nigdy nie mogły nacieszyć się swoim życiem. Tej nocy Orzech nie zasnął na swoim skromnym posłaniu, ponieważ myślał o niedoskonałości i wielkości tego jak można przeżywać istnienie swojego świata i jak niedoścignione jest podążanie w ten świat, chociaż tak niepokojąco krótkie i niewyjaśnialne. Myślał też nad tym, że każdy przeżywa w ten sposób, lub jest ograniczony i w takim przypadku nie wie o sobie tak wiele i nigdy nie wcieli się w swój świat i ten świat przeminie nie odkryty. Orzech poczuł, że musi zrobić coś więcej, więc wykradł się z domu i wrócił na mogiły dzieci i tam poczuł się spokojny, ponieważ, kładąc się między nagrobkami na nagiej ziemi, patrzył z perspektywy grobu w kierunku czarnej przepaści nieba, jak one, i wiedział, że będzie żyć najintensywniej, jak będzie potrafił, a po swojej śmierci na pewno będzie chciał wrócić. - Choćbym miał zawrzeć pakt z Diabłem – powiedziałem pod nosem i popiłem mocne mojito. - Słyszałem, co powiedziałeś – zaśmiał się Pajonk i wychynął spoza obrębu światła. - Ostrożnie ze słowami, bo ta noc może być wyjątkowa! - Wyjątkowa, jak każda inna – odpowiedziałem i, kołysząc się w świetle, do końca wychyliłem swojego drinka. - A ty lepiej nie podsłuchuj, bo możesz usłyszeć coś zupełnie niewyjątkowego. - Co na przykład? - Na przykład pocałuj mnie w dupę. Pajonk zaśmiał się głośno i spojrzał w moją mocno pijaną mordę. - Ciągle nieźle się trzymasz – podjął. - ale daje stówę, że najdalej do drugiej w nocy sprzedaż swoją marynarkę. - A ja dałbym drugą stówę, że jej nie sprzedam, a potem ty i tak przyjdziesz i mi ją ukradniesz i powiesz, że ją sprzedałem, żeby wyłudzić ode mne kasę. Dlatego ja nie zakładam się z takimi, jak ty – odpowiedziałem i spostrzegłem, że byłem sam. - Hej, do kogo ja mówię, do jasnej cholery? - zawołałem, ale nikt mi nie odpowiedział. Omiotłem wzrokiem krąg światła, w którym stałem i poszedłem dalej w kierunku ogrodu, aby zamówić kolejnego drinka. Wreszcie doszedłem do siedzącego samotnie Pajonka. - Nikt nie chce z tobą rozmawiać? - spytałem. - Ej, pytałem, czy nikt nie chce z tobą rozmawiać, palancie? - powiedziałem głośniej i chwyciłem go za połę marynarki. - Słyszałeś? - powtórzyłem i zdałem sobie sprawę, że to nie Pajonk, lecz Filip podnosi na mnie swój mętny wzrok. Puściłem połę jego marynarki i przysiadłem z boku. - Jeszcze tu jesteś? - spytał Filip. - Przecież dopiero co przyszedłem – odparłem. - Zagrajmy o twoją marynarkę, skoro dopiero co przyszedłeś – powiedział Filip i usiadł prosto. - A która jest godzina? - spytałem i namacałem szklankę na stole, a Filip natychmiast nalał wódki i wcisnął mi cytrynę do ust. - Wpół do dwunastej – odpowiedział i chlusnęliśmy po jednym, a ja osunąłem się na stół. Filip wstał, psiknął odświeżaczem do ust i poprawił włosy. - Show must go on! - rzekł i poszedł, skoro spostrzegł pustą butelkę na stole. Nie zdążył przejść dziesięciu kroków, jak wpadł w objęcia i słodkie spojrzenia Pauliny Trzeciak. - Chodź tu, mój kochany pudlu! - zapiała, i ucałowała go mocno. - Tak bardzo bym chciała, żebyś znowu nas odwiedzał, jak kiedyś – rzekła. - Ja wcale dzisiaj nie piję alkoholu, bo prowadzę, ale skoro zobaczyłam ciebie - jak tu nie wypić zdrowia! - zawołała i uprzejmie poprosiła przechodzących o ich alkohole. - Cokolwiek to jest, napijmy się do dna – zwróciła się do Filipa i od razu wypili i znów padli sobie w objęcia. - Jesteś taki przystojny, jak zwykle i absolutnie bez zarzutu milczysz - mruczała wtulona w twarde ciało Filipa. - Kochanie, ja wiem, co chcesz powiedzieć. Chcesz powiedzieć: zostaw mnie, ty wariatko, bo twój mąż zacznie mnie podejrzewać o to i owo. Ależ skąd, najdroższy! - krzyknęła i skoczyła w bok i spojrzała ogniście. - Mój mąż uwielbia cię tak samo, jak ja i chętnie znów zobaczy twoją osobę w naszym mieszkaniu – powiedziała. - Przestań, już przestań się tak stawiać i protestować i powiedz co zamierzasz pić. - Może najpierw wypijmy coś mocnego – zaproponował Filip. - Naturalnie – zgodziła się Paulina i porwała go do baru, chwyciła palinkę i mocno pociągnęła z butelki. - Od samego rana jestem strasznie rozpalona! - zamruczała i znów przypadła do Filipa i zaczęła go osaczać. - Mój przeklęty tatuaż na pośladku blednie w słońcu – zakomunikowała. - Słowo daję, jest znacznie bledszy, niż dwa miesiące temu, a ja nie mam absolutnie co ze sobą robić i chodzę na plażę, żeby przebywać z ludźmi i ciągle jestem na słońcu, a tatuaż blednie – powiedziała, odwróciła się tyłem do Filipa i uniosła spódniczkę obnarzając opalony pośladek. - Spójrz! - zawołała. Filip pochylił się nad tatuażem zaciekawiony. - Nie wydaje mi się, żeby był blady: ani tatuaż, ani pośladek – stwierdził, pociągając palinki. - Teraz i ja mogę być wkrótce rozpalony – przyznał, zdjął marynarkę i rozpiął górny guzik koszuli. - Myślę, że pójdę, zanim pojawi się twój mąż; najpierw wypiję kilka kolejek, a potem znowu się spotkamy. Daję ci słowo - powiedział i ujął jej kościstą dłoń. - A teraz zamierzam troche ochłonąć, a to w twoim towarzystwie będzie absolutnie niemożliwe – rzekł i zostawił Paulinę, powierzając jej swoją marynarkę. Kobieta odprowadziła go tęsknym wzrokiem i spoczęła na krześle. - Chyba dzisiaj się napiję – westchnęła. - Lepiej zostaw tego młodego człowieka i napij się z kimś, kto ma klasę i styl – powiedział Pajonk, zbliżając się do Pauliny. - Wyjdzie ci to na zdrowie i poza tym tak będzie słuszniej. - Tobie jest łatwo mówić, bo gardzisz ludźmi – odpowiedziała, unosząc spojrzenie. - Ja przywiązuję się do nich i cenię sobie ich lojalność. - Myślę, że nie powinnaś nadużywać słowa lojalność w moim towarzystwie – rzekł Pajonk, przechodząc obok. - Nie rozumiesz co to znaczy... - dodał, nalał sobie następną i stanął przy Paulinie. - Nie sądzę, żebyśmy mieli sobie wiele do powiedzenia – zaczął. - Zresztą nie uważam też, że mówienie należy do twoich mocnych stron, chociaż mówisz dużo. Masz też pewne zalety, ale rozmowa z tobą nigdy nie była dla mnie tak pociągająca, jak inne sprawy. - Jeśli chodzi o klasę i styl – szybko dodała. - to Filip w przeciwieństwie do ciebie ma jedno i drugie, a ty nigdy ich nie będziesz mieć postępując, jak... - Jak co? - zapytał Pajonk i spojrzał na nią z odrazą. - Jak co? – syknął. Paulina zamilkła i nieco pobladła, Pajonk chwycił ją mocno za nadgarstek, przyciągnął do siebie, po czym przesunął chciwe spojrzenie po jej ciele. - Nic mnie to nie obchodzi, że cenisz sobie ludzi takimi, jakimi nie są i boisz się lada wszy, która może usiąść na tobie. Dla mnie to jest bez znaczenia – powiedział i mocniej zacisnął dłoń na jej kruchym przegubie. - Jedyną rzeczą, jaka ci jest naprawdę potrzebna to posiadać wszystko wokół siebie i oczekujesz, że będę ciebie za to podziwiał. Jesteś gorsza, niż większość kobiet, którymi dotąd gardziłem – dodał i puścił jej rękę. Paulina zaczęła masować swój przegub. - Popełniłam błąd i oddałam się tobie, bo ci zaufałam – powiedziała po aktorsku. - Traktujesz mnie, jak kogoś, kim z całą pewnością nie jestem. - Nie rozśmieszaj mnie – odparł Pajonk. - Myślałem, że znałaś swoje miejsce i umiałaś docenić to, co dla ciebie robiłem, ale ty po prostu byłaś chciwa i głupia – stwierdził. - Chciałaś wyrządzić mi sporo złego i zasłużyłaś na surową karę, kobieto. Na szczęście umiałem właściwie ocenić twoją nędzę i okazać wyrozumiałość. Już dawno temu wymazałem z pamięci nasz związek i myślę, że i ty powinnaś tak postąpić. Jesteś młoda i masz świeże ciało i na pewno jeszcze nie raz przygruchasz sobie jakiegoś ładnego chłopca, który da ci tyle miłości, ile ci się nie znudzi. Zawsze lubiłem twoją pachnącą szyję i tatuaż na tyłku. Dzisiaj mogę powiedzieć ci tylko tyle, chociaż to i tak więcej, niż powinienem był z tobą omówić. Pieniądze, które podjęłaś w banku są teraz w bezpiecznym miejscu i myślę, że nie przyjdzie ci do głowy, aby chcieć je odzyskać. Uważam, że jesteś mi winna dużo więcej, ponieważ czas, który tobie poświęciłem był najlepszym czasem w twoim życiu i to ty powiedziałaś. Zapamiętaj go sobie dobrze i trzymaj głęboko w tajemnicy, inaczej i to ci odbiorę. Na dzień dzisiejszy jesteśmy kwita - powiedział i oddalił się. Paulina poczuła, jak krew odpływa z jej twarzy i szyi. Usiadła na krześle i trzęsącymi się dłońmi napełniła szklankę i szybko wychyliła do dna; jej cienkie usta zadrżały. Poprzez wzbierający szloch bardzo szybko wychyliła drugą szklankę i odwróciła twarz, aby nikt jej nie widział. W końcu uśmiechnęła się szeroko. Przeklęty oszust, wycedziła przez zęby; przytuliła butelkę wódki i powędrowała w swoją stronę. - Spal za sobą wszystkie mosty, kotku – rzekła Kasia, stojąc na szeroko rozstawionych nogach i przykładając kostki lodu do szyi. - Przed mężczyznami nic cię nie uratuje. Oni potrafią wyłącznie ranić i obrażać kobiety i tylko w tym mogą być naprawdę mocni. Paulina minęła ją bez słowa i przeszła przez środek ogrodu. Kasia powiodła za nią wzrokiem i wsunęła kostki lodu do ust. - Złamał jej serce w piętnaście sekund – powiedziała do siebie i pogryzła lód.- Tylko prawdziwe dziwki się na tym znają. Jednak one nie mają serca, więc jest im znacznie łatwiej. - To raczej wykluczone – stwierdził Oko i podał Kasi kieliszek. - Uważaj, bo to może być mocniejsze – ostrzegł, a ona natychmiast wypiła. - Co miałeś na myśli mówiąc, że to wykluczone? - spytała i oblizała usta. - Pauliny serca nic nie złamie – odpowiedział. - Jest jedną z tych nieszczęśliwych kobiet, które mają wszystko oprócz serca. Kasia spojrzała na niego badawczo. - A ja mam serce? - spytała. Oko zaśmiał się pod nosem. - Kiedyś ci powiem czy masz serce, ale jeszcze nie teraz, ponieważ nie chciałbym ciebie źle ocenić. Kasia oddaliła się i weszła w grupę tańczących ludzi. Zaczęła spokojnie poruszać biodrami i smukłymi rękoma, a Oko stanął naprzeciw niej i obserwował jej tajemnicze ruchy. Uśmiechnęła się do swoich myśli, przymknęła oczy i skupiona wsłuchiwała się w muzykę. Szczupłe ciało delikatnie wsunęło się pomiędzy następnych tańczących, a srebrne cekiny odbijały pomarańczowe światło papierowych lampionów. Kasia przesuwała dłonią po swoim smukłym ciele i dotykała nią mokrych ust i gęstych włosów. Bezszelestnie przemieszczała się z miejsca na miejsce; zgarnęła włosy i rozpuściła je na piersiach, a jej złota opalenizna świeciła na pomarańczowo, kiedy, niczym rajski ptak, skradała się między tańczącymi figurami, jak pomiędzy gęsto rosnącymi drzewami. Zwinnymi dłońmi w powietrzu spokojnie zaplatała niewidzialne sieci. Linia kręgosłupa falowała wzdłuż odsłoniętych pleców, a gęsta ciemność otulała nagie stopy. Jej twarz uwolniła się od wszelkiego napięcia i łagodnie zwracała się w kierunku pomarańczowego światła, jakby instynktownie je odnajdując i pragnąc je poczuć w sobie przez zamknięte powieki. Słodki zapach ludzkich ciał wabił ją i pobudzał jej taniec, jakby była pierwotna i wędowała od kwiatu do kwiatu na swych złotych długich nogach. Spragnione materii palce dokładnie i chciwie obejmowały cienkie złote pasma, które niespokojnie tkała ponad głowami poruszających się tancerzy. Jej pomarańczowo oświetlone ciało wysunęło się spomiędzy poruszających się czarnych postaci i wróciło poza świat tańczących. Zbliżyła się do Oka i uśmiechnęła się wyzywająco. - Jestem pod głębokim wrażeniem – przyznał. - Zatańczysz kiedyś wyłącznie dla mnie? - Tylko, jeśli zostanę wielką tancerką – odpowiedziała. - Marzysz o tym czasami? – spytał. - Nie umiem ci nic powiedzieć na ten temat. - Widziałem mały fragment całości - stwierdził, a Kasia wyjęła szkalnkę z jego dłoni i zanurzyła w niej usta. - Co masz na myśli? - zapytała. - Myślę że usiłowałaś mi coś pokazać, ale przerwałaś. Kłamstwo wymaga czegoś więcej, niż kilku słów i gestów – powiedział i odebrał jej szklankę, a Kasia wydobyła z niej jeszcze garść lodu. - Jesteś dalece nierzeczywista. - Obawiam się, że ulegasz złudzeniu – odpowiedziała. Oko spojrzał na nią poważnie i popił drinka. - A do czego twoim zdaniem jestem podobna, skoro nie jestem rzeczywista? - zapytała, włożyła lód do ust i pogryzła go. - Jak byś chciał mnie nazwać? Zresztą nienawidziłbyś mnie, gdybym cię zawiodła. Skoro myślisz, że chciałam ci coś pokazać i okazałoby się, że to jednak nic nie było, pomyślałbyś, że ciebie oszukałam. Oszukałbyś i zawiódł sam siebie. - To zabrzmiało jak wyzwanie – zauważył Oko. - Nie obiecuję sobie zbyt wiele po ludziach. Ale ty oczywiście możesz być inna. - Niczego nie chciałam tobie pokazać – stwierdziła. - Wręcz przeciwnie. Myślę, że gdybyś przed minutą widział kim myślałam, że jestem, nie byłabym ci winna tej rozmowy. Ale teraz sobie jestem coś winna, skoro zdecydowałam się skłamać. Zaczynasz być podejrzliwy w stosunku do mnie i, gdybym była wzbudziła w tobie niepewność już wcześniej, byłbyś rozmawiał z Pauliną, nie ze mną. - Rozmawiam z tobą, ponieważ tak zdecydowałem – odparł Oko. - Co był byś zrobił, gdyby twoja matka umierała? - Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedział Oko i stanął za jej plecami. -Najprawdopodobniej też bym chciał umrzeć, jeśli taka odpowiedź cię wystarczająco podnieca – szepnął do jej ucha. - Chcesz usłyszeć coś sensacyjnego, ale ja jestem spokojnym człowiekiem i nie znam się na tym. Kasia wstała i spojrzała mu w oczy. - Gdybym pewnego dnia znalazła ciebie w łóżku z moją najgorszą przyjaciółką, byłabym niezmiernie zaskoczona. I wówczas odkryłabym, że nie zostaniesz już moim przyjacielem, a ja winna bym była sobie prawdę, której tobie dzisiaj zaoszczędziłam – stwierdziła, uśmiechając się pociemniałymi oczami. - A po roku nieoczekiwanie zadzwoniliby do mnie ze szpitala i poinformowali, że zginąłeś w wypadku motocyklowym. Powiedzieliby, że kiedyś podałeś mój numer telefonu w swoim ubezpieczeniu od nieszczęśliwych wypadków, aby zadzwonili do mnie w razie czego. Zapytaliby mnie jeszcze jak dobrze się znaliśmy i czy będę tak uprzejma, aby przyjechać i odebrać twoje ciało i je pochować. Dbanie o pozory potwornie męczy, a ich podtrzymywanie to bilet w jedną stronę – powiedziała i wzięła drinka od przechodzącego kelnera. - Dlatego dzisiaj postanowiłam zaoszczędzić sobie mówienia na poważnie. Nie znam się na słowach – stwierdziła; Oko w milczeniu zastanowił się nad jej wypowiedzią. - Filip to łajdak – oświadczyła i wylała mojito na trawę. - Jedyną zasadą, jaką znam jest śmierć, ale to też nie jest zasada, ponieważ nic z nią nie można zrobić. Można wsiąść na motor i zabić się, aby to potwierdzić – powiedziała i wykonała dziwny gest dłonią. - Zasada kończy się, jeśli ma jakieś słabe strony i wówczas śmierć przychodzi bardzo szybko – dodała. - Niekiedy zastępuje ją powolne konanie, kóre trwa przez wiele lat. Można przeczytać o tym w magazynach. Piszą, że to kryzys wieku średniego u mężczyzn, a u kobiet to się nazywa szok poporodowy. Każdy w pewnym stopniu zdaje sobie sprawę z tego, że jego zasada zawiodła i że zaczyna umierać w powolnym procesie. Niektórzy starają się ten proces niepotrzebnie wydłużyć; inni skracają go do minimum – mówiła, jak monolog na próbie przedstawienia. - Człowiek nie potrafi odmówić sobie ciągłego określania siebie względem innych i określania innych względem siebie. To potwornie upokarzające. Można wykorzystać nawet swoją śmierć, aby poniżyć drugiego człowieka, tylko trzeba wszystko doskonale zaplanować – powiedziała i niespokojnie spojrzała na Oka, jakby pytała go czy jego zdaniem to jest możliwe. Oko westchnął i poczuł się zrezygnowany, jakby stanął przed czymś, co zmusić go miało do wytężonego wysiłku. Przeciągnął dłonią po twarzy i popatrzył na Kasię, jakby przez dziurkę od klucza patrzył na pokój wytapetowany rozkładówkami z magazynów poronograficznych. Wzięli następne mojito. - Zaplanowałaś własną śmierć – stwierdził. - Czy planujesz już śmierć swojej matki? Kasia popiła drinka i zamknęła na chwilę oczy, jakby czekała na coś, co miało przyjść w powietrzu. - Chciałam pozbyć się tego, dlatego zachorowałam i musiałam wyjechać – powiedziała. - To, co było poza tym, to nawet mniej, niż obietnica. Ja to zrobiłam z konieczności. Miałam już siedemnaście lat i uciekłam z pewnym fotografem, który być może był dla mnie obietnicą, ale wówczas o tym nie myślałam i nawet nie tego chciałam – powiedziała Kasia i zanurzyła usta w zimnym mojito. - Potem przestałam chorować i całkowicie wyzdrowiałam, ponieważ niesłychanie chciałam żyć. Wychodziłam z domu na światło dzienne i nieustannie do kogoś coś mówiłam; dużo mówiłam sama do siebie w różnych sytuacjach. Na via Montenapoleone czułam się skamlącym kundlem, ponieważ nie miałam ani grosza. Chodziłam tam przez pierwsze trzy dni i obserwowałam wystawy sklepowe, a potem już nie chciałam tam chodzić. Gdy byłam gotowa, odbyłam pierwszą sesję z fotografem, z której czułam się szalenie dumna, ale tego samego dnia wieczorem dostałam bilet powrotny do domu. Następnego dnia w domu pojawił się inny fotograf, który powiedział mi, że ten pierwszy fotograf nie chciał zwrócić moich zdjęć, ponieważ nie otrzymał zapłaty za swoją pracę; ja z kolei nie miałam zielonego pojecia kto miał jemu zapłacić za jego pracę; obdzwonił też kilku swoich znajomych i pozamykał nam wszystkie drzwi. Nie spotkałam się z nikim przez kolejne dwa dni i przyszedł czas mojego powrotu do Polski. Czekałam na jakikolwiek znak, ale nikt nie telefonował i nikt do mnie nie przyjechał. Wieczorem ten drugi fotograł wrócił do…