Kryminał · 23 min czytania
Ogródkowa zbrodnia cz. II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Rodzina na dobre rozgościła się na wsi. Ja jako ich niewolnik musiłam gotować, sprzatać i codziennie z samego rana chodzić po świeże pieczywo do piekarni, która była niecałe pięć minut drogi spacerkiem od domu, jednak wstawać mi się nie chciało. Do tego musiałam jeszcze obrywać jabłka, wiśnie i inne ustrojstwa i jeszcze dbać o ich przetworzenie. Pewnego dnia wygladałm przez to jak po popełnieniu krwawej zbrodni. Akurat wtedy zastała mnie moja znajoma Baśka.
- Dzwonić po policję? - zapytała rozbawiona. - Tak, właśnie zamordowałam kilka tysięcy wiśni i już nie mam siły na więcej. - Musisz być strasznie zaganiana, skoro mnie jeszcze nie odwiedziłaś od przyjazdu. Twój ojciec i Tadeusz prawie codziennie u nas przesiadują. - Muszę im powiedzieć, żeby się nie naprzykrzali ludziom. - powiedziałam wykończona dopiero co popełnioną krwawa zbrodnią. - Przyniosłam ci mleka i sera. Swojskie, prosto od krowy. - Rodzinka się ucieszy. - powiedziałam z sarkazmem. - Przepraszam za mój wisielczy humor, ale mam dość wiśni, jabłek i wszelkiej maści owoców. Dzisiaj spotkałam Bożenę, ona też się pytała, dlaczego do niej nie zaglądnęłam. Nie wiem, czy ja się z tym wszystkim zdążę obrobić do następnej Wielkanocy. - Nie będzie tak źle.
Nie wiedziałam, czy mam być zadowolona, czy płakać. Wkrótce zaczęłam się nawet cieszyć z tych porannych spacerów do piekarni bo przynajmniej nikt wtedy nie wrzeszczał i nie chciał ode mnie stu rzeczy w tym samym czasie.
Pewnego dnia, po powrocie z takiego odstresowującego wyjścia po bułki omal apopleksji nie dostała. Stanęłam, jak słup soli w drzwiach do dużego pokoju i ruszyłam się dopiero jak Tadeusz mnie popchnął, bo sam też chciał zobaczyć, co się stało. Jakiś trup, czy co?
Nie było to jednak nic, aż tak atrakcyjnego, jednak dla mnie niespotykanego. O godzinie siódmej rano zastałam w dużym pokoju zgromadzenie rodzinne, popijające herbatę i zacięcie nad czymś debatujące i jedyne, co pomyślałam to, jak oni sobie tą herbatę zrobili… Żadne poważniejsze myśli nie miały do mnie dostępu, bo zdenerwowałam się, że tak każdego dnia, nie mogą sobie sami tej herbaty robić.
- Co się dzieje? - zapytałam niewtajemniczona. - Patrycja, czy masz klucze, do tej murowanej szopy, spichlerza, czy jak to się tu u was nazywa? - zapytała Terenia, bez zbędnych wstępów. - Gdzieś powinny być. - dopiero teraz zauważyłam, że w tej rodzinnej debacie bierze udział Łukasz. - A o co chodzi? Dowiem się wreszcie? - Coś to po prostu śmierdzi. - powiedziała bez ogródek moja matka. - I to nie śmierdzi z wychodka. Sąsiedzi szamba nie mają, w ogóle w pobliżu nie ma nic, co mogłoby tak śmierdzieć, wiec to musi byś w szopie. Już ją obwąchaliśmy. - mimo woli parsknęłam śmiechem. Moja rodzina obwąchała szopę. Coś takiego. - Co tam masz dobrego? Tak się akurat składa, ze jesteśmy bardzo głodni. - kochana Terenia, jak zwykle najważniejsza jest strawa, dopiero potem inne sprawy nie cierpiące zwłoki. - Jeszcze ciepły chleb, bułki i drożdżówki. Zrobię kanapki. - Tak, to doskonały pomysł. Zjemy, a potem pomyślimy. Na pusty żołądek niezbyt dobrze się śmierdzi, to znaczy wącha, aa wszystko mi się miesza… - i wujek zrezygnował z dalszej części mądrych wniosków. - Nie wiem, czy ja powinienem, zostawać… nie chce sprawiać kłopotu… - speszył się Łukasz, niewątpliwie przyciągnięty tu siłą, o tej niezwykle wczesnej porze. - No, co pan, panie Łukaszu - moja matka nadal była z nim na pan - bez żartów, wszyscy siedzimy w tym smrodzie, przepraszam, w tym… - Dobrze, to ja może przynajmniej pomogę przy śniadaniu. - A my w tym czasie trochę tu posprzątamy. - powiedziały zgodnym chórem moja matka i Terenia.
Trzeba przyznać, że duży pokój nie wyglądał zbyt wizytowo. Dwa rozścielone łóżka, ubrania i narzuty na krzesłach i stole… Wszyscy na szczęście ubrani, przynajmniej w większym stopniu, siedzieli na tych rozbebeszonych łóżkach, a że na środku stał stół z tą potężną hałdą różnych materiałów, to każdy musiał wyciągać głowę, żeby widzieć pozostałych.
Przy okazji postanowiłam też uświadomić Łukasza. Był gościem, zgoda, jednak będąc dla mojej rodziny śmiertelnie uprzejmym, to już jest lekka przesada, bo oni jeszcze gotowi się do tego przyzwyczaić i co wtedy będzie? Dawid zawsze był w stosunku do mojej matki delikatnie mówiąc opryskliwy i wszystko było okay, ale gdyby tak był cały czas wzorowym, miłym zięciem i gdyby kiedyś mu się to znudziła, to moja matka by go znienawidziła. Wniosek z tego jest jeden, mojej rodziny nie można do niczego przyzwyczajać, a już na pewno nie do ślepego posłuszeństwa i uprzejmości, bo wtedy samemu się sobie kręci sznur, kopie dołek, czy jak kto woli.
Część 22 / 3
- Pamiętaj, jeżeli chodzi o moją rodzinę, to wszystko robi się, za przeproszeniem na chama. Uprzejmość jat tylko na pokaz. Swoją droga ciekawi mnie jak oni cię tu zwerbowali, jest przecież dopiero po siódmej? - Wybierałem się do sklepu po jakieś śniadanie i przyuważył mnie twój ojciec. Powiedział, ze jest ważna sprawa rodzinna i jestem potrzebny. - to on już należy do rodziny? Dlaczego ja jak zwykle o niczym nie wiem? - Aha. Widzę, że nikt cię tu jeszcze porządnie nie doinformował. Mianowicie po śniadanie to się chodzi do piekarni, a po drugie to od mojej osobistej rodziny ci się należy prowiant, bo dzięki nim to jesteś. Pierczykowska, to sknera, ona jak by mogła, to by ci kazała spać w stodole, a płaciłbyś jak za trzygwiazdkowy hotel, więc na przyszłość, to częściej bywaj u nas. Na nocleg nie ma miejsca, ale przy stole zawsze się znajdzie. - zakończyłam swój wykład, bo prawdę mówiąc, to też chciałam go częściej widywać, jakoś ginął mi z oczu na tych wiejskich uliczkach. - W porządku, postaram się dostosować. Pomóc w czymś? - zapytał dobrodusznie. - Przynieść drzewa, wody ze studni, sałatę, pomidory i szczypior z ogródka… przepraszam, rozpędziłam się. Drzewo i woda, jeżeli chcesz pomóc. - nie moja wina, że przyzwyczaiłam się do gotującego męża. - Robi się.
Sama załatwiłam ogródek i przy okazji owoce na kompot, a jak wróciła to już się paliło pod blachą i gotowała się woda, a Łukasz zajmował się robieniem kanapek. Cud, nie facet. Dawid owszem gotował, ale tylko jak ja nie chciałam tego robić, albo jak naprawdę chciał mi czymś zaimponować. A tutaj? Facet sam mi się pacha do kuchni, kocha moją rodzinę, moja matka go toleruje… Czego więcej można chcieć do życia?
- Ho, ho, ho. Widzę, że się wczuwasz. - w rolę pana domu, dodałam w myślach. - Jeżeli masz mnie karmić, to owszem.
Duży pokój został doprowadzony do porządku, można powiedzieć, że wyglądał teraz naprawdę reprezentacyjnie. Moja matka nawet położyła na stole czysty obrus i zaofiarowała się, że nakryje do śniadania. Łukasz już chciał cos powiedzieć, ale mój kamienny wzrok i nóż w ręce odwiódł go od tego zamiaru. W końcu można było spokojnie usiąść przy stole, zastawionym kanapkami z szynką i twarożkiem, gorącą kawą, herbatą i drożdżówkami na deser.
Dopiero teraz mogłam w pełni podziwiać zgromadzenie rodzinne, obradujące w przyzwoitych warunkach. Prawdę mówiąc byłam trochę nieprzyzwyczajona do powagi w ich głosie, bo żyjąc na tym świcie ładne dwadzieścia kilka lat, świadoma byłam tego, iż oni są w stanie nawet ze śmiertelnie poważnej sprawy uczynić powód do śmiechu. Tutaj jakoś szli w całkiem innym kierunku, bo widocznie do śmiechu im nie było, a ja tylko nie mogłam zrozumieć, dlaczego? Czemu zawdzięczam taką niespodziewana metamorfozę mojej rodziny?
- Czy teraz się dowiem, co was skłoniło do wstania o tak wczesnej porze? - zapytałam, bo swój obywatelki obowiązek nakarmienia rodziny już spełniłam i chyba mogłam być już dopuszczona do tajemnicy. - Widzisz, dzisiaj rano poszłam do wychodka, zabrałam ze sobą gazetę, na dłuższe posiedzenie, ale nie mogłam wysiedzieć ani minuty, ten smród, zepsuł mi całą przyjemność. I to na pewno nie śmierdział efekt mojego posiedzenia. - zreferowała moja matka. - Trzeba coś z tym zrobić, bo to jest nie do pomyślenia, że nie móc mieć pięciu minut na załatwienie własnych potrzeb. - Właśnie, przyjechałam to odpocząć od spalin i tym podobnych trucizn w powietrzu, a tu na łonie natury nie mogą wytrzymać pięciu minut, bo coś mi śmierdzi. Zaczynam dochodzić do wniosku, ze wolę to moje miejskie spaliny. - wtrąciła się Terenia. - Ja też jestem za i też uważam, ze to ta szopa kryje jakiegoś skunksa… - Właśnie, może to skunks? - przerwała wujkowi moja matka. - To nie ten kawałek świata. - skomentowałam jej domysły. Przecież Tadeusz użył skrótu myślowego, a ona od razu wmawia nam jakieś egzotyczne zwierzęta. - Widzę, tylko jedno wyjście, trzeba po prostu tę szopę otworzyć. - po raz pierwszy odezwał się Łukasz, który jeszcze nie wczuł się w rolę członka rodziny.
Biorąc pod uwagę fakt, ze wszystko, co było na stole już dawno z niego znikło, nie pozostawało nic innego, jak zakończyć te wywody natury estetyczno - zapachowej i poszukać klucza.
Część 33 / 3
Jakoś go znalazłam na haku w walącej się szopie przy domu i dopiero poczuliśmy smród jak tą kłopotliwa szopę otwarłam. W pierwszym momencie wszystkich wymiotło na odległość kilkunastu metrów. Dopiero po dłuższej chwili jak zwykle odważny Łukasz zaopatrzony w coś na wzór maski gazowej udał się na rozpoznanie terenu.
- Trup. - powiedział po chwili, blady nie wiem, czy z przerażenia, czy na skutek lekkiego podduszenia tym smrodem. Moja rodzina jednak nie znała litości, gdyby mogli to sami by tam wszyscy poszli, ale efekty zapachowe im to uniemożliwiły, więc zaczęli męczyć biednego Łukasza. - Jak to trup?! - Na moim podwórku!?
Trup. Po prostu. Znowu. Ja mam takiego pecha, czy to może jest szczęście? Jeżeli nie zauważę jakiegoś przekrętu, jeżeli nie potknę się o trupa, nie zakocham w mafiosie, albo jego ojcu, to żadna strata, zawsze trup może przyjść do mnie, zepsuć mi wakacje, narobić kłopotów. Dlaczego ja?
Jedno wiem na pewno tym razem nie mam z tym nic wspólnego i mieć nie będę. Jeżeli komuś się to nie podoba to do widzenia. Zamierzam zachowywać się jak praworządna obywatelka, a resztą niech się zajmie policja.
- Patrycja dzwoń po policję! Wiedziałam, że twoja matka jest jednak po ciemnej stronie mocy. Ta kryminalistka z krwi i kości, chciała nas wszystkich podusić i wykorzystała do tego jakiegoś bezbronnego trupa. - powiedział jednym tchem, Terenia. - Daj już spokój, co to za trup, normalny jakiś? - dopytywał się moja matka. - A jak trup może być nienormalny. Nieżywy i już. - odparował jej Terenia. - Chyba trochę podpsuty. - podsunął mój ojciec. - No i chyba się nie rusza, prawda panie Łukaszu? - inteligencja pytań mojej matki pozostawiała wiele do życzenia. - Może być pani pewna, ze nie uciekanie. - odpowiedział ze stoickim spokojem Łukasz, po raz pierwszy dopuszczony do głosu. - A jakieś białe robaczki i te inne sprawy? - dopytywała się moja matka. - Tam jest ciemno i nie za wiele widać. - To skąd wiadomo, ze to trup? - nie dawała za wygraną moja matka. - No, wiesz?! Może ktoś się tam zdrzemną i nagle zaczął śmierdzieć, bardzo mądrze. - podsumowała ją Terenia. - Może ja jednak, zadzwonię po tą policję?…
* * *
- Mamy robotę, ale najpierw mała zagadka. Jaka kobieta sprawia najwięcej kłopotów bydgoskiej policji? - zapytał z rozbawieniem młodszy aspirant Janusz Poniewierski. - Czyżby żona naszego kochanego kolegi, pani Pawlikowska? - Strzał w dziesiątkę. Wygrałeś piwo. Chyba teraz własnoręcznie kogoś zamordowała i żeby nam uprzyjemnić pracę, to poczekała, aż się częściowo rozłoży.…