Kryminał · 23 min czytania
Ogródkowa zbrodnia cz. III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
- I co szefie, mamy trupka - strupka. Ma już szef jakiegoś morderczyka? - O czym ty w ogóle do mnie mówisz? Zajmij się śledztwem i módl się, żebyś wsadził do aresztu odpowiedniego człowieka. - Tak, tak, trupek mi wszystko opowie. Trupek chce sprawiedliwości, już mi to powiedział. On mi pomoże…
Za jakie grzechy zostałem ukarany takim kretynem? - pomyślał nadkomisarz i zaczął się modlić o pomstę do nieba, za to, co on musi z nim wycierpieć. Tymczasem zaraz po powrocie Walery Wlazł udał się do samego komendanta, który też nie darzył go szczególną sympatią, wręcz przeciwnie, starał się nie widzieć go na oczy, żeby się nie nabawić rozstroju nerwowego.
- Dzień dobry panie komendancie, mam sprawę nie cierpiącą zwłoki. - Mianowicie? Nie mam czasu. - na bzdury, dodał już w myślach. - Było zgłoszenie no i był trup i ja się nim musiałem zajmować. - A, co takiego dokładnie musiałeś robić? - No, stać tam i na niego patrzeć i go oglądać… - To się zmęczyłeś Wlazł. - Kto? - zapytał zdezorientowany Walery. - Nikt. Ty. - durniu, dodał już w myślach komendant. - Aha. Ja. Wlazł.
Praktyczne cała komenda złorzeczyła na Wlazła tylko i wyłącznie w myślach, bo nikt nie chciał się narażać ojczulkowi ministrowi. Niektórzy mieli już ochotę na emeryturę, inni na awans, jeszcze inni na przeniesienia, czy szkolenia, dlatego ten zlepek nieszczęść chodził sobie po komendzie jak truteń i nikt nie śmiał mu niczego powiedzieć, każdy się hamował ze względu na swoja własną karierę, nawet komendant, który w czynnej służbie zamierzał spędzić jeszcze tylko dwa miesiąca, a potem zająć się wnukami.
- To, po, co do mnie właściwie przychodzisz? Chciałeś sprawę, to ją masz, jest trup, więc zajmij się dochodzeniem, a nie mi tu trujesz nie wiem, o czym. - No, ale ja śmierdzę. - powiedział rozgoryczony Walery. - To idź się przebierz, chyba logiczne. - Ale ja chyba nie powinienem. - urażona duma ministerskiego syna dała o sobie znać. - Jak ci to przeszkadza, to następnym razem możesz założyć kombinezon. Do widzenia. - Ale następnym razem… - nie dawał za wygraną Walery, ale komendant przerwał mu w pół zdania. - Następnego razu może nie być, jeżeli nie pasuje. Będziesz robił wszystko to, co każdy inny policjant, a jeżeli nie pasuje, to od jutra możesz nie pracować tu, tylko na drugim końcu Polski, gdzie diabeł mówi dobranoc. Zrozumiano? - Tak. - To proszę wyjść. - bo śmierdzisz, dodał już w myślach komendant, który był już teraz gotów poświęcić emeryturę, żeby tylko pozbyć się tego kretyna.
Co za życiowa oferma? Dlaczego ministrowie, mają za synów takich debili? W dodatku podrzucają ich nam, żebyśmy się męczyli z jak z zepsutym jajkiem. - powiedział już sam do siebie rozgoryczony komendant i postanowił udać się na zasłużony obiad, bo do tej pory siedział nad górą papierów, a w dodatku teraz Wlazł zaśmeirdził mu biuro. - Pani Basiu, wychodzę, proszę u mnie wywietrzyć, bo był Wlazł i teraz śmierdzi. - powiedział do swojej nazwijmy to sekretarki, w każdym razie niezastąpionej - Kto wlazł? - zapytała zdezorientowana. - Nikt, Wlazł był, Walery Wlazł. - Gdzie ten Walery wlazł i dlaczego śmierdział? - Człowiek nazywał się Walery Wlazł i śmierdział trupem. - tłumaczył wykończony już komendant. - A po, co wlazł? - drążyła temat jak zwykle dociekliwa pani Basia. - Bo śmierdział. - A wylazł? - Na szczęście tak. - To dobrze. - odetchnęła z ulgą pani Basia.
* * *
Część 22 / 3
Do tej pory nikt się Dominikiem nie zajmował. Był trup, była policja, więc on jakoś tak sam się zainteresował tym, co się działo dookoła niego, ale jak już wszystko się rozeszło, to uznał, że nadszedł czas, żeby przypomnieć o swoim istnieniu, więc zaczął się niemiłosiernie drzeć, aż wszystkich poderwało na równie nogi. Babcie i dziadkowie od razu zaczęli się nim zajmować, ale dziecko było mądre i chciało do mamusi. Mamusia się swoim dzidziusiem zajęła, a kochanej rodzince kazała gotować obiad. Przynajmniej tyle miałam z tego całego zamieszania z trupem.
Łukasz oczywiście się oddalił, chociaż mu zapowiedziałam, że na obiedzie ma się pojawić. Przytaknął i udał się gdzieś w sobie tylko wiadomych sprawach. Prawdę mówiąc, to gdzieś tam na dnie poczułam coś takiego niemiłego i wolałabym, żeby on to ze mną został, a zresztą ze mną, czy z moją rodzinką, żadna różnica, tylko żeby po prostu był gdzieś w zasięgu. Taka już kobieca natura.
- Patrycja kochanie, słuchaj, wiesz, mogłabyś mi znaleźć rybę, bo ja jej tu nie widzę. - zawołała na mnie Terenia, a ja nie wątpiłam, ze on nawet do zamrażalnika nie zajrzała, ale iść tam nie musiałam. - Nie ma ryby. Zjadła się. W szopie są ziemniaki, zróbcie placki po węgiersku i barszcz grzybowy z ziemniakami. - zakomenderowałam i powróciłam do zabawy z moim dzieckiem. Może te trupy to nie taka zła rzecz…
Kolejnego popołudnia, które było pochmurne, zimne i dżdżyste, czyli dla mnie piękne, padła bardzo inteligentna propozycja, której zresztą można się było spodziewać po znudzonej, męskiej części mojej rodziny, której jakoś nie pasowało zajęcie mojej matki, czyli zrywnie owoców na kompot, a co za tym idzie brodzenie w mokrej trawie, czy Tereni, która zajmowała się robieniem na drutach i co chwila domagała się ode mnie referowanie kolejnych rozdziałów "Morderstwa w Mezopotamii". Panowie prawdopodobnie sami by coś przeczytali, ale to była przedostatnie książka jaką posiadałam, a zakończenia wszystkich pozostałych znali, bo domagała się ich Teresa, która sama czytać nie lubiła, ale zawsze chciała wiedzieć kto, w jaki sposób i dlaczego zamordował. Oryginalne zamiłowanie, jak dla osoby do bólu praworządnej.
- Podobno ryby lubią taką pogodę, Tadeusz idziemy coś złowić? - zapytał mój ojciec i już było jasne, że tego typu propozycje są nie do odrzucenia. - A Łukasz? - Weźmiemy go po drodze. - Żeby tylko nie miał żadnych ważniejszych spraw na głowie. - burknęłam pod nosem i na szczęście nikt nie usłyszał. - No to zbierajmy się, przygotujcie się na to, że na kolację będę świeże, pyszne rybki. - Tak, tak oczywiście. - jak zwykle sceptycznie skomentowała to moja matka. - Kochanie, wczoraj na obiad chciałeś rybę, już ci się odechciało? - zapytał zatroskany ojciec. - Nie, nie, idźcie już. - Tylko przypominam, ze sami się zajmujecie tym, co przyniesiecie. - rzuciłam od niechcenia w powietrze i sama postanowiłam się wybrać na dawno obiecaną wizytę do Bożeny. Babcie oczywiście zaraz zaofiarowały się do zaopiekowania wnuczkiem.
Tak oto zyskałam trochę czasu tylko dla siebie, żeby robić coś zarazem przyjemnego, jak i pożytecznego, bo to rzeczywiście wstyd, że jestem tu już tyle czasu, a nie odwiedziłam osób, które kiedyś znaczyły dal mnie bardzo dużo. Pamiętam, ze ja i Bożena byłyśmy jak papużki nierozłączki, traktowałam ją jak siostrę, której nigdy nie miałam. Muszę teraz przyznać, ze to co najmniej wstyd, ze nasz kontakt się na tak długo urwał.
Równocześnie z tymi mądrymi propozycjami i postanowieniami w domu prysła atmosfera nudy, bo pogoda nie sprzyjała wędrówkom krajoznawczym i zmuszała do siedzenia w domu, zatem wszyscy na siłę próbowali znaleźć sobie jakieś miejsce w domu, albo jak moja matka w ogródku. Teraz przynajmniej każdy ma zaplanowane jakieś zajęcie i w ta nudę zaczyna wkradać się życie.
Część 33 / 3
- Cześć, zastałam Bożenę? - zapytałam Zbyszka, który otworzył mi drzwi, ale przez pierwszą chwilę go nie poznałam, bo wyglądał jak zjawa. - Coś się stało? - Wejdź, sam już nie wiem, co się dzieje. - To może ja nie w porę? - zapytałam całkowicie zdezorientowana. - Nie, właśnie dobrze, że jesteś, Bożenie to dobrze zrobi, ostatnie wydarzenia…a zresztą ona sama ci i wszystkim opowie, tylko lekarz musi wyjść. - Przestań być takim tajemniczy, co się dzieje, po co lekarz? Ja chce wiedzieć, to znaczy może inaczej. Czy te wiadomości są przeznaczone dla moich uszu? Bo nie chciałabym się narzucać. - Wszystko jest w porządku, to znaczy prawie… przepraszam ja sam nie wiem już, co mam robić. Bożena się całkowicie załamała. Ty powinnaś z nią porozmawiać, podobno coś wiesz… - powiedział tajemniczo i z bardzo zatroskanym wyrazem twarzy Zbyszek. - Ja już mam dostać zawału serca, czy dopiero zaraz? - Poczekaj, nastawię wodę na kawę i odprowadzę lekarza, chyba znasz Grzybowskiego? - Tak, ze słyszenia i z widzenia. - potwierdziłam
Rzeczywiście wiele słyszałam o miejscowym cudotwórcy, który uzdrawia miejscową służbę zdrowia, albo może lepiej by brzmiało - tworzy ją. Podobno oddają mu tu większe honory niż sołtysowi, bo najpierw otworzył u siebie w domu przychodnię, poza tym jeździ do ludzi do domu i nie bierze za to pieniędzy, organizuje akcje wspomagające biedne rodziny, i w ogóle same pozytywne rzeczy. Człowiek z powołaniem, na wagę złota, jeden na milion.
- Wiktor, co z Bożeną? Przepraszam, chyba najpierw powinienem was sobie przedstawić Patrycja Trzcinowska, Wiktor Grzybowski. - Miło mi, ale sprostuję, od jakiegoś czasu Patrycja Pawlikowska. - Znowu się spóźniłem. Kolejna piękna, ale już zajęta. - powiedział, żartując, postawny mężczyzna o delikatnych dłoniach wprawnego chirurga. - Zbyszek, wszystko będzie dobrze, dałem jej środek uspakajający, dobrze by było, gdyby ktoś teraz przy niej był, a ja niestety musze już iść. Mam nadzieję, ze się jeszcze spotkamy. Do widzenia. - Też mam taką nadzieję, więc do zobaczenia. - i odszedł w siną dal. Dlaczego dla Dawida nigdy nie byłam takim bóstwem, dlaczego ja w ogóle poprawiłam się z tym nazwiskiem…? - Patrycja, od kiedy ty jesteś mężatką? Lepiej nich to będzie jakiś wysoko postawiony, zabójczo przystojny facet, bo marnuje się taka dobra partia. - od mojej wyprawy do Szwajcarii i Niemiec mam dość dobrych partii, ale nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. - Nie chcę o tym na razie rozmawiać. Lepiej pójdę do Bożeny i dowiem się wreszcie, o co tu chodzi. Po schodach i w lewo? - Tak. Zaraz przyniosę kawę i ciasto.
Trup, załamanie nerwowe Bożeny, Łukasz, Wiktor… To jak dla mnie za dużo. Czuję, że znowu wplatam się w jakąś dziwną aferę i znowu będę podejrzaną numer jeden. Dlaczego to mnie zawsze spotyka? Mam nadzieję, że tym razem to nie będzie jakaś mafia, bo nie mam ochoty na wycieczki po całej Europie. - Bożena… mogę wejść?
Gdyby nie fakt, że drzwi otworzył mi Zbyszek, a przed telewizorem siedzą ich dzieci, to uznałabym, że pomyliłam domy, bo osoba, którą widziałam kilka dni temu po drodze do piekarni, nie była ta samą, która widziałam teraz. Blada, podkrążone oczy, nieuczesane włosy, spojrzenie jakby nieobecne, łzy.
- Wejdź, proszę. Nie krępuj się. - Co się stało? - niestety nie potrafiłam zachować taktu, to też jest rodzinne. - Usiądź. Widzisz… Wczoraj była u mnie policja… Nie może inaczej. W zeszły poniedziałek przyjechał do mnie wujek ze Stanów i on nie żyje… - Spokojnie, uspokój się. Opowiedz mi wszystko po kolei. - Moja mama, niech jej ziemia lekką będzie, miała brata i on wyemigrował do Stanów i teraz przyjechał i go zamordowali… a przyjechał w sprawie spadku… czy coś takiego… i teraz mnie oskarżają o to morderstwo… Ja tego nawet nie rozumiem. Pomóż mi, zrób coś. Ty masz znajomości w policji. Podobno nawet masz męża… Zgadza się? - Tak, ale wszystko między nami się chyba rozsypało. Nie ma, o czym mówić. - Nawet mnie nie zaprosiłaś na ślub, ja się od osób trzecich dowiaduję, że moja najlepsza koleżanka ze szczenięcych czasów wyszła za mąż. - powiedział z udawanym wyrzutem, a jej twarz przynajmniej na trochę się rozweseliła. - Było i się chyba niestety skończyło. Na…